Kobieta romansująca za plecami męża fot. Adobe Stock

„Od 4 lat mam romans, ale nie rozwodzę się z mężem. Muszę poczekać, aż nasze dzieci dorosną”

Mnie i mojego męża więcej łączy na papierze niż w sypialni. Nie kocham go, chyba nigdy nawet nie kochałam. Kocham jednak nasze dzieci. Właśnie dlatego nie rozwiodę się, dopóki nie dorosną.
/ 10.03.2021 13:50
Kobieta romansująca za plecami męża fot. Adobe Stock

Czerwone światło, znowu korek na Jerozolimskich. Po długim dniu wracałam z pracy do domu, chociaż szczerze mówiąc, wcale nie chciało mi się wracać. Od kilku lat praca była moją ostoją. Było tam wiele denerwujących osób, ale nie było tej jednej najważniejszej - mojego męża. Mojego przyszłego byłego męża.

Marcina poznałam 20 lat temu, kiedy miałam 21 lat. Po miesiącu zostaliśmy parą, rok później się zaręczyliśmy, a już w wieku 23 lat szliśmy razem do ołtarza. Byłam w nim bardzo zakochana. A może byłam zakochana w samej idei bycia żoną, brania ślubu, posiadanie dzieci? Tak czy inaczej, szara codzienność dosięgnęła mnie bardzo szybko. Trochę później zrozumiałam, że to jednak nie jest to. Szkoda tylko, że za późno.

To nie była miłość

Z czasem uczucia opadły, a ja do Marcina się po prostu... przyzwyczaiłam. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie źle traktował. Zawsze starał się, bym czuła się jak najlepiej, opiekował się mną, dbał o mnie. Dwa lata po ślubie urodziłam mu dwoje pięknych, cudownych dzieci, które pokochałam od razu całym sercem. Szkoda, że o nim nie mogę powiedzieć tego samego.

Ja, Marcin, Ola i Kamil zamieszkaliśmy na piętrze domu rodziców mojego męża. Nie były to jakieś luksusy, ale dzieciaki miały oddzielne pokoje, my mieliśmy własną sypialnię. Nawet ona jednak nie była w stanie uratować naszego małżeństwa, od początku skazanego na porażkę. Oddalałam się od męża coraz bardziej. On chyba zrozumiał, bo nawet nie próbował mnie łapać.

Z zamyślenia wyrwał mnie klakson samochodu z tyłu. Zielone, czas ruszyć do domu. Przywitałam się z dzieciakami (teraz już nastoletnimi), pogadałam chwilę z Marcinem. Chociaż pogadanie to chyba za duże słowo. Nasze rozmowy od dłuższego czasu przypominały raczej small talk, jaki prowadzi dwoje nieznajomych niż pełne uczuć rozmowy dwojga małżonków.

Jeszcze niedawno powiedziałabym, że czuję się samotna. Od 4 lat jednak tak nie jest, bo wiem, że jest ktoś, kto czeka na rozmowę, spotkanie, czuły gest. Tak, mam romans. Ale czy czyni to ze mnie złą żonę, skoro tą żoną praktycznie nigdy nie byłam?

Prawo, lewo, prawo, lewo...

Wszystko zaczęło się od tego, że 4 lata temu zainstalowałam aplikację randkową. Nie planowałam zdrady, chciałam po prostu poczuć się adorowana, poflirtować bez zobowiązań, a przede wszystkim bez opuszczania własnego domu. Zasady były bardzo proste. Prawo - kandydat do flirtu mi odpowiadał, lewo - wolałam szukać dalej.

Radek, 42 lata, brunet z karierą w banku, w prawo. Wojtek, 39 lat, lubi zwierzaki, w prawo. Sławek, 37 lat, szuka starszej kobiety, w lewo. Codziennie pojawiali się kolejni kandydaci. Z większością z nich wymieniłam kilka wiadomości i kontakt się urywał. Z jednym jednak pisałam przez miesiąc. Potem kolejny miesiąc już na fejsie. W końcu zaproponował spotkanie.

Nie wiedziałam, co mam robić. Miałam dom, męża, dzieci, pracę, psa, górę ciuchów do prasowania i kontakt, o którego naprawę nie mogłam doprosić się Marcina. Ja, Ada, lat wtedy 37, miałabym się spotkać z jakimś obcym facetem? Na randkę? Zdradzić męża? „Nigdy w życiu!” pomyślałam, gdy moje palce napisały „Może w ten piątek, o 19, w centrum”?

Na randkę szłam jak jakaś siksa, która pierwszy raz wymknęła się rodzicom z domu. Nie mogłam uwierzyć, że to robię. Ale Robert tak świetnie mnie rozumiał! Sam był po rozwodzie. Rozumiał, że z początku byłam ostrożna, że nie planowałam romansu. Dogadywaliśmy się jednak świetnie. Bałam się, że to urok mediów społecznościowych, jednak na żywo oczarował mnie jeszcze bardziej. Na powitanie dał mi pięknego, wielkiego tulipana. Gadaliśmy przy kawie przez 3 godziny - nawet nie wiem, kiedy minęły. Na pożegnanie pocałował mnie w usta, nie protestowałam. Zanim wsiadłam do samochodu, z bólem wyrzuciłam kwiatek do kosza.

Po pierwszym spotkaniu przyszło kolejne, potem kolejne i jeszcze następne. Czułam się jak zakochany podlotek i może coś w tym było. W końcu mogłam odbić sobie te lata młodości, które zabrało mi małżeństwo z Marcinem.

Mój romans z Robertem trwa 4 lata. Muszę powiedzieć, że były to najpiękniejsze cztery lata mojego życia. Nie wiem, czy Marcin się czegoś domyśla. Głupi nie jest, więc z pewnością wie, że moja nagła przemiana z szarej myszki w pewną siebie i zadowoloną z życia kobietę musiała być spowodowana czymś innym niż przesiadywaniem z nim na kanapie i zakupami raz w tygodniu.

Z Robertem spotykam się różnie. Czasem widzimy się kilka razy w tygodniu, gdy akurat oboje wcześniej skończymy pracę i mamy chwilę, by porozmawiać, kochać się lub chociaż leżeć przytuleni i nic nie mówić. Czasem tęsknimy za sobą nawet przez miesiąc. Kocham go. Nigdy nie kochałam męża, teraz wiem to na pewno.

Nie mogę jednak odejść od Marcina. Nie boję się, że stracę dom, pieniądze, czy kontakt z dziećmi. Marcin jest racjonalnym człowiekiem i nie zrobiłby nic, by mnie skrzywdzić. Boję się o Olę i Kamila. Dzieciaki mają już 16 i 15 lat. Są duże, ale nadal mogą nie zrozumieć, dlaczego ich rodzice się nie kochają. Nie chcę, by mnie znienawidziły. Nie chcę też, by znienawidziły mojego męża.

Robertowi powiedziałam wprost - nie rozwiodę się, dopóki moje dzieci nie skończą liceum. Wtedy wyprowadzą się na studia, będą żyć swoim życiem, a ja i Marcin spokojnie przetoczymy się przez tę batalię rozwodową. Nie będzie bitwy o opiekę, nie będzie dzielenia się obowiązkami. Będzie moja wyprowadzka, adios, krzyżyk na drogę, będziemy pomagać dzieciakom osobno i spotykać się raz na ruski rok, na świętach, gdy już pozakładają własne rodziny.

Nie zostało mi już długo w tym więzieniu. Tylko dlaczego ciągle mam wyrzuty sumienia, skoro postępuję zgodnie ze swoim sercem?

Więcej prawdziwych historii:
„Na mieście mówią, że moja 15-letnia córka prowadza się ze starym dziadem. Muszę zareagować, zanim stanie się tragedia”
„Spłacam ogromny kredyt za swojego brata. On świetnie bawi się za granicą, a a ledwo wiążę koniec z końcem”
„Ja zarabiam, więc ja decyduję, jak żona wydaje pieniądze. Dostaje 200 zł na swoje wydatki i to powinno jej wystarczyć”
„Skończyłam edukacje na podstawówce, bo zaszłam w ciążę. Wstydzę się przed synem, że nie mam nawet matury”