Wredna teściowa fot. Adobe Stock

„Przyszli teściowie chcieli się mnie pozbyć, bo jestem rozwódką z dzieckiem. Do tego jestem sporo starsza od ich syna”

Dla mojej córki byłam gotowa na wszystko. Nawet na to, by zrezygnować z miłości. Ale ona nie tego chciała.
/ 18.11.2020 17:05
Wredna teściowa fot. Adobe Stock

Źle trafiłam za pierwszym razem. Norbert potrafił być zabawny, ale poza tym okazał się niedojrzałym smarkaczem i narcyzem. Ja też się nie popisałam. Rozczarowałam ojca na całej linii, jednak zrobił, co mógł, bym nie została panną z dzieckiem. Niemal siłą zaciągnął Norberta przed ołtarz. Nie zniósłby, gdyby jego wnuka ktoś ośmielił się nazwać bękartem. W słowniku mojego taty wciąż znajdowały się takie pojęcia. Osiągnął sukces, miał dwie szklarnie, przymierzał się do otwarcia kwiaciarni, ale w głębi serca pozostał prostolinijnym synem małorolnego chłopa.

Pobraliśmy się z Norbertem w marcu, Beatka przyszła na świat we wrześniu. A ja już wtedy miałam dosyć ciągłych kłótni i wzajemnych pretensji. On mi zarzucał, że pokrzyżowałam mu życiowe plany, a ja jemu, że miga się od obowiązków. Po roku szarpaniny wystąpiłam o rozwód. Niemal usłyszałam, jak Norbertowi kamień spadł z serca.

Ojciec nie był zachwycony. Jako katolik i tradycjonalista wierzył, że ślub kościelny to świętość.
– Czyli nie zakładasz, bym kiedyś ponownie wyszła za mąż? – spytałam z wyzywającą nutą w głosie.
Nie wiem, co mnie napadło. Nie paliło mi się do kolejnego związku. Może po prostu chciałam wiedzieć, na czym stoję.

Tata spojrzał na mnie – z początku surowo, potem jego wzrok złagodniał. Westchnął ciężko.
– Mam swoje zasady. Jestem stary i już się nie zmienię. Zmusiłem gagatka do ślubu. Tak trzeba było. Ale gdy zdecydowałaś się go pogonić, uznałem twoje racje. Nie myśl, że przyszło mi to lekko. Rozwód? Tego jeszcze w naszej rodzinie nie było. Ale dobro twoje i Beatki jest dla mnie ważniejsze niż zasady. Pamiętaj o tym – pogłaskał mnie z czułością po policzku.
Wzruszyłam się, bo ojciec nie należał do osób wylewnych.
– Już dobrze, nie maż się – dodał.
– A następnym razem wybierz dobrze, bez pośpiechu… – wymownie zerknął na Beatkę. Więc się nie spieszyłam…

Większość czasu poświęcałam córce i pracy w kwiaciarni. Odkryłam w sobie talent do układania bukietów oraz umiejętność nawiązywania kontaktu z klientami. Z czasem nawet księgowość przestała mnie przerażać. Beatkę zabierałam ze sobą. Miała na zapleczu swoje łóżeczko i kącik do zabaw. Ale najbardziej lubiła raczkować wśród doniczek z kwiatami.

W wieku 8 lat Beatka była nad podziw cichym i łagodnym dzieckiem. Jedyne, co psuło harmonię jej wszechświata, to mężczyźni. Uwielbiała swojego mrukliwego „dziadzię”, ale innych panów unikała. Gdy w kwiaciarni pojawiał się klient, chowała się za mną albo w cieniu wielkiego filodendrona i czekała, aż sobie pójdzie. „Czyżbym nieświadomie zaszczepiła w niej nieufność do mężczyzn?” – zastanawiałam się. Wszak nie żyłam jak mniszka. Chodziłam na randki, miałam na koncie parę związków, ale nic stałego, nic poważnego. Nie umiałam, a raczej nie chciałam się zaangażować. Widać Beatka to wyczuła. Mężczyźni kojarzyli jej się z rozczarowaniem. Do czasu…

Janek zjawił się u nas, by zamówić bukiet na srebrne gody swoich rodziców. Od razu zwrócił moją uwagę. Wysoki, chudy jak tyka młodzieniec zawadził głową o zwisającą z sufitu doniczkę z trzykrotką. Uśmiechnął się bezradnie. Nosił okulary, jego złotorude włosy były już lekko przerzedzone, co dodawało mu lat, ale niewątpliwie był młodszy ode mnie. Świadczyły o tym brak pewności siebie i niezdarność – jakby jeszcze nie przywykł do swojego wybujałego wzrostu – oraz upór, z jakim unikał mojego wzroku od chwili, gdy przyłapałam go, jak gapi się na mój biust. Przywykłam do takich spojrzeń, ale chłopak wyraźnie się speszył. Spłonił się jak piwonia, próbując wyjąkać zamówienie. Do momentu, gdy dostrzegł kryjącą się pod filodendronem Beatkę.

Przykucnął, uśmiechnął się szeroko i naturalnie, bez obłudnego szczerzenia zębów.
– A cóż to za uroczy fiołek się tutaj chowa? – zagadnął.
Zamiast ukryć się głębiej, moja córka wychynęła zza liści i spytała zaciekawiona:
– Skąd wiedziałeś?
– Że jesteś fiołkiem? Przecież to od razu widać. Fiołki kryją się w trawie, udając niewidzialne, ale gdyby naprawdę chciały zniknąć, nie pachniałyby tak ślicznie i nie byłyby takie urocze. Mam rację?
Beatka przytaknęła i wyszła spod filodendrona.
– A ty…? Ty jesteś… – zastanawiała się przez chwilę, patrząc w jego szczerą, niezbyt ładną twarz. – Słonecznik. Wysoki, chudy i złoty.
– Toś mi strzeliła komplement. – roześmiał się głośno. Zawtórował mu dźwięczny niczym dzwoneczek śmiech Beatki.

No i zakochałam się. Wbrew sobie i okolicznościom. Bo moja córka go wybrała, bo lgnęła do niego, bo był cudowny, słodki i oświadczył mi się po tygodniu. Odmówiłam z uśmiechem, biorąc propozycję za żart. Ale on nie żartował. Oświadczał mi się regularnie co niedziela przez następnych pięć miesięcy.
– Nie wyobrażam sobie dalszego życia bez ciebie. I nigdy nie przyjmę odmowy.
Uległam mimo wielu wątpliwości. Problem w tym, że ja w wieku 29 lat byłam tak zwaną kobietą po przejściach, a on był naiwnym studentem Akademii Rolniczej. Naprawdę mogłam mu przesłonić świat, stanąć na drodze do lepszej przyszłości, stać się bagażem nie do udźwignięcia.

Mój tata też to zauważył.
– Nie chcę, żebyś znowu cierpiała – mówił. – Janek to dobry dzieciak, lubię go, świetnie mi się z nim gada, ale z całym szacunkiem, guzik wie o prawdziwym życiu. Czy zdaje sobie sprawę, na co się porywa? Beatka nie jest jego córką, choć widzę, że przypadli sobie do gustu. Cieszy mnie to, ale czy będzie umiał kochać ją równie mocno jak własne dzieci? Jak ty poradzisz sobie z tą sytuacją? A jego rodzice, co na to…?

Właśnie. Zwłaszcza matka, już w trakcie pierwszej wizyty, jasno dała mi do zrozumienia, że nie takiej synowej się spodziewała.
– Miło mi panią poznać. Bukiet na nasze gody był przepiękny. Ma pani talent.
A potem przy herbacie, szybkie celne pchnięcie:
– Ślub, tak szybko…? Czyżby zaszły jakieś naglące okoliczności?
– Byłoby trudno, bo w czasie każdej randki towarzyszy nam przyzwoitka. Córka Lili nie odstępuje nas na krok. Ma 8 lat. – oznajmił z dumą Janek.
– Pani ma córkę, już ośmioletnią, gratuluję – powiedziała matka Jana, ukazując w uśmiechu białe równe zęby. – Ale to znaczy, że jest pani starsza od naszego syna o… kilka lat.
– O siedem – uściśliłam.
– A wygląda pani na jego rówieśnicę. Winszuję, synu. – ojciec klepnął Janka w łopatkę, rozładowując nieco sytuację.

Niemniej później nie było lepiej. Kolejne spotkania, kolejne szpileczki.
– W kwestii ślubu… Kościelny raczej nie wchodzi w rachubę?
– Nie, jestem po rozwodzie.
– Cóż – mama Janka nie kryła rozczarowania. – Wiązaliśmy z synem spore nadzieje. Myśleliśmy, że po studiach wyjedzie za granicę. Unia potrzebuje i ceni dobrych fachowców… Sądziliśmy, że najpierw ustawi się w życiu, dopiero potem założy rodzinę… z kimś w równym wieku i o podobnym statusie… Oczywiście, miłość nie wybiera. Jeżeli teraz ożeni się z kobietą starszą, obarczoną różnymi obowiązkami… Rzecz jasna, Beatka to słodkie dziecko, doprawdy urocze, tylko… Nie zamierzamy wtrącać się w twoje życie, synku, ale…
– Ale właśnie to robisz, mamo – upominał ją delikatnie Janek.
I w końcu to jedno krótkie słówko „mamo”, wypowiadane bez złości, za to z niezmienną czułością, zaważyło. On ją kochał, szanował, a ja wiedziałam, że w tej kobiecie nigdy nie odnajdę matki, o której marzyłam.

Moja prawdziwa mama umarła, gdy miałam 4 lata. Ledwie ją pamiętam: uśmiech, zapach, kilka taktów kołysanki… – tylko tyle mi po niej zostało. Nigdy nie zaznałam tej intymnej więzi, jaka łączy matkę i córkę. Łudziłam się, bardzo krótko, że przyszła teściowa choć w części zastąpi mi mamę. Ale dla niej zawsze będę nie dość dobra. Mogłabym jej urodzić setkę wnuków, rudych, chudych i wysokich jak Janek. I co z tego? Nie zaakceptuje mnie, podobnie jak pulchnej, bystrookiej Beatki, o włosach w kolorze żółtych aksamitnych bratków.

Kiedyś mój ojciec uznał Norberta za niewłaściwego kawalera, teraz ja okazałam się nieodpowiednią kandydatką. Bałam się, że Janek wcześniej czy później to dostrzeże, że będzie musiał wybierać między mną a rodziną. Nie chciałam stawiać go przed takim dylematem. I musiałam chronić Beatkę.

Podjęłam decyzję i zrezygnowałam ze swojego szczęścia. Dla niej. Córka nie doceniła mojego poświęcenia.
– Czemu Słonecznik już nie przychodzi? Co mu zrobiłaś? Nie lubię cię. – krzyczała i na całe godziny chowała się pod filodendronem. Nie umiałam jej pocieszyć, nie umiałam pocieszyć samej siebie.
– Liluś, może się myliłem, może właśnie Janek jest twoim przeznaczeniem, nie rezygnuj ze szczęścia… – łamał się mój tata.
– Ej, tatko, nie wstyd ci? Takie banały do ciebie nie pasują – kpiłam, walcząc ze łzami. – Tato, nigdy nie spełnię wymagań jego rodziców. Ich uprzedzenia w końcu zatrułyby nam życie, zniszczyłyby wszystko. Teraz przynajmniej mam wspomnienia. Zawsze będę go kochać…
Przytulił mnie, niemal dusząc w niedźwiedzim uścisku swoich mocnych ramion.

Gdy dwa miesiące później rodzice Janka stanęli w drzwiach kwiaciarni, nie bardzo wiedziałam, jak się zachować. Wyręczyła mnie Beatka, która natychmiast ich poznała. Wybiegła z ukrycia i zaczęła się dopytywać, unosząc ku nim ufną pyzatą buzię:
– A gdzie Słonecznik? Czemu nie przyszedł z wami? Gniewa się na nas? Tęsknię za nim. Tak fajnie się uśmiechał, jak nikt inny…
Ojciec Janka przykucnął, z trudem przełknął ślinę, nim powiedział:
– Słonecznik już się nie uśmiecha. Bez ciebie i twojej mamy nie potrafi. Jest smutny, więc ja też.
– Mam cię przytulić? – spytała moja córka w rozbrajającym odruchu współczucia.
– Poproszę…

Patrzyłyśmy na siebie ponad ich głowami. Dwie kobiety. Dwie matki, gotowe na wszystko, by ratować swoje dziecko. Uśmiechnęła się delikatnie, nieśmiało, ale po raz pierwszy szczerze.
– Ciekawe, do jakiego kwiatka porównałaby mnie… wasza córka?
Ponoć do trzech razy sztuka, ale ja trafiłam dobrze za drugim razem.

Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”