kucharz w pracy fot. Adobe Stock, vectorfusionart

„Rodzina uważała moje marzenia za fanaberie, ale ja wiedziałem swoje. Postawiłem wszystko na 1 kartę i wygrałem”

„Któregoś dnia zostałem przyłapany. Wieczorem, choć byłem masakrycznie zmęczony, nie mogłem zasnąć. Zszedłem więc do kuchni i zacząłem przygotowywać lasagne. Mięso, makaron, sos, ser. Już była gotowa, kiedy nagle zapaliło się światło w korytarzu, a mnie oblał zimny pot”.
/ 24.01.2023 22:00
kucharz w pracy fot. Adobe Stock, vectorfusionart

Od zawsze marzyłem o własnym mieszkaniu. Takim, w którym miałbym swoją sypialnię, pokój dzienny, łazienkę z wanną. Najważniejsza jednak była jak największa kuchnia – tam mógłbym ćwiczyć nowe przepisy Może to dlatego, że wychowałem się w niewielkiej dwupokojowej klitce w bloku. Cisnęliśmy się straszliwie. Jeden pokój zajmowali rodzice, drugi my – trzej bracia: najstarszy Tomek, trzy lata młodszy Krzysiek i najmłodszy ja, Kamil.

Wszystko było jeszcze w miarę, kiedy byliśmy szkrabami, ale gdy staliśmy się nastolatkami, pokój jakby nagle się skurczył. Musieliśmy nieźle kombinować, żeby pomieścić książki, podręczniki, ciuchy i całą resztę gratów.

Najstarszy, Tomek, nas sobie podporządkował, nie powiem. On pierwszy zasiadał przy biurku, żeby odrabiać lekcje, my, lądowaliśmy na piętrowym łóżku i tam, robiąc przedziwne konstrukcje z książek, odrabialiśmy prace domowe. A gdy chcieliśmy spać, musieliśmy zakrywać głowy poduszkami, bo Tomek słuchał muzyki ze starego magnetofonu.

Rodzice harowali od zmierzchu do świtu, żeby związać koniec z końcem. Matka była sprzedawczynią, ojciec mechanikiem. Co do nas nie mieli wielkich ambicji. Liceum? Studia? Wolne żarty. Ot, byle byśmy skończyli jakąś zawodówkę i poszli do roboty.

Za ostatnie pieniądze kupiłem bilet

Ja byłem inny. Zawsze ciągnęło mnie do kuchni. Nie żeby się objadać, po prostu interesowały mnie rozmaite przepisy. W domu mogłem liczyć co najwyżej na krupnik. Czasem mama jakiegoś kolegi poczęstowała mnie grochówką z boczkiem – to dopiero był rarytas! 

Kiedy skończyłem podstawówkę, postanowiłem, że pójdę do technikum gastronomicznego. Tamci pukali się w głowy, kiedy im to oznajmiłem. Kelnerem zostanę w najlepszym przypadku – kpili. Miałem szczęście, bo trafiłem na świetnego wychowawcę. Pan Patryk, widząc, że mam smykałkę i do teorii, i do praktyki, dużo mi opowiadał, a nawet podrzucał książki z przepisami na dania z różnych stron świata. Wieczorami, kiedy bracia już spali, studiowałem je z zapartym tchem.

Kiedy odebrałem świadectwo ukończenia szkoły,  postanowiłem to uczcić. Jak? Ano gotując dla rodziny. Wybrałem leczo. Bracia i rodzice akurat wybrali się do dziadków. Siekałem, kroiłem, podsmażałem. Po powrocie zdziwieni zasiedli, ja nałożyłem na talerze i…

– Co to jest? – usłyszałem od Tomka.

– Leczo – oznajmiłem. – Taka potrawa z warzywami, boczkiem, kiełbaską…

– Co?! Zużyłeś do tego czegoś całą kiełbasę, co ją miałem do roboty jutro zabrać? – wkurzył się ojciec.

– Daj spokój, Marian, spróbujmy chociaż – próbowała załagodzić sytuację matka.

– Straszne! I jeszcze boczek! Na skwarki do kartofli miał być! – ojciec wstał gniewnie od stołu. – Kuchcikiem mu się zachciało zostać! Zobacz na braci, już pracują!

– No, karierowicze. Magazynier i operator wózka widłowego. Pozazdrościć. I jakoś cały czas na garnuszku mamusi – wkurzyłem się nie na żarty.

– To się wyprowadź, jak się nie podoba! – rzucił na odchodne i trzasnął drzwiami.

Bracia też odsunęli krzesła i poszli do pokoju. Zostałem sam z mamą.

– Naprawdę smaczne – powiedziała, chcąc poprawić mi humor.

– Daj spokój… Zapakuję swoje rzeczy i się stąd wynoszę.

Kamil, to twój dom… – załamała ręce.

– Taki, w którym nikt mnie nie rozumie.

Spakowałem się w pięć minut. Na dwa dni zatrzymałem się u kumpla. Potem za ostatnie zaoszczędzone pieniądze zarobione latem kupiłem bilet do Wrocławia. Fantastycznie. Tylko że kompletnie nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Chodziłem po ulicach z plecakiem. W pewnej chwili na szybie jakiejś restauracji zauważyłem ogłoszenie. Szukali pomocnika kuchennego. Co mi tam – ryzyk–fizyk.

Przyłapali mnie na gorącym uczynku

Wszedłem, poprosiłem o rozmowę z szefem. Chyba miałem jednak trochę szczęścia, bo właściciel, pan Jan, szybko się ze mną dogadał. Pytał oczywiście o doświadczenie. Cóż, żadnego nie miałem, tylko teoria.

– Dobra, to na razie zmywak i sprzątanie – powiedział, oprowadzając mnie po kuchni i pokazując, co gdzie jest. – Tylko umowę jakąś wypełnijmy. Imię, nazwisko, dowód, adres, takie tam, żebym wiedział, gdzie cię szukać w razie czego – zaśmiał się.

– Jasne, tylko że ja adresu chwilowo nie mam. To znaczy mam, ale nie we Wrocławiu – zaczerwieniłem się zawstydzony. – Dopiero przyjechałem. Tylko parę rzeczy i nawet nie mam gdzie spać. Przepraszam…

– Zwiałeś z domu? – zapytał spokojnie.

– To nie tak. Ja chcę się uczyć, gotować. A tam, wie pan, kartofle ze skwarkami…

– No dobra. Umawiamy się na próbny miesiąc. Na razie będziesz pomagać. A zamieszkać możesz na górze. Tu jest restauracja, tam mieszkanie – ja, żona i córka. Mamy wolny pokoik. Tylko tapczan i mała szafa, ale jak nie masz na razie nic innego, to wystarczy. Trochę ci za to odliczę z pensji, a potem zobaczymy. Może być?

Może być? Poczułem się jak w niebie i ledwo się powstrzymałem od rzucenia mu się na szyję.

Tak oto zostałem pomocnikiem. Tyrałem całe dnie, ale i tak byłem szczęśliwy jak nigdy. Podpatrywałem, co robią kucharze, przyglądałem się daniom. Były rozmaite – od rosołu, przez schabowego, po pieczeń rzymską. Ot, czego klienci sobie życzyli, a tych było sporo. Któregoś dnia jednak zostałem przyłapany. Wieczorem, choć byłem masakrycznie zmęczony, nie mogłem zasnąć. Zszedłem więc do kuchni i zacząłem przygotowywać lasagne. Mięso, makaron, sos, ser. Już była gotowa, kiedy nagle zapaliło się światło w korytarzu, a mnie oblał zimny pot.

– Przepraszam,… Nie mogłem spać i postanowiłem coś ugotować… – plątałem się, nie wiedząc, gdzie oczy podziać.

– Co to? – pociągnął nosem pan Jan.

Lasagne. Właśnie się upiekła.

– Dobra jest?

– Nie wiem – odrzekłem szczerze. Pierwszy raz robiłem.

– To spróbujemy – wziął kęs do ust. – No, mamy problem… – orzekł, przeżuwając.

– Paskudztwo? – zapytałem.

– Paskudztwo? Chłopcze, to jest rewelacja! Co jeszcze umiesz?

– No, nie wiem – aż mnie zatkało. – Makarony, zapiekanki z warzywami albo z mięsem. Tak naprawdę tylko z książek to znam, ale jakbym spróbował…

– To spróbujesz. Od jutra kończysz wcześniej i zabierasz się do gotowania, a my będziemy próbować. Jak będzie dobre, wchodzi do menu. Idziesz na to?

W mężczyźnie rozpoznałem... swojego brata

Znowu niemal rzuciłem się na szyję. Dzień w dzień przygotowywałem różne nowości, cała rodzina zasiadała przy stole i degustowała. Byli zachwyceni, a mnie aż rosły skrzydła, zwłaszcza kiedy widziałem uśmiech prześlicznej Wandy, córki szefa.

Tak minęły trzy lata. Stało się. Zacząłem od chłopaczka zmywającego naczynia, a wreszcie zostałem prawdziwym kucharzem. Menu się rozrosło, miasto obiegła wieść o pysznych potrawach. A jak można się domyślać, na uśmiechach Wandy się nie skończyło. Zakochaliśmy się w sobie po uszy, postanowiliśmy razem zamieszkać.

Trochę to trwało, zanim znaleźliśmy właściwe lokum, ale i tu mi się poszczęściło. Spore, przestronne, no i ta ogromna, cudownie wyposażona kuchnia.

– Wszystko tu macie, co trzeba – zachwalał właściciel lokum.

Najważniejsza jest kuchnia – uśmiechnąłem się, przytulając Wandę.

– Naprawdę? A co, żona lubi gotować? – zapytał pan Ryszard.

– To ja gotuję – uśmiechnąłem się. – Pracuję w restauracji u przyszłego teścia, tam niedaleko, za rogiem.

– O rany! Znam ten lokal – aż się rozpromienił. – Jadłem tam kiedyś takie muszle ze szpinakiem. Niech pan nie mówi, że to pańskie dzieło!

– Owszem, większość rzeczy z menu też ja przygotowuję. Cieszę się, że smakowało. Zapraszamy częściej – zaśmiałem się. – A teraz co, umowa i się wprowadzamy?

– Pewnie! A jak pozwolicie, będę wpadał czasem na coś pysznego – puścił oko.

Tym sposobem staliśmy się najemcami pięknego mieszkania. Lubiłem to miejsce i lubiłem też doglądać dań, jak to na szefa kuchni przystało. Wieczorami zaś eksperymentowałem z nowymi przepisami. Jako pierwsza próbowała Wanda i niemal zawsze była zachwycona. Niemal, bo kiedy któregoś dnia podałem tradycyjny haggis, czyli nadziewany podrobami jagnięcy żołądek, tylko popukała się w czoło i kazała wywietrzyć mieszkanie. W sumie się nie dziwiłem, dla mnie to było coś niezjadliwego.

Minął kolejny rok. Aż pewnego dnia, kiedy akurat przygotowywałem pieczonego pstrąga, mój wzrok przykuła jakby znajoma sylwetka klienta, który wszedł do lokalu i usiadł przy stoliku. Szybko przekazałem zamówienie pomocnikowi i podszedłem do tamtego.

– Przepraszam, czy my… – zacząłem i więcej nie musiałem mówić.

– Kamil, to ty – mężczyzna wstał, a ja rozpoznałem w nim Tomka, mojego brata.

– Co tu robisz? – usiadłem obok.

– Musiałem wpaść do miasta, załatwić parę formalności, bo mam nową robotę. Przechodziłem, tak ładnie pachniało i pomyślałem, że coś zjem… – zaczerwienił się.

– Słusznie. Schabowy? – zapytałem.

– E… może nie tym razem – uśmiechnął się. – Tyle tu rzeczy macie...

– Ryba? Makaron? Jagnięcina? Albo leczo, ale do tego chyba masz uraz – uśmiechnąłem się pod nosem

– Cokolwiek, bracie, cokolwiek byle nie kartofle ze skwarkami – zaśmiał się.

Kartofle ze skwarkami też są...

Po posiłku rozsiadł się wygodnie.

– Było pyszne. Sam zrobiłeś? – zapytał.

– Mówiłem ci przecież, że to mnie kręci, a nie mechanika samochodowa.

– I miałeś rację… – westchnął. – Wiesz, mama ciągle o tobie mówi. Martwi się, co u ciebie i jak się miewasz…

– To jej powiedz, że mam się aż za dobrze, ojcu też, choć jego to chyba najmniej obchodzi – zezłościłem się.

– To nie tak. Nie rozumieli, my też… Ale tyle czasu już minęło. Mogliby cię odwiedzić? – zapytał nieśmiało. – I my też?

Biłem się z myślami. Z jednej strony wciąż miałem do nich pretensje, a drugiej – rodzina to rodzina. Wreszcie dałem mu na kartce numer telefonu i adres. Długo nie czekałem. Mama zadzwoniła następnego dnia. Zaprosiłem ich do nas na następny weekend. Zjawili się punktualnie. Przygotowałem muszle ze szpinakiem, pieczeń rzymską, pieczone ziemniaki, sałatkę.

– Ale pachnie – mama wzięła mnie w ramiona. – Naprawdę masz talent.

– To się zobaczy – uśmiechnąłem się. – Dla ojca są w razie czego ziemniaki ze skwarkami – spojrzałem na niego chłodno.

– Dajcie już spokój – roześmieli się Tomek i Krzysiek. – Jedzmy, bo już te zapachy są takie, że mnie aż skręca.

Zasiedliśmy do stołu. Wanda nalała wina, ja podawałem potrawy, a oni… jedli, jedli i jedli, aż im się uszy trzęsły. Nawet ojciec, choć nic nie mówił, mruczał zadowolony. Potem faceci poszli oglądać mecz, a ja, moja mama i Wanda zabraliśmy się za porządkowanie stołu.

– Jeszcze tiramisu – zapowiedziałem.

– Włoski deser. Jeśli wam tamto smakowało, to i to posmakuje.

Kiedy po pół godzinie, gdy już towarzystwo było ledwo żywe z przejedzenia, obwieściliśmy im, że za miesiąc bierzemy ślub, a w drodze jest nasze dziecko.

Aż ich zatkało z wrażenia. Bracia się cieszyli, rodzice ocierali łzy wzruszenia. Gdy wyszli, ojciec jeszcze na chwilę wrócił i poprosił mnie o rozmowę.

Przepraszam, że w ciebie nie wierzyłem – powiedział cicho. – Teraz widzę, że naprawdę spełniasz swoje marzenia. Mam nadzieję, że nas odwiedzicie. Bo wiesz, po tym co zjadłem u ciebie, te kartofle ze skwarkami już nie będą atrakcją – mrugnął.

Poszli, a mnie zakręciła się łza w oku. Rzeczywiście, taka prawda, spełniłem swoje marzenia, miałem zostać ojcem, a w dodatku pogodziłem się z rodziną. Czego można chcieć więcej?

Czytaj także:
„Rodzice mają pretensje, że wyjechałam do USA, by spełnić marzenia. Uważają, że ich zostawiłam na starość”
„Mąż kazał mi rzucić swoją pasję. Uważał, że większość czasu powinnam poświęcać jemu, a moje hobby to jakaś fanaberia”
„Po śmierci taty, mama nie chciała już być domową służącą. Byłam oburzona, że rozwija pasje, zamiast bawić wnuki”