Kobieta, która zajmuje się kotami fot. Adobe Stock, ANTONIO HUGO

„Rozwydrzony bachor sąsiadów znęcał się nad kotami i dałam mu nauczkę. Teraz grozi mi eksmisja!”

– Co ci te koty zrobiły? Pogryzły cię, zaatakowały? Dlaczego tak się zachowujesz? – pytałam zdenerwowana. – Puszczaj! Puszczaj! – mały próbował się uwolnić ze wszystkich sił, ale ja trzymałam go bardzo mocno. – Posłuchaj mnie uważnie. Jak jeszcze raz zobaczę, że rzucasz w koty kamieniami, to ci osobiście dupę spiorę! – zagroziłam.
/ 15.09.2021 12:15
Kobieta, która zajmuje się kotami fot. Adobe Stock, ANTONIO HUGO

Mieszkam na jednym z wielkich wrocławskich blokowisk. Opiekuję się bezpańskimi kotami, które zadomowiły się w naszej okolicy. Dokarmiam je, a pod drzewami postawiłam jakiś czas temu specjalne budki ocieplane styropianem, które kiedyś zrobił specjalnie dla nich mój syn. Żeby miały się gdzie schronić przed deszczem i mrozem.

Przez wiele lat nikomu to nie przeszkadzało. Starzy mieszkańcy przyzwyczaili się do widoku mruczków spacerujących po naszym osiedlu.

Żyliśmy sobie spokojnie w symbiozie. Koty i ludzie. Do czasu…

Rok temu do naszego bloku wprowadzili się nowi lokatorzy – Witkowscy. On, ona i dwójka dzieci, chłopców w wieku 8 i 10 lat. „Zwykła rodzina” – pomyślałam, gdy patrzyłam jak wnoszą na górę swoje rzeczy. Wkrótce przekonałam się, że nie taka zwykła…

Tamtego dnia wracałam ze sklepu obładowana jak wielbłąd. W siatkach niosłam między innymi tygodniowy zapas jedzenia dla kotów. Pomyślałam, że mruczki czekają już pewnie na swój obiadek. Przyzwyczaiły się, że zawsze po szesnastej dostawały porcję suchej karmy. Zbiegały się wtedy z całej okolicy i siadały grzecznie wokół miseczek. A gdy sypałam karmę, ocierały się z wdzięcznością o moje nogi…

Skręciłam w alejkę prowadzącą do naszego bloku i zamarłam. Przed domem stał młodszy syn Witkowskich i rzucał kamieniami w koty, które czekały na jedzenie. Zwierzęta, spłoszone i przerażone, szukały schronienia. A on? Śmiał się do rozpuku!

Wpadłam we wściekłość. Rzuciłam siatki na ziemię i podbiegłam do niego.

– Co ty robisz? Nie wiesz, że tak nie wolno? – złapałam go za rękę.

Wypuścił kamień z dłoni.

– Au, boli! – zapiszczał.

– Co ci te koty zrobiły? Pogryzły cię, zaatakowały? Dlaczego tak się zachowujesz? – pytałam zdenerwowana.

– Puszczaj! Puszczaj! – mały próbował się uwolnić ze wszystkich sił, ale ja trzymałam go bardzo mocno.

– Posłuchaj mnie uważnie. Jak jeszcze raz zobaczę, że rzucasz w koty kamieniami, to ci osobiście dupę spiorę! – zagroziłam i zwolniłam uścisk.

Chłopak natychmiast się wyrwał i czmychnął do klatki. W drzwiach się odwrócił i wysyczał w moją stronę:

– Wszystko powiem tacie! Zobaczysz, pożałujesz! Tata ci pokaże!

– A powiedz, proszę bardzo! Twój ojciec jeszcze mi pomoże! Może paska mi nawet pożyczy! – krzyknęłam za wstrętnym gówniarzem.

Nie przejęłam się jego groźbami. Byłam pewna, że mały będzie milczał. Ze strachu, że ojciec da mu burę za znęcanie się nad zwierzętami. Każdy normalny człowiek tak by przecież zareagował! Poczekałam więc, aż koty się uspokoją, nakarmiłam je i wróciłam do domu. Pomyślałam nawet, że przy pierwszej okazji sama spróbuję porozmawiać sobie z Witkowskimi na temat zachowania ich syna…

Każdy normalny tata ukarałby za to syna

Okazja trafiła się szybciej niż przypuszczałam. Zdążyłam tylko wejść do mieszkania i postawić zakupy na stole w kuchni, gdy zadzwonił dzwonek u drzwi. W progu stał Witkowski. Aż czerwony z wściekłości.

– Jakim prawem pobiła pani mojego syna! – napadł na mnie.

– Co zrobiłam?! – w pierwszej chwili nie zrozumiałam, o co mu chodzi.

– Mój syn z płaczem przybiegł do domu! Jeśli jeszcze raz dotknie pani moich dzieci, to inaczej porozmawiamy! – warknął przez zaciśnięte zęby.

– Nie pobiłam go, tylko złapałam za rękę. Za to, że rzucał w koty kamieniami! – przerwałam mu i pokrótce opowiedziałam o tym, co się stało.

Była pewna, że gdy to usłyszy, natychmiast się uspokoi, przeprosi. I obieca, że zrobi dzieciakom wykład na temat tego, jak należy traktować zwierzęta. Ależ ze mnie naiwniaczka!

Zaatakował ze zdwojoną siłą:

– Wiem, że rzucał! – wrzasnął.– I bardzo dobrze, że rzucał! Po co komu te koty na osiedlu! Tylko smrodzą, brudzą i choroby roznoszą! Zwierzęta to się na wsi trzyma! A tu jest miasto! Cywilizowani ludzie nie muszą znosić fanaberii jakiejś wariatki walniętej na punkcie kotów! Ja i moja rodzina nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego syfu pod oknami. I nie będziemy tego tolerować! – darł się, aż ludzie z mieszkań powychodzili.

Ależ się na niego wkurzyłam! Normalnie staram się załatwiać wszystko spokojnie, ale wtedy ciśnienie skoczyło mi chyba do dwustu.

– Ty idioto! Nie używaj słów, których nie rozumiesz! Człowiek cywilizowany szanuje zwierzęta, a nie pozwala swoim bachorom znęcać się nad nimi! Skąd ty się tu w ogóle wziąłeś?! I odczep się od kotów! Zawsze tu były i będą. A tak w ogóle to są czystsze od ciebie i całej twojej rodziny, bo się przynajmniej codziennie myją. A z wami to do windy nie można wsiąść, tak śmierdzi! – wrzasnęłam.

Trochę mnie może poniosło, ale w sumie nie przesadziłam. Bo sąsiedzi rzeczywiście wyglądali i pachnieli tak, jakby oszczędzali na mydle. Gapie na klatce zarechotali. Witkowski rozejrzał się spłoszony wokół siebie i poczerwieniał jeszcze bardziej.

– Nie daruję ci tego, zobaczysz! A kotów tu nie będzie, już moja w tym głowa! – syknął, i czym prędzej wycofał się do swojego mieszkania.

Przez kilka dni nic się nie działo. Koty spokojnie przychodziły na jedzenie, Witkowscy trzymali się z daleka. Prawie zapomniałam o całym zajściu. I wtedy zaczepiła mnie na klatce pani Zosia, nasza gospodyni.

– Pani Izo, Witkowski gania po osiedlu i zbiera podpisy pod petycją do prezesa spółdzielni. Chce usunięcia budek dla kotów i miseczek na jedzenie. Opowiada ludziom, że koty to zagrożenie dla zdrowia! A panią oskarża o zaśmiecanie osiedla – oznajmiła.

– Idiota! Czy on naprawdę myśli, że ktoś uwierzy w te bzdury? – pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Z tego, co wiem, to większość odmawia. Ale kilku, może nawet kilkunastu lokatorów udało mu się podobno namówić. Zobaczy pani, będą kłopoty… – szepnęła.

– A niech sobie zbiera te podpisy! Nie robię przecież niczego złego! Prawo nawet nakazuje opiekować się wolno żyjącymi kotami! – odparłam.

To ja miałam rację w tym konflikcie, byłam więc święcie przekonana, że nasz prezes powie Witkowskiemu dosadnie, co sobie ze swoją durnowatą petycją może zrobić. No i znowu się pomyliłam.

Jakiś miesiąc później pani Zosia przyniosła mi pismo ze spółdzielni. Oficjalne, bo kazała pokwitować. Żądano w nim, abym przestała karmić koty i usunęła budki z terenu osiedla. Bo zwierzęta zanieczyszczają teren.

Spotkało mnie wiele nieprzyjemności…

Wściekła wyrzuciłam papier do kosza. Przecież nawet średnio rozgarnięte dziecko wie, że koty przyzwyczajają się do terytorium i nie można ich ot tak sobie, administracyjnie przenieść!
Poza tym to czyste zwierzęta, a brudzą na osiedlu głównie psy, bo właściciele zwykle po nich nie sprzątają.

Następnego dnia zwolniłam się z pracy i poszłam do prezesa spółdzielni na rozmowę. Sekretarka nie chciała mnie wpuścić, mówiła coś o terminach i zapisach, ale jakoś udało mi się wśliznąć. Chyba wyczuła, że nie ruszę się spod jego drzwi na krok, dopóki sprawy nie załatwię.

Prezes był nawet miły, poczęstował kawą. Ale uparcie trwał przy swoim. Nie pomogły tłumaczenia, że bez pomocy ludzi koty po prostu zdechną, że przecież dbam o to, by wokół budek i miseczek było czysto. I że zwierzęta są łagodne, schodzą ludziom z drogi i nie przenoszą żadnych chorób. Poza tym dzięki nim na osiedlu nie ma myszy i szczurów. A ta cała akcja to zwykła złośliwość Witkowskiego.

– Ja to wszystko wiem, ale muszę brać pod uwagę opinię wszystkich mieszkańców. A niektórym koty na osiedlu się nie podobają. Dlatego bardzo proszę, by zastosowała się pani do zaleceń z pisma – powiedział.

– Ani myślę! Nie zamierzam przez czyjeś widzimisię skazywać kotów na śmierć. Sumienie mi na to nie pozwala! – odparłam zdenerwowana.

Prezes od razu się naburmuszył.

– W takim razie będę musiał podjąć inne, bardziej drastyczne kroki – odparł i zaczął przeglądać papiery na biurku, a ja zrozumiałam, że naszą rozmowę uznał za zakończoną.

Oczywiście nie zamierzałam się poddać. Przez następne miesiące przerzucałam się ze spółdzielnią pismami – i dalej robiłam swoje. Niestety, ewidentnie przegrywałam. Witkowski i spółka naciskali. Słali kolejne petycje. Najpierw zostałam wykluczona z członkostwa w spółdzielni, potem zaś podniesiono mi czynsz.

Dwa miesiące temu dostałam pismo, że jeśli nie przestanę dokarmiać kotów, to prezes skieruje do sądu wniosek o przymusową sprzedaż mojego mieszkania. Bo, jak to określił, „w sposób rażący i uporczywy wykraczam przeciwko obowiązującemu porządkowi i zasadom współżycia społecznego”. Tak mnie urządził.

Nie to mnie jednak najbardziej zabolało. Nie boję się sądów. Chętnie stanę przed każdym i dowiem się, na czym to moje wykraczanie polega. Najgorsze było to, że w tym samym czasie zniknęły budki dla kotów. Któregoś dnia wróciłam z pracy i już ich nie było. Miseczki znalazłam w śmietniku. A przecież zbliżała się zima…

Czułam, że jeśli czegoś nie wymyślę, nie znajdę sojuszników, Witkowski wygra. Już czuł się zwycięzcą. Chodził po osiedlu dumny jak paw i opowiadał na lewo i prawo, że w naszej okolicy nie będzie już wkrótce ani jednego kota… O mnie też oczywiście nie zapominał. Gdy spotykaliśmy się przed blokiem, uśmiechał się złośliwie.

– Mówiłem ci, że pożałujesz. Na bruku wylądujesz, razem z tymi swoimi paskudnymi kotami. Ze mną jeszcze nikt nie wygrał – syczał.

Tym pomysłem nieźle mu dopiekłam

Pomoc znalazłam dzięki telewizji. Nasza lokalna stacja nadała reportaż o innym wrocławskim osiedlu, na którym koty i ludzie żyją w symbiozie. Tak jak to było kiedyś u nas. Przedstawicielka organizacji zajmującej się pomocą bezdomnym zwierzętom zachęcała do dokarmiania wolno żyjących kotów i obiecywała pomoc wszystkim, którzy napotykają na trudności.

Zadzwoniłam. Przyjechały dwie dziewczyny: Agnieszka i Ewa. Młode i bardzo energiczne. Wysłuchały mnie spokojnie i powiedziały, żebym się nie martwiła, bo one wezmą sprawy w swoje ręce. No i wzięły…

Rany boskie, co się zaczęło dziać! Dziewczyny biegały po ludziach i zbierały podpisy pod petycją w mojej obronie. Na naszym osiedlu pojawili się też dziennikarze. Nagabywali prezesa, pytali mieszkańców… Nagle okazało się, że tak naprawdę nikomu koty nie przeszkadzają. A niektórzy to są nawet oburzeni, że budki zostały wywiezione. Z wyjątkiem Witkowskiego oczywiście.

Ten nawet do kamery grzmiał, że koty to największe zło tego świata. I że na brud i smród pod oknami nie będzie pozwalał. Bo nie jest przyzwyczajony do życia w takich warunkach.

– Mieszkam na tym osiedlu i mam prawo żądać, żeby panował tu ład i porządek – mówił niezrażony tym, że wokół stoi mnóstwo ludzi, w tym ja i moje sojuszniczki.

– Zacięty… Skąd on pochodzi? – zapytała w pewnym momencie Agnieszka.

– Nie mam pojęcia, ale pewnie nasza gospodyni wie. A dlaczego o to pytasz? – zainteresowałam się.

– Mam pewien pomysł. Ale chyba lepiej, żeby pani nie wiedziała, jaki – uśmiechnęła się tak jakoś dziwnie.

Czułam, że zamierza wywinąć jakiś numer. No i wywinęła. Gdyby zdradziła mi, co chce zrobić, chyba bym jej nie pozwoliła… Witkowski to złośliwa menda, ale chyba nie zasługiwał aż na taką karę…

A może zasługiwał?

W każdym razie kilka dni temu na całym osiedlu pojawiły się… plakaty. Z wielkim napisem: „Ład i porządek, do których jest przyzwyczajony pan Witkowski”. A na nim zdjęcia domu, w którym do niedawna mieszkał. I podwórka. Zdjęcia były, delikatnie mówiąc, szokujące. Błoto po kostki, śmieci, robactwo, jakieś stare graty, zwierzęce kości. No po prostu syf!

Ludzie mieli niezły ubaw! Witkowski oczywiście te wszystkie plakaty pozrywał, podobno nawet na policję je zaniósł i złożył skargę, że ktoś szarga jego dobre imię. Ale dzielnicowy mówi, że sprawa zostanie umorzona z powodu niskiej szkodliwości czynu.

A wracając do kotów… Wygrały! Mogą spokojnie przychodzić na nasze osiedle. Nawet swoje budki kilka dni temu odzyskały. Wróciłam z pracy i zobaczyłam, że stoją na swoim starym miejscu. Oczywiście nie wytrzymałam i poszłam do prezesa zapytać, czy to na stałe, czy tylko na chwilę. Twierdzi, że na stałe, bo musi brać pod uwagę opinię większości mieszkańców. A ponad 200 osób jest za…

Czytaj także:
„Dziewczyna mojego syna jest od niego 8 lat starsza. Kto to słyszał, żeby dorosła kobieta spotykała się ze smarkaczem!”
„Moja siostra kłamała, że jej córka jest chora, by wyłudzić pieniądze. Zebrali 8 mln zł i wtedy wszystko się wydało”
„Marzyłam o byciu babcią. Dopiero po tragicznej śmierci mojego syna dowiedziałam się, że już od kilku lat nią jestem”