Matka i córka fot. Adobe Stock

„Spakował swoje rzeczy i uciekł. Stwierdził, że nie jest gotowy na dziecko. Zrobił to, jak byłam w pracy, bo był tchórzem”

Moja mama twierdzi, że dziecko powinno mieć ojca. I mniejsza o to, jaki on jest. Doprawdy?
/ 29.07.2020 10:58
Matka i córka fot. Adobe Stock

Marek wyprowadził się, kiedy byłam w pracy. Po powrocie do domu usiadłam na sofie, którą cztery miesiące wcześniej kupiliśmy w Ikei. Rozejrzałam się po naszej, do niedawna wspólnej, kawalerce. Zabrał prawie wszystko, co wartościowe: telewizor, fotele, sprzęt grający, regał na książki. Oczywiście nie zapomniał też o olbrzymim fikusie, którego dostał w prezencie od siostry.

Na szczęście nie zabrał sofy. „No tak, trochę głupio zostawić kobietę w ciąży w mieszkaniu całkowicie ogołoconym z mebli” – pomyślałam i wybuchłam histerycznym śmiechem. Nie mogłam uwierzyć, że odszedł. Byliśmy ze sobą prawie trzy lata. Przecież kochaliśmy się… Owszem, często powtarzał, że nie chce mieć dzieci, ale przecież ja tej ciąży nie zaplanowałam. Wpadliśmy. Liczyłam na to, że mnie będzie wspierał. A on?
– Nie jestem gotowy na to dziecko, słyszysz?! – wrzasnął do mnie wczoraj.

A teraz po prostu zwiał. Spojrzałam na telefon: leżał na komodzie, ładował się. Przebiegło mi przez głowę, żeby może do niego zadzwonić… Jednak – nie. „Nie będę się płaszczyć przed facetem, który rzucił mnie w tak perfidny sposób! – pomyślałam z zaciętością. – Niedoczekanie!”.

Czyście poszaleli?! Dziecko musi mieć ojca! Dzwoń do Marka, dogadajcie się jakoś. Spanikował, trudno, ale daj mu jeszcze szansę – przekonywała mnie mama, którą ściągnęłam telefonicznie. W ogóle nie chciałam tego słuchać.
– Ja mam mu dać szansę?! Ja?! – krzyknęłam. – Spakował bety, kiedy byłam w pracy i uciekł. Nie widzisz, jaki to dupek?! Nie chcę żyć z facetem, który tak się zachowuje! Ty byś chciała?
Z zaciśniętymi ustami rozejrzała się po naszej pustej kawalerce.
– Jeszcze się opamięta, zobaczysz. Tylko nie stawiaj sprawy na ostrzu noża – odparła po chwili. – Zrób dobrą kolację i go zaproś na wieczór. Pogadacie, wyjaśnicie sobie wszystko. Pamiętaj, że zbyt dumnym kobietom zawsze będzie w życiu pod górkę. No już, dzwoń do niego!
I podała mi telefon.

Chyba żartujesz, mamo! – wybuchłam. – Mam się przed nim poniżać? To on zrobił źle! Nie będę go nic prosić!
Pokiwała głową i zapatrzyła się w okno.
– Samotne macierzyństwo nie jest łatwe – powiedziała w końcu. – Wiesz, ile poświęciłam, żeby cię wychować?
– Wiem i to doceniam. Ale nie zamierzam robić nic, czego potem się będę wstydzić sam przed sobą. Mam godność! – podkreśliłam lodowatym tonem.

Minął miesiąc. Marek uparcie milczał. W końcu którejś nocy wysłał mi krótkiego SMS-a: Strasznie za Tobą tęsknię… Nie odpisałam, bo po co? Zresztą, musiał być wtedy pijany, bo nazajutrz nawet do mnie nie zadzwonił... Przepłakałam kilka nocy, ale się do niego nie odezwałam. Za bardzo bolało mnie to, w jaki sposób mnie zostawił. Rozumiem, nie był gotowy do roli ojca, ale mógł to załatwić zupełnie inaczej. Zresztą, czy ja byłam gotowa do roli matki?! Też nie. Tyle że mnie ciężko byłoby tak po prostu uciec od własnego ciała, prawda?!

Ciąża rozwijała się prawidłowo. Na początku czwartego miesiąca znalazłam współlokatorkę – młodą, cichą studentkę. Zamieszkała ze mną w niewielkim pokoju połączonym z kuchnią.
– Jak urodzisz, znajdę sobie coś innego. Na razie jest okej – stwierdziła.
Matka odwiedzała mnie co dwa, trzy dni i zawsze powtarzała:
– Dzwoń do Marka, córeczko!
A ja niezmiennie odpowiadałam:
– Nie ma mowy!

W końcu sama do niego zadzwoniła. Musiała wziąć numer z mojej komórki. Marek pojawił się którejś środy. Za oknem lało jak z cebra, a ja tarłam ziemniaki na placki. Mojej współlokatorki nie było. Pojechała na wieś, do rodziców. Tym bardziej zaskoczył mnie dzwonek do drzwi – nie zapraszałam na ten dzień nikogo, bo niezbyt dobrze się czułam.
– Cześć, Natalia – powiedział mój były chłopak, kiedy otworzyłam drzwi.

Powiedział to takim tonem, jakby nigdy ode mnie nie uciekł… Zupełnie jakbyśmy rozstali się w najlepszej zgodzie i nie widzieli najwyżej dwa dni!
– Co, zapomniałeś czegoś zabrać? Wprawdzie ogołociłeś całe mieszkanie, ale wejdź, zapraszam, rozejrzyj się, może jeszcze coś wpadnie ci w ręce – powiedziałam szyderczo.
– Po co ten sarkazm? – burknął, ładując się do środka bez dalszych ceregieli. – Podobno chciałaś ze mną pogadać.
– Ja? Z tobą? Wolne żarty! – prychnęłam na tak bezczelne stwierdzenie.
– Twoja matka mówiła, że…
– Wynoś się stąd i nigdy więcej nie wracaj! – krzyknęłam.

Spojrzał na mnie zbity z tropu.
– Twoja mama mówiła…
– Ona nie ma tu nic do powiedzenia!
– Jesteś pewna, że nie chcesz pogadać? – spytał niepewnie. – Może coś bym dla dzieciaka kupił? Jakiegoś miśka, lalkę czy kocyk? Mógłbym też…
– Wynoś się stąd, palancie! – przerwałam mu, czerwona z wściekłości.

Miśka chciał kupić?! Tatuś zakichany... Co ten idiota w ogóle sobie wyobrażał? I jak mogłam przez te nasze wspólne lata nie zauważyć, jaki z niego drań?!
– Dobra, jak uważasz. Chciałem pogadać, ale nie, to nie – burknął w końcu urażonym tonem i ruszył do drzwi. – O, ten obrazek jest mój – zauważył, po czym zdjął ze ściany niewielki szkic okrętu na wzburzonym morzu, wsunął go pod pachę i zbiegł po schodach.
Z oburzenia odebrało mi mowę. I pomyśleć, że taki dupek miałby być ojcem mojego dziecka! Po moim trupie!!! Zamknęłam za nim drzwi.

Kilka miesięcy później przeniosłam się do mamy. Brakowało sześciu tygodni do przewidzianego terminu porodu, a moja współlokatorka właśnie przeprowadziła się do swojego chłopaka. Zdecydowałam, że zrezygnuję z wynajmu kawalerki i zamieszkam z mamą. Biedna, w końcu pogodziła się z tym, że nie wrócę już do Marka i obiecała pomagać przy dziecku. Moja córeczka urodziła się pierwszego kwietnia, w prima aprilis, jednak dla mnie nie była żartem przewrotnego losu. Pokochałam ją od razu – maleńką, śliczną, kruchą i tylko moją własną. Marek nie pojawił się na porodówce, mimo że mama kilkakrotnie do niego dzwoniła. Bezczelnie twierdził, że jest w Londynie, choć wspólny znajomy widział go drugiego kwietnia w centrum naszego miasta w towarzystwie jakiejś blondynki.

Zosia ma dwa i pół roku i jest najcudniejszym dzieckiem na świecie. Ja od pół roku spotykam się z Konradem. Jest starszy ode mnie o 5 lat. Od razu zaakceptował małą i nigdy nie robił problemu z tego, że jestem samotną matką. Marek widział naszą córkę tylko raz – tuż przed jej pierwszymi urodzinami. Przyszedł wtedy do nas mocno podpity i koniecznie chciał wziąć małą na ręce. Zaprotestowałam gwałtownie. Powiedziałam, że jest pijany, więc nie pozwolę mu dotknąć dziecka. Wtedy zrobił mi awanturę, wyzwał od najgorszych i wybiegł, z furią zatrzaskując za sobą drzwi. Nigdy więcej nie odwiedził Zosi.

Za to zdarza mu się czasem do mnie dzwonić i pytać, co u małej, ale wyraźnie nie ma zamiaru umawiać się na żaden konkretny termin wizyty. Myślę, że dzwoni, bo dręczą go wyrzuty sumienia. Czasem zastanawiam się, czy nie powinnam pozbawić go sądownie praw rodzicielskich. W końcu nigdy się Zosią nie interesował, nie płaci alimentów. Zresztą po alimenty nawet nie poszłam do sądu. Poradziłam sobie sama w ciąży i radzę sobie dalej. Od Marka nic nie chcę. Nie zasłużył sobie na to dziecko ani na mnie.

Konrad powiedział, że chce być tatą Zosi, adoptować ją i wychować jak swoją.
– Pobierzmy się, wyjedźmy stąd – namawiał mnie. – Kiedyś powiemy małej, kto jest jej biologicznym ojcem, ale na razie nie chcę, żeby ten palant się tu kręcił.
Stwierdziłam, że to świetny pomysł, i wspólnie zdecydowaliśmy, że pojedziemy do Niemiec. Kuzyn Konrada prowadzi tam przydrożny pensjonat i na pewno znajdzie się dla nas jakaś praca.

Tylko moja mama nie zgadza się z naszą decyzją, czego zresztą nie rozumiem.
Nie możecie tak po prostu wyjechać! – zaczęła krzyczeć, kiedy tylko usłyszała o naszych planach. – Dziecko musi mieć ojca. Prawdziwego ojca.
– Co ty wygadujesz, mamo? – zdenerwowałam się. – Chodzi ci o Marka? Przecież to jest zupełnie niepoważny, niedojrzały emocjonalnie facet. Naprawdę takiego tatusia chcesz dla Zosi?
– To jej ojciec, bez względu na to, jaki jest – upierała się mama. – Nie można tego dziecku odbierać. Mała powinna mieć z nim jakiś kontakt.
– Nie zgadzam się z tobą – odparłam, z trudem nad sobą panując. – I wybacz, ale już postanowiliśmy, że wyjeżdżamy.
– Będziesz tego żałować – usłyszałam.

Będę? Przecież Zosia ma już ojca. Tego, który ją ze mną wychowuje. A ja niczego Markowi nie zabraniam. Gdyby tylko chciał, mógłby mieć z nią kontakt.

Więcej listów do redakcji:„Pijany kierowca tira spowodował wypadek, w którym omal nie zginęła moja żona. Tego dnia wracała od kochanka”„Czy na pewno jestem ojcem swojego syna? Ledwo znałem Aldonę, a już wpadliśmy. Może była w ciąży już wcześniej”„Moje dzieci uważają, że obowiązkiem dziadków jest zajmowanie się wnukami. Ja mam swoje życie”

SKOMENTUJ
KOMENTARZE (1)
/06.08.2020 17:14
W interesie dziecka jest, żebyś odebrała ojcu prawa rodzicielskie. Nie kontaktuje się z córką, nie ma z nią więzi, ale....popija i przyjdzie czas, że alkohol będzie najważniejszy, pieniążków braknie i tatulo wystąpi o alimenty od córki.