kobieta, której syn prawie zabił kobietę fot. Adobe Stock, Africa Studio

„Syn miał dużo mandatów i poprosił, żebym wzięła na siebie punkty karne. Zgodziłam się, a on prawie zabił kobietę...”

„To moja wina. Gdybym nie uległa i nie zgodziła się wziąć na siebie jego punktów, odebrano by mu prawo jazdy. Nie jechałby tego dnia i nie spowodował wypadku. Doszło do tego, ponieważ nie potrafiłam odmówić mojemu dorosłemu synowi i wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, co zrobił. Kolejny raz...”.
/ 09.09.2021 21:10
kobieta, której syn prawie zabił kobietę fot. Adobe Stock, Africa Studio

Chociaż Dino ciągnął mnie do domu, zatrzymałam się, żeby wyjąć listy ze skrzynki. Na widok koperty z moim nazwiskiem od Generalnego Inspektoratu Transportu Drogowego miałam ochotę zakląć na głos. Nawet nie musiałam otwierać, by wiedzieć, co zawiera pismo.

– Sławek, znowu przyszedł do ciebie mandat – rzuciłam do syna, który właśnie oglądał mecz z piwkiem w dłoni. – Ile tym razem przekroczyłeś prędkość?

Nie chciał powiedzieć, ale sama zajrzałam mu przez ramię. Przy ograniczeniu prędkości do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę, mój syn zasuwał sto dwa…

Wiele razy prosiłam go, żeby jeździł wolniej. To nie był pierwszy ani nawet drugi mandat

Sławek sprowadzał z Niemiec samochody i za którymś razem, kiedy trafiło mu się „wyjątkowe” audi, postanowił je zatrzymać. Słyszałam, jak jego koledzy się nim ekscytowali. Wykrzykiwali, że sportowa fura i że wyciąga dwieście dwadzieścia… Ponieważ Sławek miał już zarejestrowane na siebie trzy pojazdy, poprosił, żebym wyraziła zgodę na rejestrację na moje nazwisko. Zapytałam dlaczego, bo przecież nie ma limitu pojazdów na jednego kierowcę, ale zaczął migać się od odpowiedzi.

Podejrzewałam, że może chodzić o kwestie podatkowe, ale nie drążyłam

Był moim synem, ktoś kiedyś mógł mnie o to zapytać, a wiadomo, że złota zasada brzmi: im mniej wiesz, tym lepiej śpisz. Audi TT, które nazywał pieszczotliwie „tetetką” zostało więc formalnie moim samochodem. Dlatego mandaty przychodziły na moje nazwisko.

– Mama, mam problem… – zaczął Sławek. – Wiesz, osiągnąłem już limit punktów karnych i tym razem by mi zabrali prawo jazdy… Ty masz prawko, a nie jeździsz… Możesz podać, że to ty prowadziłaś? Oczywiście zapłacę…
– Oczywiście, że zapłacisz! – wpadłam mu w słowo. – Jeszcze by tego brakowało, żebym to ja płaciła za twoje wybryki na drodze! I może powinni ci zabrać prawo jazdy! Jeździsz jak wariat, nie przestrzegasz przepisów, a teraz chcesz, żebym brała na siebie twoje punkty?!
– Mamuś, proszę… – wziął mnie za rękę i pocałował. Zaczęłam mięknąć. – Obiecuję, że będę jeździł wolniej. Serio! Nie mogę stracić prawka…

Miałam opory, uważałam, że pomagam mu się migać, ale w końcu uległam. Zapowiedziałam jednak, że to tylko ten jeden jedyny raz i jeśli jeszcze raz dostanie mandat, to poniesie konsekwencje. Syn zapłacił karę, mnie naliczyli punkty i przez jakiś czas był spokój. Może naprawdę jeździł przepisowo?

Któregoś wieczoru wrócił do domu zdenerwowany i od razu poszedł do siebie na górę. Zawołałam z kuchni, czy chce naleśniki, ale odkrzyknął tylko, że jadł na mieście. Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, dopiero rano dotarło do mnie, że na podjeździe nie ma jego audi.

Policjanci? Pewnie mają informacje o skradzionym samochodzie Sławka

– Jak wróciłeś wczoraj do domu? – zapytałam zdziwiona. – Gdzie twoje auto?
– Kolega mnie podrzucił – mruknął w odpowiedzi, dziobiąc bez apetytu we wczorajszych naleśnikach. – Samochód… Dobra, powiem ci… Ukradli mi moje audi. Zostawiłem je na osiedlu, bo odwiedzaliśmy z Markiem jego dziewczynę, z parę godzin tam siedzieliśmy, a jak wróciłem, nie było go!
– Rany boskie! – przestraszyłam się. – Byłeś już na policji?
– Byłem – przytaknął. – Ale ty musisz zgłosić kradzież, bo auto jest na ciebie. Nie martw się. Ukradli to ukradli. Ubezpieczony był. Co dzisiaj jest? Czwartek?

Nie wiedziałam, jaki to miało związek z tematem rozmowy, ale przytaknęłam. Był czwartek, osiemnastego.

– To w środę siedemnastego straciłem moją „tetetkę” – mruknął i polał sobie naleśniki miodem. – Możemy pojechać na komendę, żebyś podpisała zgłoszenie?

Na komisariacie okazało się, że musiałam jedynie dopełnić formalności. Nie znałam okoliczności kradzieży, więc niewiele mogłam pomóc organom ścigania. Poświadczyłam tylko, że jestem właścicielką skradzionego w środę audi i tyle. Wszystkie szczegóły podał im Sławek, ale mnie już przy tym nie było.

Dwa dni później byłam w domu sama, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. To byli policjanci. Zaczęli mnie wypytywać, gdzie jest mój syn. Potem zapytali, czy wiem, co robił w środę siedemnastego. Zgodnie z prawdą zeznałam, że nie było go w domu, ponieważ pojechał z kolegą do jego dziewczyny i wtedy ukradziono mu samochód. Byłam przekonana, że mają jakieś wieści o audi.

Zawsze potrafiłam rozpoznać, kiedy kłamie. Teraz łgał w żywe oczy

– Nie zajmujemy się kradzieżą auta – powiedział jeden z funkcjonariuszy. – Zbieramy informacje dla wydziału dochodzeniowo-śledczego. Syn wrócił do domu o dwudziestej drugiej, tak? Rozmawiała pani z nim? Widziała go pani?

Przyznałam, że nie. Poszedł od razu na górę i tylko krzyczeliśmy do siebie przez schody. Poczułam niepokój. Dlaczego o to wypytywali? Co się stało?

Potrącono pieszą – powiedział drugi policjant. – Na nagraniach z monitoringu miejskiego widać, że sprawcą był kierujący pani samochodem. Uciekł z miejsca wypadku, nie udzielając pomocy poszkodowanej. Staramy się ustalić, czy było to przed, czy po kradzieży auta.

Zrobiło mi się zimno. Jak oni mogli sugerować, że to było przed kradzieżą? Przecież to by oznaczało… Mój mózg bronił się przed podejrzeniem, które mieli stróże prawa. Podejrzeniem, że to Sławek potrącił tę pieszą.

– A co z tą panią? – zapytałam zestresowana. – Coś jej się stało?
Jest w szpitalu. W stanie bardzo ciężkim – usłyszałam i zadrżałam.

Zostali jeszcze przez chwilę, wypytywali o różne rzeczy związane z samochodem i Sławkiem. Starałam się nie pokazać po sobie zdenerwowania, ale kiedy wreszcie poszli, osunęłam się na klęczki i ukryłam twarz w dłoniach. Po chwili zadzwoniłam do Sławka.

– Była u nas policja! – przeszłam od razu do konkretów. – Sławek, oni mówią, że ktoś potrącił kobietę twoim samochodem! To znaczy moim! Boże jedyny, synu, czy ty coś o tym wiesz?!

Oczywiście zaprzeczył. Fuknął, jak ja tak mogę i przecież dobrze wiem, że samochód został skradziony. Ale ja dobrze znam swoje dziecko. I zawsze potrafiłam rozpoznać, kiedy kłamał.

Źle postąpiłeś, synu… Musisz się przyznać do tego, co zrobiłeś!

Kiedy wrócił do domu, czekałam w fotelu, chociaż była druga w nocy. Czuć było od niego alkohol.

– O której zauważyłeś, że ukradli audi? – zapytałam z fotela, a on się wystraszył.

Próbował się wykręcić od rozmowy, zasłaniał tym, że nie wie, bo zasiedzieli się z tym jego kumplem, ale wydaje mu się, że to mogło być koło osiemnastej.

– Nic już nie mów – powiedziałam. – Ty to zrobiłeś. Potrąciłeś jakąś kobietę, a potem uciekłeś… Ona jest w szpitalu! W stanie bardzo ciężkim!

Nie miał siły zaprzeczać. Zaczął się trząść i cicho zapytał, jak się domyśliłam. Wyznał mi wszystko. Sławek znowu przekroczył prędkość i wpadł w poślizg na zakręcie. Audi zostało wyrzucone na chodnik, którym szła kobieta. Powiedział, że przekoziołkowała przez maskę i upadła, ale nie widział krwi.

– Myślałem, że wstanie… – mówił cicho, a ja czułam, jak drętwieje mi całe ciało. – Spanikowałem. Odjechałem, ale wiedziałem, że mógł mnie złapać monitoring, więc razem z Matim wymyśliliśmy ten plan… Że niby zostawiłem samochód na parkingu i nie wiedziałem, co się z nim działo. To taki parking na starym blokowisku bez kamer. Potem zadzwoniłem na policję, że go ukradli. Wydawało mi się, że to miało sens. Przecież mogło tak być, że ktoś go ukradł dużo wcześniej i to on spowodował wypadek.

– Ale tak nie było. To byłeś ty – powiedziałam. – Musisz się przyznać.

Całkiem możliwe, że mój syn brał udział w nielegalnym procederze

Odpowiedziało mi jego przerażone spojrzenie. Zaczął mnie prosić, żebym nikomu nie mówiła i trzymała się jego wersji. Zaklinał, że się zmieni, że będzie innym człowiekiem. Próbował przekonywać, że dla tej kobiety nie ma znaczenia, czy on się przyzna, czy nie, bo przecież to jej cudownie nie uleczy. I nagle sama się przeraziłam. Ponieważ zrozumiałam, że to moja wina.

Gdybym wtedy nie uległa i nie zgodziła się wziąć na siebie jego punktów karnych, odebrano by mu prawo jazdy. Nie jechałby tego dnia i nie spowodował wypadku. Doszło do tego, ponieważ nie potrafiłam odmówić mojemu dorosłemu synowi i wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, co zrobił. Przecież wiedziałam, że oszukiwał mówiąc, że się zmieni. Znam moje dziecko. Wiem, kiedy kłamie. On nawet nie zamierzał się ograniczać i jeździć przepisowo. Gdyby tak było, nie trzymałby tego cholernego sportowego samochodu!

– Przyznasz się i weźmiesz odpowiedzialność za to, co zrobiłeś – powiedziałam. – Ja nie będę więcej cię kryła.

Próbował płakać, szantażować mnie emocjonalnie, mówić, że pójdzie do więzienia i tam nie przeżyje.

– Na razie najważniejsze jest, żeby ta kobieta przeżyła – powiedziałam zmęczona. – Teraz idź spać. Rano pojedziemy na policję. Zresztą, nie myśl, że oni są tacy głupi. Przyszli tu, przesłuchiwali mnie, bo cię podejrzewają! Znajdą dowody, że to byłeś ty i odpowiesz dodatkowo za mataczenie i fałszywe zeznania. Jeśli się sam przyznasz, będzie lepiej. Naprawdę…

Zostawiłam go skulonego na kanapie, z głową ukrytą w dłoniach. Łyknęłam swoje ziołowe tabletki na uspokojenie i położyłam się, wiedząc, że jutro czeka mnie najtrudniejszy dzień w życiu.

Jednak kiedy się obudziłam, Sławka nie było w domu. Zadzwoniłam do niego i usłyszałam melodyjkę z jego pokoju. Jego komórka leżała na łóżku. Było zaścielone, jakby wcale w nim nie spał. Usiadłam na brzegu i zastanowiłam się, co dalej robić. Wiedziałam już, że Sławek uciekł. Zostawił telefon, bo na pewno wiedział, że można byłoby go namierzyć po sygnale. Nie miałam pojęcia do kogo się zwrócił o pomoc, ale jeśli kumpel krył go w sprawie z wypadkiem, jeśli ktoś sfingował kradzież audi i wszyscy potwierdzali jego wersję, to oznaczało, że mój syn miał kumpli wartych siebie.

Nagle zaczęły mnie zalewać myśli i wspomnienia. To, jak kombinował z rejestracją samochodu na mnie, jak co chwila na naszej działce stało inne drogie, eleganckie auto. Czy na pewno chodziło tylko o podatki? A może… Usiłowałam wyprzeć tę myśl, ale była zbyt natrętna. Zresztą, już zrozumiałam, że źle go wychowałam.

Zawsze pozwalałam mu uniknąć odpowiedzialności za to, co nabroił. Kiedy wagarował, wystarczyło, że w domu się przyznał, obiecał, że już nie będzie, i pisałam mu usprawiedliwienie. Kiedy nauczyciele się na niego skarżyli, zawsze go broniłam i wierzyłam mu, gdy mówił, że się na niego uwzięli. Kiedy tuż po osiemnastce wziął kredyt gotówkowy i nie był w stanie go spłacać, pożyczyłam mu dwadzieścia tysięcy, chociaż wiedziałam, że nigdy mi ich nie odda. A potem wzięłam na siebie jego punkty karne za przekroczenie prędkości. Nie na darmo nazywa się je „karnymi”. To ma być kara, a ja znowu pozwoliłam mu jej uniknąć i przez to niewinna kobieta leżała ciężko poturbowana w szpitalu…

Zanim zdecydowałam, co robić, mój dylemat sam się rozwiązał. Do drzwi znowu zapukała policja, tym razem z nakazem aresztowania.

– Nie wiem, gdzie jest mój syn – powiedziałam. – Zostawił telefon i wyszedł bez żadnych wyjaśnień.

Obecnie za Sławkiem wystawiony jest list gończy

Szuka go policja w całym kraju i zapewne Unii Europejskiej. Śledczy nie bardzo mi chyba wierzą, że nie wiem, gdzie go szukać, ale naprawdę tak jest. Sławek się ze mną nie kontaktuje, a ja nawet nie potrafię wskazać nazwisk jego kolegów czy może wspólników, ponieważ policja również i ich wzięła ostatnio pod lupę. Całkiem możliwe, że mój syn brał udział w jakimś nielegalnym procederze… Handlował kradzionymi samochodami? A może sam je kradł? Nie zdziwiłoby mnie to wcale.

Na szczęście pani Aneta, ta potrącona przez mojego syna, powoli zdrowieje. Nie została na stałe inwalidką, chociaż czeka ją długa i ciężka rehabilitacja. Na razie zaoferowałam, że oddam jej wszystkie pieniądze uzyskane ze sprzedaży audi, które policja znalazła porzucone w lesie i po zebraniu śladów na karoserii i wewnątrz, oddała mi.

– Przecież nie musi pani tego robić. To nie pani wina – powiedziała do mnie jedna z pielęgniarek. – To syn zawinił, a pani nie powinna ponosić za niego odpowiedzialności – dodała.
– Muszę – odpowiedziałam.

Zdejmowałam z niego odpowiedzialność, więc teraz muszę ponieść tego konsekwencje… – dodałam w myślach. Oby inne matki były mądrzejsze.

Czytaj także:
Mój ojciec był katem. To dlatego wmówiłem sobie, że mój biologiczny tata to Stefan
Zostawiłam męża, który ciągnął mnie w dół. Wysłałam do niego tylko kartkę
Wera zniszczyła mi reputację plotkami o romansie. Z zemsty rozpowiedziałam, że jest prostytutką