Partner nie zajmuje się dzieckiem fot. Adobe Stock

„Mąż nie zajmuje się córką. Jest z nami, ale chcę go zostawić, bo i tak wszystko muszę robić sama. Mam tego dość!”

Dziecko wszystko zmienia. Trzeba się pożegnać z beztroską, luzem i myśleniem o sobie, a powitać całą masę obowiązków.
/ 17.10.2020 19:58
Partner nie zajmuje się dzieckiem fot. Adobe Stock

Pospiesznie pakuję rzeczy swoje i Lenki. Na dole, pod blokiem, w samochodzie czeka mój tata. Nie chciał wejść po torby. Powiedział:
– Wybacz, córuś, ja ci nie pomogę. Jeśli chcesz odejść od Sławka, to musi to być twoja decyzja od początku do końca.

Czy powinnam odejść od męża? Z tym pytaniem zmagam się od miesięcy. Może to będzie egoizm z mojej strony? Może zrobię tym krzywdę dziecku? No cóż, Sławek kocha Lenkę, w to akurat nie wątpię. Problem w tym, że z ojcostwa chce brać tylko to, co dla niego wygodne. A mnie najchętniej zostawiłby z całą resztą obowiązków.

Kiedy się poznaliśmy, byliśmy przede wszystkim dobrymi kumplami. Tak wiele rzeczy robiliśmy wspólnie. Oboje uwielbialiśmy wypady w góry i wspinanie się po skałkach. Potrafiliśmy wstać jeszcze przed świtem, wsiąść w samochód i w ciągu pięciu godzin znaleźć się w zupełnie innym świecie. Kiedy zdobywaliśmy kolejny szczyt, po prostu czuliśmy, jak z każdym krokiem rośnie nasza miłość. Decyzja o ślubie i o tym, że chcemy mieć dziecko, wydawała się tak oczywista, jak to, że aby żyć, trzeba oddychać. Na naszym weselu usłyszeliśmy od znajomych, że ich zdaniem jesteśmy parą idealną. I tak też się czuliśmy – wyjątkowi, perfekcyjnie dopasowani, zespoleni.

Jacy my byliśmy szczęśliwi

Kolejne dwa lata to była prawdziwa bajka. Z jednej strony nadal żyliśmy jak przed ślubem: robiliśmy sobie wzajemnie różne miłe niespodzianki, takie jak wyjścia do kina na całonocny maraton czy wyjazd do Pragi, (gdzie mój mąż oświadczył mi się na słynnym moście Karola). Z drugiej zaś strony tworzyliśmy stabilny związek, który chcieliśmy przypieczętować dzieckiem. Kochaliśmy się już bez zabezpieczenia, bez umiaru, jak szaleni, wiecznie głodni siebie. Byłam taka szczęśliwa. Wierzyłam mocno, że już niedługo zajdę w ciążę i stworzymy razem prawdziwą, pełną rodzinę. Nawet fakt, że tyle alarmów okazało się fałszywych i tak wiele testów ciążowych poszło do kosza, mnie nie załamał. Nie szłam do lekarza, nie badałam się, bo uważałam, że muszę dać sobie czas. I to było słuszne, bo za którymś razem na teście pojawiły się w końcu dwie kreski.

– Zobacz! – pokazałam je natychmiast Sławkowi, a on przytulił mnie i ucałował. Wreszcie będziemy rodzicami – szepnęłam, ocierając łzy radości.
– Wiedziałem, że tym razem nam się uda – powiedział. – Czułem to!
Kiedy byłam w ciąży, nic się miedzy nami nie zmieniło. Nadal żyliśmy jak dawniej – swobodnie i beztrosko. Spotykaliśmy się z przyjaciółmi, chodziliśmy na imprezy. Na szczęście czułam się dobrze, więc niejedną noc zarwałam. Jedyna różnica polegała na tym, że oni pili jak zwykle, a ja nie.

Dwa tygodnie przed rozwiązaniem Sławek i ja pojechaliśmy w góry. Kiedy szedł na wycieczkę, zostawiał mnie w pensjonacie. Siadywałam sobie wtedy z książką na tarasie, obłożona poduszkami, i patrzyłam na malownicze szczyty. Byłam pewna, że za kilka miesięcy przyjedziemy tutaj razem z naszą kochaną dziewczynką. Sławek już planował, że kupi w tym celu specjalne nosidełko, które zakłada się na plecy niczym plecak na stelażu.
– Ona od początku musi poznać wszystko to, co my kochamy – powtarzał.
– Oczywiście – potakiwałam. – Będzie taką maleńką kopią nas samych…
Jak my się wtedy kochaliśmy!

Wszystko zmieniło się po narodzinach Leny

Co się więc zmieniło po tym, jak na świecie pojawiła się Lenka? Wszystko! Zaczęło psuć się już pierwszego dnia, kiedy mój mąż spóźnił się do nas, do szpitala. Nie był przy porodzie. Zresztą ja tego od niego nie wymagałam, wiedząc, jak źle znosi atmosferę szpitala i widok krwi. Jednak sądziłam, że pojawi się z samego rana, a tymczasem on przyszedł do nas dopiero po południu. Zalatywał przetrawionym alkoholem i nieświeżym ubraniem.

– Kochanie, oblewałem narodziny małej z kumplami – powiedział. „Szkoda, że ja nie mogłam tego oblewać” – pomyślałam wściekła jak osa. Byłam zmęczona, obolała, z nabrzmiałymi od mleka piersiami. Nawet nie usłyszałam od męża zwykłego „przepraszam” za to, że nie zjawił się, gdy ja czekałam.

Nie miałam wtedy pojęcia, że nasze życie właśnie uległo zmianie i że Sławek przestał być moim najlepszym przyjacielem. Kiedy wróciłam z małą do domu, byłam pewna, że podzielimy się z mężem obowiązkami, że będziemy takimi nowoczesnymi rodzicami, którzy wspólnie opiekują się dzieckiem. Naiwna… Ja siedziałam w domu na urlopie macierzyńskim, a mój mąż chodził do pracy i uważał, że w związku z tym to on ma prawo się wysypiać, a ja nie muszę.
– Przecież ty się potem możesz zdrzemnąć w dzień, z dzieckiem – mówił. Tylko że nasza Lenka cierpiała na kolki, bardzo mało spała, znacznie częściej płakała. Krótki, urywany sen nie przynosił mi ukojenia. Sprawiał, że cały czas byłam zmęczona i marzyłam tylko o tym, aby wreszcie przespać kilka godzin z rzędu.

Marzyło mi się także, aby znowu być z moim mężem. I nie chodziło mi nawet o seks, chociaż i ten by się przydał, tylko o zwyczajną bliskość, spędzanie razem czasu jak za dawnych lat. Tymczasem Sławek zwyczajnie mnie unikał. Nie przytulał się, nie prawił mi już żadnych komplementów.
– Pachniesz mlekiem – powiedział kiedyś z grymasem obrzydzenia na twarzy i było to dla mnie niczym policzek. Tak, nadal karmiłam Lenkę piersią. Czy to mu się wydało aż takie wstrętne?!

Oczywiście, nie było także mowy o tym, abyśmy gdziekolwiek razem pojechali, jak to wcześniej Sławek planował. Na pewno nie teraz, kiedy Lenka była jeszcze bardzo maleńka. Zresztą też na każdą wzmiankę o ewentualnym późniejszym wyjeździe mój mąż reagował niezadowoleniem. To oznaczało, że ja musiałam siedzieć w domu. Za to on się nie ograniczał..
– Jadę z chłopakami w góry – poinformował mnie już trzy miesiące po narodzinach Lenki. – Muszę trochę odpocząć…
– Odpocząć? Ty?! A to niby od czego? – zapytałam zaskoczona.
– Dziecko płacze całymi dniami, ty się zrobiłaś taka niemiła. Muszę wyjechać, przemyśleć pewne sprawy – usłyszałam. „Ciekawe, jakie sprawy…” – pomyślałam z przekąsem, choć doskonale wiedziałam, co ma na myśli. Widziałam to, czułam.

No i miałam rację. Pół roku po przyjściu Lenki na świat usłyszałam, że… mój mąż chyba nie jest gotowy na ojcostwo, że to wszystko go jednak przerosło – za wcześnie zdecydowaliśmy się na dziecko! To było najgorsze, co mógł mi powiedzieć. I chociaż przygotowywałam się na to od dawna, nie mogłam uwierzyć, że okazał się takim dupkiem.
– To co, mam je teraz oddać i wziąć z powrotem, jak dojrzejesz? – spytałam.
– Nie, oczywiście, że nie, ale sama rozumiesz… Mam prawo czuć się zagubiony, to przecież zupełnie nowa sytuacja.
Nie, nie rozumiałam. Ja akurat nie miałam czasu na roztrząsanie takich dylematów. Może dlatego, że musiałam na co dzień opiekować się dzieckiem, i nie znajdowałam ani chwili, aby choć trochę wypocząć. Nawet podczas ślubu mojej najlepszej przyjaciółki Sławek nie uznał za stosowne pomóc mi w opiece nad małą.
– Przecież ty i tak nie pijesz, to możesz pójść ją uśpić – oświadczył, gdy go poprosiłam, żeby zabrał Lenkę do pokoju, który nam udostępniła Ewa, bo ja chciałabym popatrzeć, jak moja przyjaciółka i jej mąż kroją weselny tort. Chyba wtedy coś we mnie pękło i zrozumiałam, że się co do Sławka bardzo pomyliłam. Chyba faktycznie nie dorósł jeszcze do roli męża i ojca. Ale to nie znaczyło, że zamierzałam się na to godzić czy go usprawiedliwiać. Po prostu uznałam, że lepiej będzie nam z Lenką bez niego.

Zmęczona samotnym macierzyństwem i nieustannym patrzeniem na to, jak mój mąż ma mnie w nosie, postanowiłam przenieść się do rodziców. Oboje bardzo lubią Sławka i chyba nie do końca zrozumieli moje motywy. Jednak nie zaprotestowali, kiedy poprosiłam, aby tata po mnie przyjechał, bo będę miała ze sobą bagaże.
– Córeczko, mamy nadzieję, że dobrze robisz – usłyszałam tylko od mamy.
Wykorzystałam moment, kiedy Sławek znowu wyjechał w nasze ukochane góry, nie dbając o to, że ja także chętnie bym je znowu zobaczyła. Kto wie może, kiedy wróci i zastanie puste mieszkanie, ten widok nim wstrząśnie i opamięta się w swoim egoizmie… Jeśli nie – trudno, jakoś to przeżyję. I zostanę jeszcze jedną samotną matką. Którą w zasadzie i tak jestem od chwili narodzin naszej córeczki.

Więcej listów do redakcji:„Słyszałam za placami czekolada, odmieniec... Wychowywali mnie dziadkowie, bo nawet matka się mnie wstydziła”„Byłam ofiarą przemocy, ale nie potrafię się do tego przyznać. Matka zniszczyła mi życie”„Urodziłam chorego syna, a mąż odszedł do innej kobiety, żeby zacząć wszystko od nowa”