kobieta która pragnie dziecka fot. Adobe Stock

„To dla mnie ostatni moment, by zajść w ciążę. Mój ukochany się opiera, bo… nie jest pewny, czy woli kobiety”

Wydukał, że spotyka się też z mężczyzną, bo… ciągle nie ma pewności co do swoich preferencji seksualnych.
/ 02.04.2021 14:56
kobieta która pragnie dziecka fot. Adobe Stock

Wystarczy, jak mężczyzna jest trochę ładniejszy od diabła – mawiała moja babcia. Zapamiętałam te słowa. A że sama nie wyglądam jak Angelina Jolie, nigdy nie liczyłam na Brada Pitta. W każdym facecie umiałam znaleźć coś, co mi się podobało: oczy, uśmiech, dłonie…

Choć nie stawiałam poprzeczki zbyt wysoko, nie udało mi się znaleźć tego jedynego. Moim ostatnim partnerem był Andrzej. Poznaliśmy się w mało romantycznych okolicznościach – w supermarkecie.
– Przepraszam, umie pani gotować? Mama kazała mi kupić jakiś makaron, ale nie zapamiętałem jaki. Dziwne słowo… papa…? – spytał męski głos, gdy pchałam koszyk między półkami z makaronami.
Mężczyzna był w moim wieku, tylko o głowę ode mnie niższy i chyba dwa razy grubszy. Wyglądał na tak zagubionego, że postanowiłam mu pomóc.
– Może pan powtórzyć pytanie?
Za drugim razem zrozumiałam.
– Papardelle – odpowiedziałam ze śmiechem. – Takie grube wstążki… Tam stoją – wskazałam górną półkę, a grubasek od razu odetchnął z ulgą.
– Z nieba mi pani spadła. Mama zrzędziłaby przez godzinę, gdybym przyniósł jej nie to, co sobie zażyczyła. Ma już osiemdziesiąt lat, ale i tak trzęsie całą rodziną.

Grubasa zobaczyłam znowu na parkingu. Właśnie pakował zakupy do auta.
– Halo! Może panią podwiozę? – spytał, a ja chętnie się zgodziłam.
Perspektywa tachania dwóch ciężkich siat na zatłoczony przystanek nie była kusząca.
– O, to bardzo miłe z pana strony, mieszkam niedaleko stąd…
Po drodze utknęliśmy w korku i pod mój blok dotarliśmy dopiero po trzech kwadransach. Rozmawiało się nam tak dobrze, że zaprosiłam Andrzeja na kawę.

Miesiąc później poznałam jego mamę – sprawczynię całego zamieszania

Szybko zrozumiałam, dlaczego drży przed nią cała rodzina. Na powitanie otaksowała mnie od stóp do głowy. Najwyraźniej uważała, że jej ukochany synek zasłużył na kogoś lepszego. W końcu przewróciła oczami i podała mi chłodną dłoń.
Przy obiedzie siedziałam jak na szpilkach. Bałam się, że użyję złego widelca albo powiem coś niestosownego. Mieszkanie, choć w zwykłym bloku, urządzone było jak szlachecki dworek. Stare meble, na ścianach portrety przodków. Jedliśmy rodowymi sztućcami z herbem. A żebym wiedziała, z kim mam do czynienia, już w drugim zdaniu mama Andrzeja podkreśliła, że jej rodowe nazwisko to Rzewuska…

Przez prawie dwa lata naszej znajomości starałam się jak najrzadziej z nią spotykać. A i tak z każdej z tych nielicznych wizyt wychodziłam spocona jak mysz. Najbardziej moją niedoszłą teściową martwiło to, czy nie jestem za stara dla jej synka, bo ona chciałaby mieć wnuki. Andrzej miał czterdzieści dwa lata, ja byłam sześć lat młodsza. Ale mama chętnie widziałaby u jego boku dwudziestoletnią modelkę.

Wiedziałam, że mój zegar biologiczny tyka. Ale Andrzej unikał rozmów o zakładaniu rodziny. W końcu nie wytrzymałam:
– Andrzej, to jest ostatni moment. Jeżeli chcesz mieć ze mną dzieci,   to pora się do tego zabrać. Zanim będzie za późno.
Zrobił się purpurowy. Po chwili wydusił z siebie:
– Wiesz, bo ja ciągle nie jestem pewien, czy ja lubię kobiety…
Zatkało mnie. Dosłownie. Nie mogłam złapać oddechu.
Andrzej wydukał, że spotyka się też z mężczyzną, bo ciągle nie ma pewności co do swoich preferencji seksualnych. I w związku z tym jeszcze nie wie, czy chce żyć z kobietą i mieć dzieci.
Tego już było dla mnie za wiele. Ostatnim aktem dramatu był telefon od mamy Andrzeja. Swoim wyniosłym głosem, jakim jej arystokratyczni przodkowie odzywali się do służby, oświadczyła, że zmarnowałam jej synowi… najlepsze lata życia i że ma nadzieję (i szczerze mi tego życzy), że zostanę zgorzkniałą starą panną. Przerwałam rozmowę…

Od tamtej pory minęły cztery lata. Czterdzieste urodziny świętowałam samotnie, jeśli nie liczyć mojego kota. Wiem, nie ma nic bardziej  żałosnego niż stara panna z kotem. Ale taka jestem. Z nudów i samotności spróbowałam nawet szukać szczęścia na portalach towarzyskich. Z pierwszej randki uciekłam pod pretekstem wizyty w toalecie. Na drugiej z trudem dotrwałam do deseru. Na trzecią już nie poszłam.
Pogodziłam się z tym, że moje życie erotyczne to już przeszłość.
Na tamten wernisaż wyciągnęła mnie koleżanka z pracy. Jej kuzynka była malarką, więc nie mogła nie pójść, a samej jej się nie chciało.
– Klaudia, co ci zależy? Przecież i tak nie masz nic do roboty. A tam w najgorszym razie będzie kiepskie wino i słone paluszki.
Nie mogłam się oprzeć takiej pokusie, choć nie jestem koneserem sztuki współczesnej. Na szczęście okazało się, że kuzynka Baśki tworzy lekko tylko udziwnione pejzaże.
Oglądałam je z zainteresowaniem i nawet wdałam się w dyskusję z jakimś przystojniakiem, który na dłuższą chwilę zatrzymał się przed tym samym obrazem co ja.

Coś dla ducha i coś dla ciała. Okazało się, że wino wcale nie było kiepskie, a jako przekąskę nie podano paluszków, ale kanapki, sałatki, tarty. Nic dziwnego, że przy stole utknęłam na dłużej. Baśka znalazła mnie tam po kilku kwadransach.
– To jest moja kuzynka, Ala – przedstawiła mnie bohaterce wieczoru. – Jest pomysł, żeby iść do baru naprzeciwko. Bo galerię trzeba już zamknąć. Mamy fajną ekipę. Dołączysz do nas?
Byłam lekko wstawiona, więc otwarta na propozycje. Pokiwałam twierdząco głową.
Było nas koło dziesięciu osób, więc dopiero w barze zauważyłam mojego rozmówcę z wernisażu. Już wtedy podejrzewałam, że jest artystą, a teraz, kiedy ekipa stopniowo topniała i zostały tylko cztery osoby, utwierdzałam się w tym przekonaniu. Wreszcie mogłam się lepiej przyjrzeć Adamowi (tak się chyba przedstawił). Uznałam, że to chłopak Ali.

Drugi bardziej przypominał ten typ facetów, na których byłam skazana. Krępy, łysiejący, w okularach i sztruksowej marynarce z łatami na łokciach. „Księgowy” – przemknęło mi przez głowę. Szczególnie, że to on zamawiał kolejki dla wszystkich.
Nagle oszałamiające techno zamilkło, a z głośników popłynęła nastrojowa piosenka Arethy Franklin. Ktoś dotknął mojego ramienia.
– Zatańczysz?
Przekonana, że za mną stoi księgowy, odwróciłam się i spojrzałam lekko w dół. Natrafiłam wzrokiem na kieszeń marynarki. To był ten drugi facet. Zawahałam się. Umiałam się obchodzić z przeciętniakami. Ale z przystojniakami nie miałam doświadczenia. Adam wziął jednak moje wahanie za zgodę i pociągnął mnie na parkiet. Świetnie się ruszał. Jestem dość toporna i rzadko który facet umie mnie w tańcu prowadzić. Adam dał radę. Nie mogłam sobie przypomnieć, czy taniec kiedykolwiek sprawił mi tyle przyjemności. Przy barze zobaczyłam Alę i księgowego. Całowali się! Adam zauważył, że się im przyglądam. – Oni są zaręczeni, ślub chyba zimą – wyjaśnił.
– Malarka i księgowy? – wyrwało mi się.

Adam zaczął się śmiać.
– Księgowy? A skąd ci to przyszło do głowy?! Michał jest malarzem, profesorem ASP. Ala była jego studentką.
Zrobiło mi się głupio. Tak się kończy ocenianie ludzi po wyglądzie. Sama nie znoszę, gdy ktoś mnie pyta, czy grałam w koszykówkę, bo jestem wysoka i mocno zbudowana. Teraz dostałam nauczkę.
Zaczęłam się zastanawiać, czym w takim razie zajmuje się Adam.
– Braciszku – lekko zataczająca się Ala nagle zawisła na ramieniu Adama. – Trzeba zamówić kolejne wino, bo się skończyło, a nam ciągle chce się pić…

Okazało się, że to nie Michał był sponsorem wieczoru, tylko Adam. Uznałam, że pora dowiedzieć się wszystkiego.
– A ty też jesteś artystą? – zapytałam.
– Ja? Nigdy w życiu! Jedna czarna owca w rodzinie wystarczy.
Przyparty do muru wyjaśnił, że zajmuje się interesami.
Dopiero wieczorem z internetu dowiedziałam się, że Adam jest właścicielem sieci salonów z luksusowymi autami. Kolejna nauczka, że pozory mylą. Zanim zasnęłam, pomyślałam jeszcze, że będę mieć fajne wspomnienia z tego wieczoru. Na nic więcej nie liczyłam.
Dwa dni później na moim biurku w pracy zadzwonił telefon.
– Niełatwo cię znaleźć, tajemnicza kobieto – usłyszałam znajomy głos.
– Adam? – skojarzyłam po chwili.
– O, jednak mnie pamiętasz. Wydzwaniam do ciebie na komórkę, napisałem nawet maila. W końcu Ala dała mi telefon do Baśki do pracy. Poprosiłem ją, żeby mnie przełączyła… No i się udało.

Rzeczywiście, ktoś dzwonił do mnie na komórkę z nieznanego telefonu, ale ja takich połączeń z zasady nie odbieram. A e-mail znalazłam w spamie. Na szczęście Adam uwierzył w moje tłumaczenie.
– Masz jakiś kłopot z ubezpieczeniem? – zapytałam, święcie przekonana, że dzwoni, bo ma jakiś interes.
– Z czym? Nie, czemu? – zdziwił się, ale szybko zmienił temat. – Chciałem cię wyciągnąć w weekend na bankiet. To straszne nudziarstwo, jakaś dęta pseudocharytatywna impreza branżowa. Ale muszę się tam pokazać chociaż na chwilę. Z tobą byłoby ciekawiej. A potem moglibyśmy iść na tańce…
Rozumiałam, co do mnie mówi Adam. Ale nie mogłam pojąć, dlaczego to mówi.
Zaczęłam wymyślać jakieś przedziwne scenariusze, które miałyby wyjaśniać, dlaczego taki przystojniak chce się ze mną umówić.

Pewnie się założył z kolegami. A może jest handlarzem żywym towarem? Chce mnie porwać i sprzedać moje organy? Każdy z tych pomysłów wydawał się bardziej realny niż to, że taki przystojny, bogaty facet się mną zainteresował. Za nic nie potrafiłam sobie przypomnieć, co takiego zrobiłam albo powiedziałam tamtego wieczora, co mogło go zainteresować. Albo mu zaimponować. Jestem przecież nudna!
Spanikowałam do reszty, skłamałam, że jestem zajęta i skończyłam rozmowę.

Natychmiast przy moim biurku jak spod ziemi wyrosła Baśka. Musiała mnie obserwować ze swojego kąta.
– I co? I co? Czego on chciał? – pytała.
– W sumie nie wiem. Chyba chciał mnie zabrać na jakiś bankiet, ale mam wrażenie, że mnie z kimś pomylił.
– I co mu powiedziałaś?
– Że jestem zajęta!
Baśka aż poczerwieniała ze złości.
Czy ty oszalałaś? Przecież to jest supergość. Sama się w nim kochałam przez lata. Gdyby nie by moim kuzynem… Nie wiem, co wy tam robiliście w tym barze, ale jak on do mnie wczoraj zadzwonił i poprosił o namiar na ciebie, to mówił o tobie i mówił. Masz do niego oddzwonić i powiedzieć, że ci się weekendy pomyliły… I to już!

Zaczęłam intensywnie myśleć. Boże, przecież to rodzina koleżanki. Jaki handel żywym towarem czy organami? Najwyżej się okaże, że do siebie nie pasujemy. Nic gorszego się nie stanie. Może powinnam zaryzykować?
Rozważania przerwał mi dźwięk komórki. Ten sam numer, który odrzucałam parę razy.
– Tak?
– Dzwonię, bo nie jestem pewny, czy zrozumiałaś, że bankiet jest w niedzielę, a nie w sobotę. Bo mówiłem o weekendzie… A w niedzielę możesz?
Ok. Uznałam, że los daje mi drugą szansę. Grzechem byłoby nie skorzystać.
– Doskonale, niedzielę mam wolną.
– Świetnie. Przyślij mi adres, będę u ciebie o 19. A, obowiązują stroje wieczorowe.

Znowu wpadłam w panikę. Stroje wieczorowe? Nie miałam w domu żadnych butów na obcasie. W szafie najwyżej małą czarną sprzed dziesięciu lat… Skąd ja teraz raptem wytrzasnę strój wieczorowy? W co ja się wpakowałam?
Poleciałam do Baśki. Myślałam, że szybko zgaszę jej entuzjazm:
Ale ja nie mam co na siebie włożyć!
– No to idziemy na zakupy! – koleżanka złapała torebkę, krzyknęła, że idziemy do klienta i poszłyśmy do galerii handlowej.
Zaciągnęła mnie do takich sklepów, do których nigdy nie miałam odwagi wejść. Okazało się, że w niektórych wcale nie jest tak drogo, jak zawsze myślałam. Przeceny, rabaty. Dwie godziny później kupiłam elegancką ciemnogranatową kreację. Obcisłą tam, gdzie trzeba i luźną gdzie indziej. Do tego dokupiłam srebrne szpilki i szal.
– A torebkę ci przyniosę. Mam taką srebrną kopertówkę po babci. Będzie pasować idealnie – zapowiedziała Baśka.

Moja fryzjerka, gdy usłyszała, o co chodzi, zgodziła się mnie przyjąć w niedzielę.
– Nareszcie będę mogła zaszaleć – ucieszyła się i zaczęła mi podtykać pod nos katalogi z fryzurami.
Chyba przed żadną randką się tak nie denerwowałam. Tyle rzeczy miałam zrobić po raz pierwszy: iść na prawdziwy bankiet, w wieczorowej sukni, a przede wszystkim – z przystojnym facetem!
Gdy się obudziłam, byłam pewna, że wszystko to był jednak sen. Otworzyłam oczy. Na pewno nie byłam u siebie. Kątem oka zobaczyłam na podłodze granatową sukienkę. I czarną marynarkę… Wszystko wyglądało tak realnie.

Nagle przypomniałam sobie poprzedni wieczór. Musiałam być już po kilku kieliszkach szampana, gdy odważyłam się zadać Adamowi pytanie:
Ale co ty we mnie zobaczyłeś?
– Jak to co? Prawdziwą kobietę!

Więcej prawdziwych historii:
„Straciłem wszystkie pieniądze, rodzinę i godność. Od 20 lat ukrywam się przed bliskimi i wierzycielami”
„Mąż bił ją w ciąży, a po urodzeniu dziecka jeszcze mocniej. Wszystko przez to, że ich syn urodził się bez nóżki”
„Narzeczony zostawił mnie, bo przez wypadek mam poparzoną całą głowę. Nie mogę go za to winić. Wyglądam jak potwór”