poparzona kobieta fot. Adobe Stock

„Narzeczony zostawił mnie, bo przez wypadek mam poparzoną całą głowę. Nie mogę go za to winić. Wyglądam jak potwór”

Mała dziewczynka zdarła mi perukę i odkryła oszpeconą bliznami głowę. To był początek... mojego wyjścia z tej traumy!
/ 02.04.2021 14:14
poparzona kobieta fot. Adobe Stock

Przez prawie trzy lata nie miałam jednej spokojnej nocy! Najpierw nie spałam, bo jak tylko gasło światło, natychmiast zaczynałam tracić oddech ze strachu, że zaraz się znowu zacznie tamten koszmar. Czułam zapach oleju, słyszałam syczenie gazu i skwierczenie gorących, tłustych kropli rozpryskujących się na kuchennej płycie.
Kiedy się pochylałam, żeby skręcić kurek gazu, nagle wzbijał się płomień, a moje rozpuszczone włosy zaczynały śmierdzieć spalenizną i parzyć mi głowę.
Chciałam krzyczeć, ale się zachłysnęłam, a potem straciłam równowagę. Upadając, strąciłam dzbanek z grubego szkła, który rozharatał mi skroń i policzek aż do brody!

Narzeczony wyniósł mnie z płonącej już kuchni i wezwał pogotowie. To on uratował mi życie. Została mi, co prawda, blizna od oka do podbródka i łyse placki na głowie, ale gdyby nie jego szybka reakcja, byłabym jeszcze bardziej oszpecona. Teraz już umiem maskować blizny przy użyciu kosmetyków i peruki, ale był czas, kiedy z tego powodu nie chciałam żyć. Wyglądałam strasznie…
Mój narzeczony Paweł stanął na wysokości zadania: opiekował się mną, gdy byłam w szpitalu, a potem gdy wróciłam do domu, w czasie rekonwalescencji i rehabilitacji. Wspierał mnie psychicznie i pocieszał, kiedy próbowałam normalnie funkcjonować. Był przy mnie, pomagał finansowo, woził mnie tam, gdzie musiałam albo chciałam być. Jestem mu za to bardzo wdzięczna.

Nie mogę mieć żalu, że w końcu nie wytrzymał… Uczciwie mi powiedział, że dłużej nie da rady. Oboje płakaliśmy, ale i on, i ja wiedzieliśmy, że tak będzie najlepiej.

Dlatego nie prosiłam, żeby został, nie protestowałam, kiedy kupował bilet lotniczy. Miałam świadomość, że prawdopodobnie widzimy się po raz ostatni.
Byliśmy razem osiem lat, z tego połowa to była idylla. Pocieszałam się, że i tak miałam szczęście, bo niejedna kobieta mogłaby mi tego pozazdrościć. Tak mi kazał myśleć rozum, bo z sercem było znacznie gorzej – ono cały czas płakało i tęskniło.
Pamiętam wiele trudnych chwil, wiele nieprzespanych nocy, pytań i wątpliwości.

Czy postąpiłam słusznie, pozwalając Pawłowi odejść? Mogłam przecież przeciągać sprawę, błagać, żeby pobył ze mną jeszcze jakiś czas, dopóki nie poczuję się lepiej i nie stanę pewniej na własnych nogach. Mogłam uciec się nawet do szantażu emocjonalnego i zapewne osiągnęłabym swój cel. Nic takiego nie zrobiłam i nie żałuję… Nie chciałabym przecież, aby ktoś był ze mną z litości, by czuł, że jest skazany na opiekę nade mną, bo bez niego sobie nie poradzę…
Z wieści, jakie do mnie docierają, wiem, że Paweł się ożenił, ma już dwoje dzieci, powodzi mu się dobrze i jest zadowolony z życia.
A ja zaraz po jego wyjeździe wpadłam w czarną rozpacz. Żałowałam, że pozwoliłam mu odejść, nie chciałam już żyć i tylko instynkt samozachowawczy pozwolił mi przetrwać. Wyglądałam bardzo źle, fizycznie też czułam się okropnie, psychicznie jeszcze gorzej, ale w głębi duszy wierzyłam, że jest dla mnie jeszcze jakaś nadzieja, że może każda następna operacja plastyczna chociaż odrobinę poprawi mój wygląd.

Tych operacji było kilka – najpierw refundowanych przez NFZ, potem takich, za które musiałam zapłacić. Sama nie byłabym w stanie ponieść tak dużych kosztów – operacje pochłonęły wszystkie moje oszczędności, więc pomogli mi rodzice.
Na szczęście niedługo po tym wróciłam do pracy, a jako dyplomowana księgowa zarabiałam całkiem nieźle. Mogłam brać robotę do domu i miałam z tego zupełnie przyzwoite pieniądze, a ponieważ wydawałam na swoje potrzeby bardzo mało, reszta szła na konto.

Wychodziłam z domu tylko wieczorami. Nauczyłam się nosić kapelusze i czapki, nawet latem. Bliznę na twarzy, niestety dla mnie nadal bardzo widoczną, maskowałam kosmetykami. Nosiłam wielkie okulary. Byłam też skazana na perukę, bo pomimo przeszczepu włosów, z jednej strony głowy zostały mi łyse placki. Te peruki miały zwykle długie, gęste grzywki…
W lustrze windy, w niezbyt wyraźnym świetle, mogłam udawać, że wszystko jest w porządku, ale nawet gdyby tak było w istocie, w moją głowę wdrukował się taki obraz: koszmarna, bliznowata twarz i głowa na całkiem zgrabnym, szczupłym, trzydziestoletnim ciele. Tylko tak się widziałam.
Czy to się zmieniło? Tak. Niespodziewanie, nagle i w przedziwny sposób. Naprawdę, gdybym chciała to wymyślić, nie wpadłabym na taki pomysł!

Wracałam wieczorem do domu obładowana papierami do obliczeń i bilansów. Na windę czekał razem za mną mężczyzna z małym dzieckiem na rękach. Maluch płakał, marudził, wyrywał się, a winda, jak na złość, nie nadjeżdżała. W końcu usłyszeliśmy zgrzyt na górnych piętrach i oboje westchnęliśmy: nareszcie!
Mężczyzna oprócz dziecka miał jakieś torby, pakunki i jeszcze wózek spacerowy, na szczęście złożony. Otworzyłam drzwi i, przytrzymując je, powiedziałam:
– Niech pan wsiada, ja pomogę…
– Jeśli pani taka miła, to bardzo dziękuję, ale ja jeszcze mam coś w samochodzie na parkingu. Bardzo się pani spieszy? Bo gdyby nie, to potrwa minutę… Zaraz wracam.
– Nie spieszę się. Poczekam.
– A mogłaby pani ją chwilkę potrzymać? Ja muszę przynieść łóżeczko, nie dam rady tego zrobić z małą na rękach.
– A będzie chciała?

Mężczyzna bez słowa podał mi wiercące się dziecko, a ono nagle znieruchomiało, uspokoiło się i patrzyło na mnie wielkimi, uważnymi oczami. Mężczyzna, widząc to, uśmiechnął się do mnie z ulgą.
– Widzi pani, nie jest tak źle. To co, mogę biec do auta?
– Niech pan leci.
Wtedy mała nagle chwyciła mój kapelusz, szarpiąc przy okazji perukę. Zostałam z odkrytą, bliznowatą głową, przerażona.
On stanął jak wryty, malutka dziewczynka nadal przyglądała mi się uważnie, ściskając  mocno w małej rączce słomkową panamę, moja peruka leżała na posadzce, jednym słowem – horror!
Rozpłakałam się. Z tym dzieciakiem na rękach, taka oszpecona, kompletnie bezradna nagle się rozryczałam, a ta dziewczynka, znowu kompletnie niespodzianie, objęła mnie i pocałowała w policzek.

Mężczyzna podał mi perukę, którą wsadziłam do kieszeni żakietu. Założyłam kapelusz (dziecko oddało go bez protestu), a mężczyzna bez słowa pobiegł na parking. Ja nadal czekałam.
Wrócił, załadował pakunkami windę i chciał wziąć małą, ale ona przylgnęła do mnie z całej siły i wtuliła buzię w moje ramię, więc pojechaliśmy na przedostatnie piętro. Okazało się, że tam mieszka jej babcia, u której dziewczynka ma zostać przez jakiś czas, bo tata wyjeżdża służbowo za granicę.

Mała nadal nie chciała mnie puścić, więc weszłam do środka, a potem nawet zostałam poczęstowana herbatą i ciastem. Mężczyzna wnosił i ustawiał pakunki, skręcał łóżeczko, coś przesuwał, coś układał, a jego córeczka nadal siedziała na moich kolanach. Nie patrzyliśmy na siebie. W czasie rozmowy z jego matką zorientowałam się, że jest wdowcem i sam wychowuje dziecko.
– Nie chce pomocy – zwierzyła mi się jego mama, gdy nie słyszał. – Korzysta tylko wtedy, gdy ma podbramkową sytuację, tak jak teraz. Normalnie sobie radzi.
– Jakaś choroba? – odważyłam się zapytać po chwili kłopotliwego milczenia.
– Wypadek. Synowa prowadziła samochód. Była ślizgawica, wracała z treningu. Wpadła w poślizg. Od tamtego dnia syn nie jest sobą. Straszne nieszczęście!

Gdy wróciłam do swojego mieszkania,  byłam jak ogłuszona. Niby nic się nie stało, ale właśnie tamtego dnia zaczęło się moje prawdziwe zdrowienie.
Nie chodzi mi o to, że innym też się zdarzają straszne tragedie, i to mnie jakoś pocieszyło… To byłoby zbyt proste, a w dodatku mało szlachetne. Rzecz w tym, że nagle pojęłam, jak mało ważne są te moje blizny, peruki, łyse placki na głowie – jeśli położyć je na jednej szali, a na drugiej to, że w ogóle żyję. To wszystko można jakoś wyleczyć, usunąć albo zamaskować, ale śmierci się nie cofnie. Niby to wszystko wiedziałam, ale to drobne, przypadkowe wydarzenie na nowo mi to wszystko uświadomiło.

Zaprzyjaźniłam się z sąsiadką z przedostatniego piętra. Często u siebie bywamy. Ta malutka Zuzia bardzo mnie lubi, a ja za nią przepadam. Coraz rzadziej noszę perukę, zakładam przepaskę albo wiążę chustkę, ale w domu chodzę bez niczego. Mam wrażenie, że łyse placki jakby trochę zaczęły zarastać włosami, może dlatego, że niczym ich teraz nie zasłaniam?
Tego mężczyznę widziałam może ze dwa, trzy razy. Wygląda na miłego, ale ma smutne oczy. Rozumiem go, wiem, jak to jest, kiedy świat się wali i trzeba się wygrzebać spod sterty gruzów. Najlepiej tego nie przyspieszać. Blizny – czy te zewnętrzne, czy te w środku – długo bolą. Kto tego nie doświadczył, nie zrozumie!
Jeśli jest nam przeznaczone, żebyśmy sobie nawzajem pomogli, to tak się stanie. Jeśli nie – to trudno. Ale niezależnie od tego, czy to się wydarzy, czy też nie – jednego jestem pewna: mimo wszystko trzeba i warto żyć.

Więcej prawdziwych historii:
„Gdy ojciec umarł, nie uroniłam nawet jednej łzy. Nie dlatego, że go nie kochałam. Ja po prostu nic nie czułam”
„Mydlił mi oczy własną firmą, luksusami i wspólnym życiem. A potem nagle zapadł się pod ziemię”
„Moja żona jest piękną, mądrą i kochającą kobietą. Szkoda, że zauważyłem to dopiero po rozwodzie z mojej winy”