Z życia wzięte fot. Fotolia

„Ożeniłem się z rozsądku, a raczej... z wyrachowania. Nie kochałem Marysi. Lubiłem i szanowałem, ale o miłości nie było mowy”

Historia mężczyzny, który postanowił ożenić się żeby... nie płacić wyższych podatków. Jak potoczyły się losy jego związku?
/ 17.08.2020 12:58
Z życia wzięte fot. Fotolia

Niedługo będziemy obchodzić 48. rocznicę ślubu. Dobrze pamiętam i ten czas przed, gdy zastanawiałem się, co zrobić, i sam moment składania przysięgi. Przebiegu wesela za to nie bardzo jestem w stanie odtworzyć. Musiałem jakoś zagłuszyć wyrzuty sumienia, brak pewności i zwyczajny strach przed tym, że wiążę się na całe życie z kimś, mimo iż nie jestem pewien swoich uczuć…

Bo Marysi naprawdę nie kochałem. Lubiłem, owszem, była w końcu jedną z równiejszych babek w naszym miasteczku. Podziwiałem ją za spryt i przedsiębiorczość. No i szanowałem, bo wtedy szanowało się każdą kobietę, tak po prostu. Ale o miłości nie było mowy. Dlaczego zatem zdecydowałem się na ślub? Ano, bo miałem niedługo skończyć 25 lat. A wtedy każdy kawaler powyżej 25. roku życia musiał płacić tzw. bykowe. To znaczy konkretnie – wyższe podatki. Niewiele wyższe, ale jednak. Każdy przed tym uciekał. No więc ja też…

Tak naprawdę, to wcale nie myślałem o małżeństwie. Nie, żebym nie lubił kobiet, było właśnie wręcz przeciwnie. Znany byłem z tego, że lubię się bawić i flirtować, ale przed poważnymi związkami zawsze uciekałem. Chociaż niejedna chciała mnie usidlić – przystojny byłem, ślusarkę skończyłem, fach w ręku miałem. I jeszcze jedną zaletę – nie przepadałem za wódką, a w naszym miasteczku to był rzeczywiście atut. Tu praktycznie każdy chłop, stary czy młody, lubił zaglądać do kieliszka, ja zaś czasem jakieś piwko czy dwa wychyliłem. Nie ciągnęło mnie do większego picia. Dlatego wiele dziewczyn robiło do mnie maślane oczy. I jak tylko zorientowałem się, co się święci, zaraz uciekałem, by bronić swojej kawalerskiej wolności. Jednak czas płynął, a dobrze wiedziałem, że państwo takich jak ja, uchylających się od założenia podstawowej komórki społecznej, nie lubi. Wszystkie przywileje były dla młodych małżeństw, no i w dodatku jeszcze to „bykowe”!

Prawdą też jest, że rodzice zaczęli już mocno naciskać. Te 48 lat temu, jak ktoś miał skończone 25 lat i nie był żonaty, patrzono na niego podejrzliwie. W przypadku kobiet było jeszcze gorzej. Przynajmniej u nas, w miasteczku. A mnie już szedł 24 krzyżyk i byłem sam. Dlatego zacząłem rozglądać się za jakąś kandydatką. Zakochać się nie potrafiłem, ale myślałem sobie, że sympatia i szacunek to też solidna podstawa rodziny, nie?

Maryśkę znałem od dawna, lubiłem ją, w dodatku mi się podobała. Dwa lata młodsza ode mnie, a już była pomocnicą kierowniczki w miejscowej GS-owskiej knajpie. Mądra, obrotna, wesoła. I wiedziałem, że jej się podobam, bo gdy do tańca ją wyrywałem na zabawach w remizie, to zawsze na parkiet szła chętnie. A i odprowadzić się dwa razy dała do domu. Poza tym nie była jak inne. Tamte tylko głupio chichotały, gdy jakiś chłopak powiedział przy nich coś bardziej swobodnego, a Marysia potrafiła się odgryźć i to z sensem. „Nudzić się z nią na pewno nie będę” – myślałem wtedy i postanowiłem wziąć byka za rogi. Nomen omen…

Prawdę mówiąc, myślałem, że łatwiej mi pójdzie. Ale gdy Marysia zorientowała się, że ja z nią nie flirtuję, jak z innymi, lecz poważnie do niej startuję, nagle zaczęła inaczej się zachowywać. Jakby te moje zaloty nie były po jej myśli. Sądziłem na początku, że się kryguje, że to takie babskie podchody, ale ona pewnego dnia, gdy już wprost dałem jej do zrozumienia, że mnie o coś poważnego chodzi, stwierdziła:
– Flirciarz z ciebie, kobieciarz i miglanc. Ślusarz jesteś, dobry fach masz w ręku, a od dawna jako uczeń robisz. Antek poszedł do roboty później niż ty i już jest czeladnikiem. A poza tym za każdą spódniczką się oglądasz. Ty myślisz, że ja będę potem po miasteczku oczami świecić, że chcę być na ludzkich językach, bo chłopa utrzymać przy sobie nie potrafię? Nie, Ignaś, ja to cię nawet lubię, miło się z tobą rozmawia, ale twoją narzeczoną to ja nie nie chcę być!

Tyle lat minęło, a ja nadal pamiętam każde słowo. Chyba nikt mi tak jeszcze nie wygarnął jak ona. I wiecie co? Właśnie wtedy stwierdziłem, że ona musi być moja. Gdzie ja bym inną taką równą babkę znalazł? Bardzo się starałem, żeby jej udowodnić, że zależy mi tylko na niej. No, teraz to inne czasy, wtedy, jak już mówiłem, kobiety się naprawdę szanowało. No i romantyzm wcale nie był objawem zniewieścienia; kwiaty, spacery przy świetle księżyca, czułe wyznania i przejażdżki łódką po naszej rzeczce, to były typowe sygnały miłości.

Ja też sterczałem z bukietem bzów pod jej pracą, grałem na mandolinie pod jej oknem i wiosłowałem zapamiętale, patrząc jej czule w oczy i komplementując jej urodę. Co prawda, Marysia była tak praktyczną i świadomą swoich zalet kobietą, że niełatwo było ją zauroczyć. Wiedziałem, że każda inna byłaby już moja, już by przyjęła oświadczyny, ale o nią muszę się bardziej postarać. I to właśnie mi imponowało! Prawie z rok robiłem do niej podchody, zanim wreszcie zgodziła się za mnie wyjść. W ostatniej chwili – zbliżałem się do 25. roku życia, uciekłem więc od bykowego. No i zamknąłem usta rodzinie, która przestała narzekać, że taki stary i sam po świecie chodzę.

Ślub mieliśmy piękny, wesele huczne. Przynajmniej ta część, którą pamiętam, była jak trzeba, z orkiestrą, przytupem, przyśpiewkami i bigosem. Upiłem się wtedy po raz pierwszy – i zresztą ostatni – w życiu. Wszyscy mówili, że to ze szczęścia. A ja ich nie wyprowadzałem z błędu. Bo bardziej to był strach przed przyszłością. Dopiero na tym weselu zdałem sobie sprawę, że właśnie się żenię, ale bez miłości, więc co to będzie za związek? Prawdę mówiąc, długo to przeżywałem i zastanawiałem się, jak to będzie, czy nie popełniłem błędu, czy nie skrzywdzę Marysi i siebie. Chociaż zupełnie nie odczuwałem tego braku miłości na co dzień.

Byliśmy wręcz idealną, zgraną parą. Powodziło nam się dobrze, bo ja, żeby zdobyć Marysię, jeszcze przed ślubem awansowałem i teraz brałem pensję czeladniczą. Ona jako pomocnica kierowniczki też nieźle zarabiała, a że była obrotna, to zawsze zdobyła to, co do domu potrzebne. A jak nie udało jej się kupić, to sama uszyła albo wydziergała. Gotowała znakomicie, a i pogadać z nią mogłem. Inne sprawy też nie szwankowały: rok po ślubie pojawił się na świecie Grześ, a trzy lata później Marcin. Chodziłem do pracy, wracałem do domu, jadłem pyszny obiad i bawiłem się z dzieciakami. A wieczorem albo rozmawialiśmy, albo szliśmy do znajomych. Potem, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy telewizor, razem oglądaliśmy westerny, które uwielbialiśmy.

Widywaliśmy się z innymi parami i widziałem, że nasze życie nie jest gorsze od ich. Ba, nawet było lepsze, bo my właściwie się nie kłóciliśmy. Bo i o co? Ja nie piłem, całą wypłatę przynosiłem do domu, Marysia była gospodarna i oszczędna. Szanowaliśmy się. O żadnych zdradach też nie było mowy, chociaż przyznam szczerze, że cały czas bałem się, że poznam kogoś, kogo pokocham. I co wtedy? Na uczucie nie ma rady. Ale czas płynął, ja się starzałem, a nie pojawiał się nikt, do kogo zapałałbym uczuciem. Nasze małżeństwo było niezagrożone. W sumie to byłem szczęśliwy.

Ale dopiero gdy skończyłem 40 lat, zrozumiałem, jak bardzo. Pewnego dnia, gdy byłem w pracy, mój mistrz przyszedł i powiedział, że Marysia miała wypadek i jest w szpitalu. Potrącił ją samochód. Oczywiście, natychmiast się zwolniłem i pobiegłem do niej. Lekarze powiedzieli, że jej stan jest poważny, miała złamany obojczyk i była silnie potłuczona, ale jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Siedziałem przy jej łóżku, zdenerwowany, patrzyłem na jej bladą, obolałą twarz, na kroplówki i... nagle zrozumiałem, że nie martwię się o nią dlatego, że jestem do niej przywiązany i ją lubię. Dotarło do mnie, że ją kocham! Nie wiem, kiedy to się stało i jak. Czy powoli, przez te wszystkie lata, gdy byliśmy razem? Czy zaraz po narodzinach naszego pierwszego dziecka? A może zawsze ją kochałem, tylko sam przed sobą nie chciałem się przyznać do tego uczucia? Nie wiem. Ale ponad 30 lat temu, zrozumiałem, że ją kocham.

Czy to coś zmieniło? Tak! Poczułem ulgę, przestałem się zadręczać, że ją kiedyś skrzywdzę. W życiu nie pozwolę, żeby było jej przykro. Tam, w szpitalu, po raz pierwszy powiedziałem jej, że ją kocham. Była wtedy nieprzytomna, ale powtórzyłem swoje wyznanie, gdy odbierałem ją ze szpitala. I powtórzę niedługo, gdy odnowimy nasze śluby. To był mój pomysł. Zwlekałem z tym, ale już wiem, że chcę jeszcze raz przed ołtarzem przyrzec jej wierność, miłość, szacunek. I tym razem zrobię to szczerze!

Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”