matka martwiąca się o córkę fot. Adobe Stock

„Na mieście mówią, że moja 15-letnia córka prowadza się ze starym dziadem. Muszę zareagować, zanim stanie się tragedia”

Nie wiem, co robić? Odkąd Aneta, nasza córka, poznała tego nauczyciela rysunku, w naszej rodzinie wszystko się pomieszało. A przecież chcieliśmy dla niej dobrze...
/ 16.12.2020 10:06
matka martwiąca się o córkę fot. Adobe Stock

Aneta to nasze oczko w głowie. Jedną ją mamy. Udała nam się, nie powiem. Siedem lat czekałam, nim się udało, więc nic dziwnego, że chuchałam i dmuchałam. Co chciała, to miała. Łatwo tak dziecko rozpuścić, wiem, ale na szczęście Anecia już musiała mieć dobry charakter, bo od małego była posłuszna:
– Idź, córuchna, pobaw się z dziećmi – prosiłam, bo szkoda mi jej było, że ciągle tylko w domu i nad książkami.
– Zaraz, zaraz, mamusiu, tylko jeszcze obrazek na plastykę zrobię – odpowiadała. A potem robiła, ale nie jeden, tylko cztery od razu: dla siebie i dla mniej zdolnych koleżanek. Jak kończyła, to często już się zmierzchało i tak na podwórko nie wyszła. Taka ta moja Anecia była.

A talent miała do tych obrazków! Jak raz wyrysowała Ojca Świętego, to się ksiądz proboszcz, jak był na kolędzie, ze wzruszenia popłakał:
– Dajcie ją do jakiej szkoły plastycznej, szkoda, żeby się taki talent miał zmarnować – mówił.
Nie on jeden. Początkowo nie chciałam słuchać, bo co to za zawód dla kobiety, ścian przecież nie pomaluje... ale raz zapytałam Anety, wówczas już chyba trzynastoletniej:
– O jakiej ty szkole myślisz, córciu, gdzie ty byś się chciała dalej uczyć?
– Ja to bym chciała, mamusiu, w Rzeszowie do plastycznej, ale wiem, że to i wydatki, i kłopot, tu pewnie pójdę na miejscu do ogólniaka.
Tak mi się wtedy serce ścisnęło. Dlaczego moja Anetka ma z marzeń rezygnować, talent zaprzepaścić? Ja, jak za mąż wyszłam, też o wszystkich swoich planach musiałam raz dwa zapomnieć, nie takiego losu dla niej chciałam. Zawzięłam się i postanowiłam sobie:
– Moja córka spełni swoje marzenia.
A nawet jak wielką malarką nie będzie, to będzie szczęśliwa.

Jaka ona była radosna, jak jej powiedziałam, żeby sobie jakiegoś kursu przygotowawczego do tej swojej wymarzonej szkoły poszukała! A potem, jak na ten kurs zaczęła chodzić, jak tam biegła, jak szczebiotała, a pan Szymon to, a pan Szymon tamto, a taka kreska, siaka, a pana Szymona wystawa... czasami to aż miałam dosyć tego całego Szymona i tej paplaniny. Ale trzeba przyznać, to Zbyszek pierwszy coś zauważył:
– Nie wydaje ci się dziwne, że ona tak ciągle o tym nauczycielu gada? – zapytał mnie kiedyś – dziewczyna w takim wieku, żeby się nie zadurzyła czasem.
– Co też ty pleciesz! – zbyłam go – to dla niej nowa sytuacja, nic dziwnego, że się cieszy, a o czym ma opowiadać, o nauczycielce od niemieckiego, która chce jej jedynkę na semestr postawić?!
Zbyszek wzruszył ramionami i tak się jakoś ta rozmowa ucięła. Ale we mnie gdzieś ziarenko niepewności pozostało. Jak się okazało, nie bez powodu...

To było kilka miesięcy później. Wracałam właśnie z bazarku, jak zwykle przeklinając pod nosem rosnącą drożyznę i to, że muszę sama dźwigać ciężkie siaty, gdy pod samym domem zaczepiła mnie Danka, sąsiadka i szkolna koleżanka:
To co, Hania, weselicho szykujesz? – zagadała, puszczając do mnie oko.
– Dobrze ty się czujesz? – warknęłam, bo naprawdę nie miałam pojęcia, o co jej chodzi. – Jakie znowu weselicho, ja męża mam, i to tego samego od dwudziestu siedmiu lat, dzięki Bogu, a na Anetę to chyba za wcześnie...?
– Co ty też, że za wcześnie? Teraz świat się zmienia, a przecież co i rusz ją z kawalerem widuję, i to tak wiesz, bliżej wieczora – zachichotała radośnie Danka – to mówisz, że Aneta ci kawalera nie przedstawiła jeszcze? A nie wiem czemu, bo to człowiek stateczny, spodoba się wam.

Wzruszyłam ramionami i poszłam w swoją stronę, ale rozmowa ze wścibską sąsiadką nie dawała mi spokoju. Jak tylko Aneta wróciła z tego swojego kursu, wpadłam do jej pokoju:
– Co ty, córeczko za chłopaka masz, ludzie gadają, a nic nie wiem. Nie możesz normalnie go do domu zaprosić..., kto to jest?
– Kiedy widzisz, mamuś, to nie jest wcale mój chłopak – moje dziecko jakby zacukało się w sobie – on tak tylko chodzi ze mną, bo ja się boję sama wracać...
– Boisz się sama wracać? To przecież ojciec może po ciebie wyjeżdżać – przyciskałam ją. – Ale jak się ten chłopak nazywa? To ktoś od ciebie ze szkoły?
Mamo, to jest... pan Szymon. – wypaliła Aneta i poczerwieniała.
No tego to bym się nie spodziewała! Oczywiście zasypałam ją gradem pytań, ale Aneta odpowiadała zdawkowo: "Nie, nie spotykają się", "wcale", "po prostu ją odprowadza do domu. Nie ma żony ani dzieci, jest rozwodnikiem. Nie wie, dlaczego się rozwiedli, co ją to obchodzi. Rozmawiają tylko o szkole".
– I wiesz, mamo, on uważa, że mam prawdziwy talent, że warto ze mną pracować – poweselała na koniec Aneta, ale mnie to już mało obchodziło. Wiedziałam, że trzeba działać szybko, czekałam tylko, aż Zbyszek wróci z pracy:
– Miałeś rację – warknęłam od progu – ten cały pan Szymon to nic dobrego. On uwodzi naszą córkę. Jeszcze chwila, a Anetka się nam z domu wyprowadzi, a wróci, wiesz jak – z dzieckiem na ręku – rozkręcałam się coraz bardziej.
Tym razem Zbyszek też nie zamierzał być bierny:
– Po męsku to załatwię! Odechce mu się zawracania w głowie gimnazjalistkom! – krzyknął.

Następnego dnia mąż wrócił wcześniej z pracy. Poszliśmy do przystanku, gdzie Aneta wysiadała ze szkolnego autobusu. Tam zaczailiśmy się w pobliskich krzakach. Nie minęło dużo czasu i nadjechał autobus, wysiadła z niego nasza córka, ale nie sama. Był z nią starszy, chudy mężczyzna w niedbałym płaszczu:
– Ot, jest i nasz Casanova – zakpił mąż.
Aneta na nasz widok wyraźnie się spłoszyła, ale nie było drogi odwrotu:
– Panie Szymku, to są moi rodzice – wydukała.
Ale my nie przyszliśmy na popołudniową herbatkę:
– Jakie panie Szymku! – krzyczał Zbyszek, a ludzie na przystanku rozglądali się przerażeni. – Ty zboczeńcu, podrywasz nieletnie! Zaraz tu będzie policja!
– Ale ja nie wiem, o co panu chodzi... – jąkał się zdumiony nauczyciel naszej córki. Teraz, z bliska, widziałam, że to człowiek już mocno starszy... że też mu się amorów zachciewa w tym wieku!
– Ja ci zaraz wyjaśnię, o co chodzi! – krzyczał dalej Zbyszek – Aneta, w tej chwili proszę do samochodu!
– Tato, nie! – płakała nasza córka, ale mojego męża nic już nie mogło powstrzymać – wymierzył w policzek starszego pana idealny lewy sierpowy.

Po tej awanturze rzeczywiście problem pana Szymka się rozwiązał – przynajmniej częściowo. Aneta zrezygnowała z kursu rysunku ("nie mogłabym po takim wstydzie", jak stwierdziła) i złożyła papiery do ogólniaka u nas w mieście. Czuję, że może źle zrobiliśmy, bo widać, że nasze dziecko jest teraz nieszczęśliwe – przesiaduje w pokoju i gapi się w okno.
Rozmawiałam z jej koleżankami i teraz mam inny obraz sytuacji, chyba prawdziwy: to Aneta podkochiwała się w mądrym, dojrzałym nauczycielu, a on starał się jej nie zranić, więc – nie robiąc jej żadnych nadziei – szanował jej młodzieńcze zauroczenie. Niestety, okazało się, że najbardziej zranili ją rodzice, a przy okazji bardzo obrazili starszego, niewinnego człowieka. Boję się, że Aneta nam tego nigdy nie zapomni. Chciałabym z nią porozmawiać – ale jak do niej dotrzeć, skoro ona całkiem zamknęła się przed nami?!

Więcej prawdziwych historii:
„Obca kobieta podała się za moją babcię, a potem pozwała mnie o alimenty”
„Przez zazdrość byłego prawie zginął mój syn. Chciał się zemścić, bym też poczuła, jak to jest kogoś stracić”
„Mąż zostawił mnie bez grosza przy duszy. Żeby opłacić rachunki, musiałam zostać prostytutką”
„Chciałam bajkowy ślub i gromadkę dzieci, on nie. Ten gnojek prowadził podwójne życie - i to z moją przyjaciółką!”