starsza kobieta z ukochaną wnuczką fot. Adobe Stock

„Wujek chciał oddać babcię do domu starców. Rzuciłam wszystko i wróciłam z miasta na wieś, żeby z nią zamieszkać”

„Rodzina uważała mnie za wariatkę. Szczególnie wujek, bo miałyśmy czelność mu się sprzeciwić - schorowana staruszka i bezdzietna rozwódka po przejściach. Nie szanowali babci. A ona poświęciła dla nich wszystko. Teraz chcieli ją oddać jak przedmiot.”
/ 04.03.2021 11:54
starsza kobieta z ukochaną wnuczką fot. Adobe Stock

Dotknęłam dłonią poluzowanej deski w płocie. To tędy wymykał się rudy kot, by wrócić następnego dnia jakby nigdy nic. Miałam zamiar przybić ją i ukrócić te wędrówki, ale babcia poprosiła, bym tego nie robiła.

– Każdy musi mieć drogę, którą może wrócić do domu – mówiąc to, uśmiechała się i muskała palcami rude futro kota. Czułam, że ma na myśli coś więcej niż tego łazęgę, ale nie drążyłam tematu. Zostawiłam deskę i szybko o niej zapomniałam. W domu i obejściu było dość innej roboty.

Zamieszkałam z babcią po śmierci rodziców

To był dla mnie bardzo trudny czas. Rodzice zginęli w wypadku, a ledwie dwa miesiące po ich pogrzebie zostawił mnie mąż. Nie układało się nam, ale nie sądziłam, że porzuci mnie w takiej… Zresztą nieważne. Babcia także została sama jak palec. Zapomniana przez syna i dorastające wnuki, o które tak bardzo się troszczyła. Kiedy zaczęła chorować, stała się dla nich ciężarem.

Wujek proponował umieszczenie babci w ośrodku. Chciał się przeprowadzić do Warszawy, gdzie dzieci mogłyby chodzić do dobrych szkół i miałyby lepsze perspektywy. Niby racja… Starałam się zrozumieć jego punkt widzenia, lecz z drugiej strony nie mogłam pozwolić na oddanie babci do domu starców. Jak zbędnej, nieużytecznej rzeczy. A ponieważ nic mnie już w dużym mieście nie trzymało, przeniosłam się do pachnącego ciepłym chlebem i kawą zbożową starego domu na wsi.

– Zgnijecie obie na tym zadupiu! – wieszczył wujek, zanim zatrzasnął za sobą drzwi.

Nie znosił, gdy ktoś mu się sprzeciwiał. Uważał, że może sterować życiem babci tylko dlatego, że była stara i schorowana. Nie pozwoliłam mu na to, więc tak po prostu ją porzucił. Bo miałyśmy czelność mu się sprzeciwić – staruszka i bezdzietna rozwódka. Powietrze wibrowało od żalu i złości jeszcze długo po tym, jak jego auto z piskiem opon opuściło podjazd. Tymczasem życie toczyło się dalej.

Znalazłam pracę, do której dojeżdżałam tylko kilka kilometrów

Popołudniami zajmowałam się domem i babcią. Lato zmieniało się w jesień, zima w wiosnę. Niepostrzeżenie stary rok stawał się nowym, i tak w kółko. Niestety babcia z każdym kolejnym miesiącem robiła się słabsza. Woziłam ją na badania i wizyty lekarskie, z zaciekłym uporem starając się przedłużyć jej życie, jeszcze o rok, dwa, może pięć. Chciałam, by została ze mną jak najdłużej.

Babcia przekroczyła już osiemdziesiątkę i obie zdawałyśmy sobie sprawę, że nie zostało jej wiele życia. Mimo to nie traciła dobrego humoru. Była jak zachodzące, ale wciąż płonące słońce. Pewnej słonecznej soboty sprzątałam ogródek po ostatniej wichurze. Od strony lasu coś się zbliżało. Odłożyłam grabie i wyprostowałam się. Spojrzałam na drogę, osłaniając oczy dłonią. W stronę domu jechało drogie auto. Patrzyłam, jak skręca, a potem zatrzymuje się na naszym podjeździe. Jakiś młody mężczyzna wysiadł z auta i uśmiechnął się do mnie filmowo.

– Witaj, kuzynko! – zawołał.

W pierwszej chwili nie zorientowałam się, kim jest ten mężczyzna. Wysoki, dobrze zbudowany, z kwadratową szczęką pokrytą kilkudniowym zarostem.

– Adam? – ostatni raz widziałam go, gdy był nastolatkiem z długimi, chudymi rękami, wystającą grdyką i z opuszczonymi w kroku portkami. – Przyjechałem odwiedzić babcię – oznajmił, omiatając wzrokiem dom i ogródek.

Stałam, zmachana, spocona, zaczerwieniona od pracy i niejakiego zażenowania. Nie miałam pojęcia, jak się zachować.

– Chyba jeszcze żyje? – rzucił niby żartem, a ja poczułam, jak skacze mi ciśnienie.
– Żyje i ma się dobrze – wycedziłam, starając się zapanować nad irytacją.

Jako nastolatek też był wkurzający i widać nic się nie zmieniło. Bez słowa skierowałam się w stronę drzwi wejściowych, a Adam ruszył za mną, uznając to za zaproszenie.

– Kogo tam diabli niosą? – zachrypiała babcia, naciągając koc po samą brodę.

Siedziała w fotelu i oglądała serial, opierając o piec kaflowy stopy w grubych skarpetach. Jej ulubiona pozycja.

– Jezu, nic się tu nie zmieniło – mruknął Adam, rozglądając się dokoła.

Nie zabrzmiało to nostalgicznie, raczej jak krytyka. Posłałam mu gniewne spojrzenie, a potem podeszłam do babci.

– Adam przyjechał – obwieściłam, wskazując głową stojącego w progu kuzyna.

Staruszka zmarszczyła czoło, jakby próbowała przypomnieć sobie, kim jest Adam. Potem zrzuciła koc i odwróciła się w stronę niewidzianego od lat wnuka.

– Wyrosłeś… – zauważyła, a jej oczy zrobiły się wilgotne.

Zaproponowałam, że zaparzę herbaty, i wymknęłam się z pokoju. Buzowały we mnie sprzeczne emocje. Wzruszenie mieszało się ze złością, żal z radością. Z jednej strony cieszyłam się, że Adam postanowił odwiedzić babcię, z drugiej nie mogłam się pozbyć wrażenia, że nie robi tego bezinteresownie. Kuzynek miał gadane. Kiedy wróciłam, niosąc tacę z herbatą, żartował i obsypywał babcię komplementami.

– Życie bym oddał za babciny placek z truskawkami – rozpływał się.

Ja wzdychałam z nostalgią, a babcia uśmiechała się tęsknie

Od tamtej pory Adam zjawiał się dość często. Odwiedzał babcię przynajmniej raz w tygodniu, a ona zdawała się być tymi wizytami zachwycona. Wcale mnie to nie dziwiło. Od lat miała za towarzystwo wyłącznie mnie, potrzebowała odmiany, a poza tym zwyczajnie tęskniła za wnukiem. Wkrótce i ja przyzwyczaiłam się do obecności Adama w naszym domu. Nawet cieszyłam się na jego przyjazdy, bo wnosił powiew innego świata, ożywienie.

Zaczęłam wierzyć, że rzeczywiście zapragnął odnowić kontakty z babcią, dopóki jeszcze żyła. Pewnego razu przyjechał jakiś podenerwowany. I nie sam. Towarzyszyła mu siostra. Matyldę też widziałam po raz pierwszy od lat. Była szalenie podobna do wuja. Te same zaciśnięte wąskie usta i ciemne włosy, które upięła w ciasny kok. Pod pachą niosła jakiś segregator.

Możesz nas zostawić z babcią samych? – zwróciła się do mnie bez żadnego słowa na powitanie.

Obrzuciłam ją nieprzyjaznym spojrzeniem, a potem odsunęłam się na bok, wpuszczając gości do domu. Obeszłam budynek i przylgnęłam do zimnych cegieł na tyłach domu. Okno było uchylone, więc mogłam słyszeć toczącą się w pokoju rozmowę. Cała sytuacja wydała mi się na tyle podejrzana, że nie mogłam tak po prostu zostawić babci samej z tą dwójką. Musiałam być na posterunku, tak na wszelki wypadek, gdyby coś się wydarzyło. Nie wiedziałam jeszcze co, ale miałam złe przeczucia. Poczułam dreszcz na karku, gdy w pokoju rozbrzmiał niski głos Adama. Był jakiś za słodki.

– Nie certol się tak! – syknęła zniecierpliwiona Matylda. – Musi podpisać, zanim ta druga… – nie dokończyła.
– Ustaliliśmy to z Marią, babciu – przerwał siostrze Adam. – Podpisz, proszę.

O co im chodzi? Nic przecież ze mną nie ustalali! – zachodziłam w głowę. W gardle mi zaschło, a serce zaczęło szybciej bić. Co było w niesionym przez Matyldę segregatorze? W pokoju zapadła cisza. Babcia może była stara, ale nie otępiała. Najwyraźniej nie docenili jej przenikliwości i bystrości umysłu. Spodziewali się drżącej, poruszonej ich obecnością staruszki, która zrobi wszystko, o co ją poproszą.

– Babciu! Słyszy babcia? – ponaglała Matylda. Jej głos był ostry, wysoki.

Wieś spowijała mgła. Drzewa w ogrodzie zaczęły tonąć w szarości zapadającego zmierzchu. Sceneria idealna do thrillera, pomyślałam bezwiednie, a potem aż podskoczyłam.

No dalej, starucho, dawaj to łapsko! – wybuchnęła Matylda.

Dały się słyszeć odgłosy szamotaniny i zduszony krzyk babci. Nie mogłam dłużej czekać. W biegu chwyciłam leżącą obok stosu porąbanego drewna siekierę. Jej ostrze błysnęło złowrogo, gdy wpadłam do pokoju. Matylda szarpała się z babcią, próbując zmusić ją do złożenia podpisu na jakichś papierach.

– Zostaw ją! – wrzasnęłam, zaciskając mocniej palce na trzonku.

Chciałam ich tylko wystraszyć, ta stara siekiera idealnie się do tego nadawała. Matylda zastygła w bezruchu, a Adam zrobił się blady jak ściana.

– Nie mówiłeś, że to psychopatka. – Matylda była zła i niepewna zarazem. –
Czego od niej chcecie? – warknęłam.
Żeby przepisała na nas dom – odpowiedział bez ogródek i żenady Adam. – Póki jeszcze żyje. Będzie mniej formalności i problemów z chętnymi do spadku.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Był przerażająco szczery. Wreszcie. Wodził wzrokiem od lśniącego ostrza do mojej twarzy, najwyraźniej próbując dociec, czy jestem w stanie zrobić mu krzywdę.

– No co ty nie powiesz? – mruknęłam, uśmiechając się paskudnie.

Najpaskudniej, jak tylko umiałam.

– To był jej pomysł… – kuzynek wskazał głową na młodszą siostrę.
– Idiota. Boisz się tej wariatki? – burknęła Matylda, zgrywając odważną. – Chyba nie sądzisz, że naprawdę coś nam zrobi? Blefuje. Poza tym jest nas dwoje, do chole…! – urwała w pół słowa, gdy zrobiłam krok naprzód i uniosłam siekierę wyżej.

Matylda przełknęła ślinę, ale kontynuowała, już bardziej rzeczowo.

– Jezu, pomyśl logicznie, zamiast świrować. W pobliżu jest jezioro, las, można tę chałupę zmienić w ośrodek agroturystyczny i nieźle zarobić. Też byś na tym zyskała – przekonywała. – Jeden pokój zostałby dla ciebie. Zatrudniłabym cię i...
– Nigdy. Nie z wami – odezwała się nagle babcia. – Nie wróciliście do domu, tylko po dom – stwierdziła.

Dopiero wtedy jej się przyjrzałam. Starowinka siedziała zrezygnowana przy stole, a po naznaczonych siatką zmarszczek policzkach płynęły jej łzy.

– Nie słuchaj jej. Co zrobisz, jak kopnie w kalendarz? – zapytała.
– Nie mów tak o niej! – ostrzegłam i znów postąpiłam krok naprzód, potrząsając trzymaną kurczowo siekierą.

Ale potem dałam się zaskoczyć. Adam popchnął mnie mocno. Straciłam równowagę i upadłam, odruchowo wypuszczając trzonek siekiery z dłoni. Babcia krzyczała, wyrywała się Matyldzie. Adam tymczasem przygwoździł mnie całym ciałem do ziemi, przytrzymując za nadgarstki. Nie myślałam, co robię. Zadziałał instynkt. Ugryzłam go z całej siły w ucho i kopnęłam kolanem w krocze. Stęknął i sturlał się ze mnie, zwijać w kłębek na podłodze obok. Wstałam, wściekła jak wszyscy diabli. Podniosłam też siekierę.

– Won stąd! Ale już! – zamachnęłam się i jednym uderzeniem rozwaliłam krzesło.

Ależ byłam wkurzona! Ten pokaz siły, gniewu i determinacji wreszcie podziałał. Kuzynka doskoczyła do brata i pomogła mu wstać.

– Dobra, już nas nie ma – powiedziała, unosząc ręce do góry w geście poddania. – Nie będziemy ryzykować starcia z wariatką uzbrojoną w siekierę. Aż tak mi na kasie nie zależy. Totalnie ci odbiło, Maryśka. Zdziczałaś w tej dziurze, ale gdybyś kiedyś… – znów zaczęła

– WYNOCHA! – ryknęłam.

Wypadli na zewnątrz. Wyszłam za nimi, cały czas ściskając w ręku siekierę. Ogród tonął już w mroku, niebo było czarne bez ani jednej gwiazdy. Korony drzew szumiały złowrogo.

Pożałujesz tego! Do sądu cię podam za napaść! – odgrażał się Adam, wsiadając do auta. – Jeszcze tu wrócę!

Widać chciał mieć ostatnie słowo. I nie udało się… W kominie zahuczał wiatr. Okiennice zaczęły stukać o framugi, a światło to gasło, to się zapalało. Jakby dom im dawał do zrozumienia, że nie chce mieć z nimi nic wspólnego, że mają się wynosić w diabły i nigdy tu nie wracać Chyba zrozumieli. Silnik ryknął, koła zabuksowały, a potem wóz ruszył w ciemność.

Czułam pulsowanie pod czaszką. Od upadku bolały mnie łokcie i pośladki

Przed oczami miałam mroczki i byłam bliska omdlenia. Upuściłam siekierę i weszłam do domu. Zastałam babcię przy włączniku światła. Uśmiechała się chytrze.

– To twoja sprawka? – parsknęłam śmiechem, czując, jak schodzi ze mnie stres. Babcia kiwnęła głową. – Nieźle ich nastraszyłaś… – objęłam drobną, kruchą postać.

Wtuliłam twarz w jej białe włosy. Pachniały szamponem rumiankowym.

– I kto to mówi? – mruknęła.

Jak spod ziemi u naszych nóg wyrósł rudy kot i głośno mrucząc, zaczął się ocierać.

– Wiesz, co? Może jednak zabij tę dziurę w płocie – szepnęła babcia.

Było mi jej żal, a jednocześnie odczułam ulgę. Nie mogłam pozwolić, aby ci dwoje zawłaszczyli nasz dom. Acz kiedy emocje opadły i dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło, ogarnął mnie wstyd. Rzeczywiście musiałam wyglądać jak wariatka, z tą siekierą, gdy rozwaliłam krzesło… Mogłam się założyć, że odtąd w rodzinie będę uchodzić za niebezpieczną świruskę, witającą gości z siekierą w rękach. Trudno. Właściwie nawet dobrze się stało. Teraz pięć razy się zastanowią, zanim tu przyjadą.

Już wiedzą, że staruszka i samotna rozwódka nie są tak bezbronne, jak im się wcześniej wydawało. Matylda i Adam więcej się nie pokazali. Za to wuj zadzwonił z pretensjami. Osiągnął tyle, że wkrótce zjawił się prawnik, by babcia mogła przepisać dom na mnie.

– Nie chcę, byś miała z nimi problemy, gdy odejdę – wyjaśniła.

Byłam wdzięczna i przysięgłam sobie, że zrobię wszystko, żeby nasz dom wciąż żył. Pachniał drewnem, świeżo upieczonym chlebem i malinową herbatą. By wypełnił go tupot stóp i gwar głosów. Nie byłam przecież taka stara. Może jeszcze kogoś spotkam, urodzę dzieci? A jak nie… Hm, ten pomysł z agroturystyką nie był taki głupi. Ale tylko na naszych warunkach, na nasz sposób.

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Mój mąż miał raka płuc, więc zostałam z nim z obowiązku
Dobrze nam się układało, ale po 15 latach małżeństwa stałam się nagle tylko... kumplem
Zabiłam męża dla pieniędzy z ubezpieczenia, bo chciałam opłacać młodego kochanka