Kobieta wychowana przez babcię fot. Adobe Stock

„Matka była ze mną tylko 3 dni po urodzeniu. Nabrała sił po porodzie, wyszła i nikt o niej nie słyszał”

Miała wielkie serce pełne miłości. Taką ją zapamiętam.
/ 16.10.2020 14:26
Kobieta wychowana przez babcię fot. Adobe Stock

Często zadaję sobie pytanie, czy kobietę, która wydała mnie na świat powinnam nazywać matką. Czy sam fakt urodzenia dziecka daje komukolwiek prawo do nazywania się matką? Ale cóż to za matka, która zachowuje się jak kukułka, podrzucając swoje pisklę do innego gniazda...

Czy ma serce? Czy wie co to macierzyństwo? A matczyna miłość... Co z nią zrobiła?! Wcisnęła pod przydrożny kamień? A może zamieniła na coś bardziej ekscytującego? ONA wie, a raczej wiedziała. Przez całe swoje życie wiedziała co zrobiła z tą miłością. Nie miała odwagi przyznać się. Nawet w godzinie śmierci...

Była ze mną tylko trzy dni.Trzy długie dni tuż po moim urodzeniu. Kiedy nabrała sił, po prostu wyszła, zatrzaskując za sobą drzwi na długie lata. W ten oto sposób zostałam na łasce mojej babci. Z „czystą kartą” podążałam w wielkie nieznane...

Połowa lat sześćdziesiątych należała do niezwykle trudnych. Najstarsze córki rozjechały się po kraju w poszukiwaniu pracy. Dwoje nastoletnich dzieci nie odstępowało swojej matki, a mojej opiekunki na krok. Ja również. Trzymałam się babcinej spódnicy w obawie, że może ona zniknąć. Nie wiem skąd brało się to nieustające uczucie lęku. Może z podsłuchanych rozmów osób dorosłych? Strzępki słów pamiętam do dzisiaj. „...może ona wróci i ją zabierze, może odda komuś. Boże jak ciężko żyć...”. Było bardzo ciężko. Starsi synowie w obawie przed sankcjami komunistycznego rządu zamieszkali poza granicami Polski.

Drugi kontakt z moją matką był tak niespodziewany jak i niesamowity. Zjawiła się któregoś wieczoru. Spałam w nogach babcinego łóżka (wynajęte mieszkanko było maleńkie i skromnie wyposażone). Miałam niecałe 6 lat. Zbudziła mnie po to, by powiedzieć, że mam być grzeczna, bo jeżeli nie będę, to babcia mnie wyrzuci, a ona mnie do siebie zabrać nie może. Rankiem już jej nie było. Ulotniła się jak sen.

Czy byłam grzeczna? O tak. Paraliżował mnie strach. Myśl o tym, że jeśli cokolwiek przeskrobię stracę dom, miejsce do spania, jedzenie, ubranie... Więc starałam się tak bardzo, jak tylko małe dziecko starać się potrafi. O niczym innym nie potrafiłam myśleć. Z tego starania wylatywał mi z ręki kubek, talerz... Stawałam wówczas na baczność i czekałam na werdykt babuni. O dziwo nie wyrzuciła mnie. Mała bura i uwaga, że należy ostrożnie wycierać naczynia, bo mamy ich niewiele. I tylko tyle.
Czasem dodawała z uśmiechem w oczach: „Będziemy chyba musieli jadać na liściach kapusty kiedy już zbijesz wszystkie talerze”. To było cudowne. Wiedziałam przecież, że żartuje.

Babcia była niesamowita. Dzisiaj to wiem. Wszystko, dosłownie wszystko było na jej głowie. Zawsze pewna siebie, wymagająca, ale wyrozumiała. Odważna i odpowiedzialna. Potrafiła walczyć o przeżycie, jak mało kto. Nigdy nie byłam głodna. Z resztek materiałów i włóczki potrafiła zrobić prawdziwe cudeńka. Dla niej nie było sytuacji bez wyjścia. Szykowna, elegancka i towarzyska. Nie szczędziła nikomu uśmiechu i dobrego słowa. Potrafiła też surowo zrugać, ale nawet to robiła z klasą. Miała wielkie serce – serce pełne miłości. Ale cóż, nie mówiłam do niej „mamo”. Tak bardzo pragnęłam wymawiać to słowo, szczególnie kiedy słyszałam wołania rówieśników z podwórka: „Mamo podmuchaj mi kolanko, boli..., Mamo, jestem głodny..., Mamo, chcę pić... Mamo, on mnie bije... Mamo, mamo, mamo...”

Siadywałam wówczas cichutko w kąciku koło sterty drewek. Niewidoczna dla całego świata, zamykałam oczy, wyobrażając sobie matkę... To było niezwykle trudne. Kiedy już jawił mi się jej zamglony obraz, delikatnie układałam usta do głoski „m”, by po chwili wyszeptać to czarodziejskie słowo: MAMO... Niestety nigdy do niej nie dotarło, bo też i nigdy na nie odpowiedziała. Nie było jej przy mnie, kiedy spadłam z drzewa, nie przytuliła mnie, kiedy płakałam, nie położyła mi chłodnej dłoni na czole, kiedy majaczyłam w gorączce. Nie było jej przy mnie nawet, kiedy poszłam po raz pierwszy do szkoły i kiedy przyjmowałam I komunię świętą. Nie wiedziała, że zdałam maturę, poszłam na studia...

Zjawiła się w dniu mojego ślubu na chwilę, by znowu odejść. Miała tyle ważniejszych spraw. A ja? Ja nie byłam żadną z nich. Byłam tylko epizodem w jej życiu. Owocem miłości, którą straciła, obarczając za to całą winą mnie.

A jednak był ktoś, dla kogo byłam ważna. Moja kochana babcia. Jej mądrość, zwyczajna ludzka mądrość w miarę dorastania stawała mi się drogą prowadzącą na szczyt. Babunia zaszczepiła we mnie wiele swoich pasji. Uwielbiała czytać i dokonywać „po swojemu” recenzji przetrawionej literatury. Spisywała je na skrawkach szarego papieru i wkładała do danej książki. Napotykałam je i odbierałam, jako zachętę do przeczytania kolejnej pozycji. To dzięki niej spotkanie z „Falskim” było dziecinnie proste. Zasypiałam przy poezji Konopnickiej, tajemniczych legendach i podaniach, a nawet kaszubskich „dumkach”. Kiedy ogarnia mnie nostalgia wracam do tamtych szczęśliwych wieczorów i nucę: „Na stendze szemią fale i wicher w wedmach gno, za lasem w starej checzy ktoś na harmonii gro...”. I zaraz mi lżej na duszy.

Babcia miała niezwykły dar opowiadania. To ona poznała mnie z Mickiewiczem i uświadomiła, że każdy Polak powinien jak modlitwę powtarzać Inwokację. Więc czyniłam to, mając 8 lat. Nigdy nie zapomnę wspólnych wypraw do lasu, w pole, nad rzekę. Każde spotkanie z przyrodą babunia traktowała, jak lekcję życia. Nauczyła mnie łowić ryby, rozmawiać z ptakami i słuchać o czym mówi wiatr. Dzięki jej miłości potrafię kochać i przebaczać.

Spełniło się moje marzenie o dużej rodzinie. Mam cudownego męża, a nasze dzieci i wnuki kochanego ojca i dziadka. Kiedy przyjeżdżają w odwiedziny, nasz dom znowu ożywa. Stół – centralne w nim miejsce cieszy się ogromnym powodzeniem. Wszyscy mówią o wszystkim. Jest wspaniale, bo jesteśmy razem, z naszym wielkim szczęściem. Mamy siebie... Nie tracimy ani minuty, by cieszyć się sobą.

Wierzę, że moja kochana babcia, mimo, iż dawno temu odeszła, jest ciągle z nami. To ona nauczyła mnie miłości, którą obdarzyłam moje dzieci. Wiem, że z kolei one przekazują tę miłość swoim. To ją noszę w sercu. To jej jestem wdzięczna za dar życia. To ONA była mi matką. Prawdziwą Matką.

Chcesz podzielić się z innymi swoją historią? Napisz na redakcja@polki.pl.

Więcej listów do redakcji: „Teściowa to hetera, która ciągle mnie krytykuje i poucza. W uszach mam tylko jej ciągły jazgot”„Nasza miłość przetrwała życiowe burze, a pokonały ją drobne nieporozumienia. Mąż odszedł bez wyjaśnienia”„Mąż zdradził mnie z moją przyjaciółką, a ja postanowiłam, że już zawsze będę sama. Życie zdecydowało inaczej...”