Więcej mnie nie dotkniesz!

Z pomocą przyjaciółki znalazłam sposób na szefa–podrywacza...
Wiele razy czytałam w prasie o molestowaniu seksualnym w pracy. Prawdę mówiąc, nie bardzo w to wierzyłam. Do czasu, kiedy nastał nowy szef.


Kiedyś marzyłam, że zostanę znanym sportowcem. Byłam niezła na setkę, jako nastolatka zwyciężałam wszystkie lokalne zawody. Trener mówił, że dobrze rokuję. Niestety poważna kontuzja kolana zniweczyła moje plany. Z dawnych czasów został mi nawyk dbania o kondycję i sylwetkę, co nie jest bez znaczenia w tej opowieści. A zamiast sportowcem, zostałam asystentką dyrektora. Praca, nie powiem, ciekawa. Zawsze byłam bardziej prawą ręką szefa niż sekretarką od parzenia kawy.

Nowy dyrektor wyglądał na osobę kompetentną. Byłam dobrej myśli
– Pani Jola to prawdziwy skarb – rozpływali się nade mną kolejni szefowie.
No i mieli, nie chwaląc się, rację. W kontaktach z klientami nieoceniona (angielski perfekt!), w sprawy firmy zaangażowana jak nikt, dyspozycyjna (nie mam jeszcze dzieci, choć z narzeczonym Jackiem planujemy dwójkę), do tego niebrzydka, a i podobno seksowna. No i tu zaczyna się problem. To znaczy fakt, że nie jestem kaszalotem, sam w sobie nigdy mi nie przeszkadzał. Zaczął być kłopotem dopiero z nastaniem nowego dyrektora. W ciągu dziesięciu lat pracy przeżyłam ich dwóch, przy każdej zmianie, drżąc o posadę. Wiadomo – nowy szef, nowa kadra. Nie inaczej było tym razem. Nowy był mężczyzną pod pięćdziesiątkę, jeszcze w pretensjach, ale na szczęście kompetentnym. W pracy bardzo władczy, a w domu pewnie pantoflarz. Tak sobie wydedukowałam, bo kiedy czasem dzwoniła jego żona, robił się taaaki malutki miś.
– Tak kochanie, dobrze kochanie, nie zapomnę złotko - popiskiwał.
Chyba się jej trochę bał. Od początku widać było, że mnie polubił.
– Pani Jolu, niechże pani się tak nie forsuje, bo mi się pani rozchoruje i co ja wtedy zrobię.
– Pani Jolu, naprawdę ślicznie dziś pani wygląda.
Sympatyczne uśmiechy, miłe uwagi na temat mojej pracy – nie powiem, było to całkiem przyjemne.
– Dobra nasza – mówiłam sobie i cieszyłam się jak głupia.
Do czasu. Nie wiedzieć kiedy, miłe uśmiechy przerodziły się w lubieżne, a uwagi zaczęły dotyczyć nie mojej pracy, a sukienki, nóg, dekoltu... Potem było jeszcze gorzej. Niby przypadkowe dotknięcia, jakieś bezsensowne opowiastki z erotycznym podtekstem, rubaszne dowcipy. A wszystko wyłącznie wtedy, kiedy byliśmy sami.
Najpierw byłam zażenowana, próbowałam obrócić wszystko w żart, potem zwyczajnie wściekła. Bałam się powiedzieć o tym narzeczonemu, bo znając jego porywczość, sam by wymierzył sprawiedliwość żałosnemu podrywaczowi.
Właściwie tylko Bożenie mogłam się zwierzyć. Poznałam ją w klubie fitness jakiś rok temu. Sporo starsza ode mnie, ale przylgnęłyśmy do siebie od razu. Po zajęciach często zachodziłyśmy na kawę do pobliskiej kafejki.
– No, co ty, podrywa cię? – chichotała na początku – Nie daj się w to wciągnąć. Biurowe romanse raczej się dobrze nie kończą.
Kiedy jednak zdenerwowana po jakimś bezczelnym zachowaniu szefa, powiedziałam, że mam już tego dosyć i odchodzę, od razu zaoponowała.

Co ja sądzie powiem?
– Chcesz zmienić pracę? Chyba zwariowałaś! – nakrzyczała na mnie – Do sądu, kochana, do sądu. Przecież to molestowanie seksualne, jest na to specjalny paragraf.
– No i co ja w tym sądzie powiem? Że się łobuz na mnie nie tak patrzy? – naprawdę czułam się bezradna – Jak udowodnię, że mówi sprośności, a powietrze aż wibruje od jego apetytu na seks ze mną?
– To, że wibruje powietrze faktycznie trudne będzie do udowodnienia – westchnęła – Ale reszta...

Czułam, że muszę coś z tym zrobić
No, tego się po Bożenie nie spodziewałam! Aż zmartwiałam z wrażenia, kiedy mi swój plan wyłuszczyła. Pomysł był iście szatański. Nie autorski wprawdzie, ani nawet nowatorski, ale w swej prostocie wprost genialny. Taśmy! Taśmy prawdy! Trzeba nagrać lubieżnego dyrektorka!
– Właściwie, dlaczego nie? – rozważałam – Urządzę go na cacy. Więcej mnie drań nie dotknie.
Długo na okazję nie musiałam czekać. Tego dnia szef chyba zaplanował frontalny atak na mnie, bo siedział w gabinecie tak długo, aż zostaliśmy sami w firmie. Kiedy usłyszałam odgłos otwieranych drzwi od jego pokoju, szybko włączyłam dyktafon. No i się zaczęło...

Drań poszedł na całość
Nie wiem jak udało mi się wyrwać z jego łapsk. Chwyciłam torbę z dyktafonem i pobiegłam wprost do telefonu.
– Masz drania? To przyjeżdżaj do mnie – rzuciła w słuchawkę Bożena.
Trochę kluczyłam po mieście, bo nigdy jeszcze u niej nie byłam, ale jakoś udało mi się w końcu trafić. Wciąż wzburzona włączyłam odtwarzanie. Nagrało się wszyściuteńko. Począwszy od jego niezdrowych posapywań, przez obleśne umizgi, aż po niemoralną propozycję (zupełnie jak w filmie) pójścia w tango we dwoje. Kiedy przebrzmiały ostatnie słowa, spojrzałam pytająco na Bożenę. Siedziała jak skamieniała. W tej samej sekundzie usłyszałam skrzypnięcie drzwi wejściowych.
– Kochanie, już jestem. Tyle roboty mi nawalili pod koniec kwartału, ale jakoś sobie to odbijemy złotko. Po prostu padam ze zmę...
O jasny gwint!
W drzwiach stał ni mniej ni więcej, tylko mój przełożony! To, co się później działo można bez większej przesady przyrównać do politycznej burzy. Czego też i po taśmach można było się spodziewać. Sprawa nie skończyła się w sądzie tylko dlatego, że dyrektor sam w trybie pilnym, a pewnie i za sprawą łagodnej perswazji żony opuścił ciepłą posadkę. Ale taśmy nie zostały nagrane na darmo – przydadzą się w sprawie rozwodowej dyrektorostwa. Bożena nie dała żadnej szansy swojemu mężusiowi. Nie pomogły prośby i błagania. Drań jeden próbował, oczywiście, zwalić całą winę na mnie. Twierdził, że od początku go prowokowałam i wymyśliłam całą tę aferę, żeby go szantażować. No, ale na szczęście były taśmy...

Nie należy się poddawać
Od tamtego czasu minął już prawie rok. Dziś wciąż pracuję na tej samej posadzie, mam tego samego narzeczonego, popołudniami znowu jak dawniej biegam na fitness.
– Ty tak o siebie nie dbaj, mała, bo zaraz będziesz miała następnego dyrektora na karku – dowcipkuje sobie od czasu do czasu Bożena.
Bardzo zabawne... Trochę się po tej aferze martwiłam, że stracę w niej przyjaciółkę, ale zupełnie niepotrzebnie.
– Ty mi, kobieto oczy otworzyłaś – rozwiała od razu moje wątpliwości – Przecież trwałabym w tej ułudzie kto wie jeszcze jak długo. Zresztą, można zmienić pracę, męża, mieszkanie... A przyjaźń to przyjaźń.


Jolanta S., lat 29 sekretarka
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)