Przepis na miłość fot. Panthermedia

Przepis na miłość

Natura poskąpiła mi talentów kulinarnych, ale za to jestem ambitną optymistką. Postanowiłam więc uwieść Jacka… własnoręcznie upieczonym ciastem.
/ 14.10.2011 08:00
Przepis na miłość fot. Panthermedia
Była druga połowa sierpnia zeszłego roku, zbliżały się moje imieniny… Dowiedziałam się, że zgodnie z firmową tradycją każdy solenizant podejmuje współpracowników pysznym ciastem i kawą. Pracowałam dopiero od niedawna, ale chciałam podporządkować się obowiązującym zwyczajom. Mogłam kupić gotowe ciasto, jednak postawiłam sobie za punkt honoru, że własnoręcznie je upiekę. Skąd taka ambicja? Za chwilę wyjaśnię.
Kompletnie nie mam talentu do pichcenia. Potrafię przygotować świetne kanapki z żółtym serem i wędliną, na tym jednak moje umiejętności się kończą.
No, może jeszcze herbatę dobrą parzę, ale to chyba się nie liczy?
Nie powinnam więc w ogóle zabierać się za pieczenie, w końcu są też inne sposoby dotarcia do serca mężczyzny, niekoniecznie przez żołądek. Jednak ta jedna droga była mi znana, więc niewiele myśląc, zakupiłam potrzebne produkty oraz blachy w różnych kształtach i rozmiarach (nie wiedziałam jeszcze, na co się zdecyduję). Ludzie trochę dziwnie na mnie spoglądali, gdy wychodziłam ze sklepu z czterema brzęczącymi blachami pod pachą, ale co tam! Ja byłam z siebie dumna, ponieważ zrobiłam właśnie pierwszy i prawdopodobnie najważniejszy krok w kierunku własnego rozwoju; pośrednio także w kierunku zaimponowania Jackowi. To był mój cel!
„Chcieć, to móc” – przekonywałam samą siebie w myślach. Najgorsze jednak było dopiero przede mną.
Zdecydowałam się upiec sernik, ponieważ po przestudiowaniu licznych karteczek z przepisami tudzież kilkudziesięciu stron książki kucharskiej, ten właśnie wydał mi się najłatwiejszy.
Poza tym na obrazku ciasto wyglądało bardzo efektownie, a na efekcie końcowym bardzo mi przecież zależało. Co prawda, „ostatecznym” efektem końcowym miało być zdobycie serca mężczyzny, ale to w porównaniu z pieczeniem czy gotowaniem wydawało mi się dziecinnie proste. Byle najpierw ów delikwent (czyli przystojny Jacuś) skosztował specjałów mojej kuchni.
To dziewczyny podpuściły mnie, abym wreszcie zademonstrowała, co potrafię. Gdyby znały prawdę o moich talentach, nie upierałyby się tak bardzo…
Żałowałam, że sezon na truskawki już się skończył, najłatwiej byłoby kupić gotowy biszkopt i zrobić go z galaretką
z truskawkami. Tak mi się przynajmniej wydawało. Moja mama nie wyposażyła mnie w stosowne umiejętności w tej dziedzinie, nad czym bardzo ubolewam. Ponieważ jednak na naukę nigdy nie jest za późno, postanowiłam zaryzykować.
Postępowałam zgodnie z przepisem. Nieco trudu sprawiło mi odmierzenie potrzebnych ilości poszczególnych produktów, jednak sobie poradziłam.
Kiedy wszystko udało mi się wreszcie odmierzyć, wymieszać i zmiksować, przeżyłam malutką chwilę wahania – przez jeden moment pomyślałam, że ciasto jest może zbyt płynne… Zaraz tej myśli się pozbyłam. Zbyt byłam pochłonięta słodką wizją Jacka konsumującego mój sernik wiedeński. Nic nie mogło mnie od tego wyobrażenia oderwać!
Po godzinie spędzonej w nagrzanym piekarniku sernik pływał tak samo jak przed pieczeniem, zmienił jedynie odcień na odrobinę bardziej żółty.

Uznałam, że w przepisie coś pomylili, więc pełna nadziei zwiększyłam temperaturę, żeby się szybciej upiekł.
Jak na złość nie chciał! Po kolejnej godzinie pogratulowałam sobie, że zdecydowałam się najpierw na wypiek próbny. Z piekarnika wydobywały się kłęby dymu, a swąd spalenizny rozchodził się pewnie nawet na korytarz!
Byłam załamana. Kulinarny debiut okazał się niewypałem! W dodatku moja śliczna kuchenka wyglądała, jakby przeszło przez nią tornado. Od razu otworzyłam okno i zabrałam się za sprzątanie. Dopiero wtedy odkryłam, że nie dodałam do ciasta mąki. Hmm.
Czy mówiłam, że z natury jestem optymistką? Natychmiast pocieszyłam się więc, że prawdopodobnie posiadam szereg innych nieodkrytych jeszcze talentów, więc brak tego jednego nie powinien mnie martwić. Prawie udało mi się przekonać samą siebie…
Zawartość blachy w stanie półpłynnym i w kolorze czarno-brązowym miała pierwotnie wylądować w kuble na śmieci. Niestety, stało się inaczej, ponieważ zahaczyłam blachą o drzwiczki szafki i gęsta ciecz rozbryzgała się na kuchennych kafelkach, na meblach i na mnie.
Miałam ochotę zawyć z rozpaczy. Nie zrobiłam tego tylko dlatego, że usłyszałam dzwonek do drzwi. Zamknęłam więc za sobą drzwi od kuchni i pobiegłam na korytarz, o mało nie tracąc równowagi na śliskiej podłodze. Gdy wyjrzałam przez wizjer, prawie padłam trupem.
Pomyślałam jednak, że może mi się przywidziało albo że wizjer zniekształca obraz, upodabniając wszystkich mężczyzn do Jacka. Albo że tak działała moja zakochana wyobraźnia.
Bo niby dlaczego Jacek miałby mnie odwiedzać, skoro nigdy przedtem tego nie robił? I skąd znałby mój adres? Nie, to na pewno nie on!
Nieco uspokojona otworzyłam drzwi. Za nimi stał Jacek we własnej osobie.
– Nie przeszkadzam? – zapytał, widząc zdumienie w moich oczach. – Przepraszam, malujesz?
Jeśli przedtem moje oczy były wielkości spodków, to teraz miały one z pewnością wielkość młyńskich kół… Dopiero wtedy zobaczyłam, że od góry do dołu, a właściwie od dołu do góry jestem pochlapana nieszczęsnym ciastem sernikowym. Rzeczywiście mogło to przypominać farbę.
– E, nie – machnęłam rękę. – Po prostu… sprzątam – wyjaśniłam.
Ocknęłam się na tyle, żeby zaprosić gościa do środka. W przelocie pomyślałam, że być może droga do serca mężczyzny nie zawsze wiedzie przez żołądek.
Szybko kopnęłam drzwi od kuchni, żeby Jacek przypadkiem nie zobaczył, jak zakończyły się moje próby kulinarne. Niestety, byłam zmuszona się przyznać. Jacek przyszedł bowiem właśnie w tej sprawie.
– Wpadłem na pomysł, że skoro razem obchodzimy imieniny, może byłoby dobrze się dogadać i wyprawić je wspólnie? Jeśli chodzi o kuchnię, to ja mam dwie lewe ręce, potrafię tylko zrobić herbatę i płatki z mlekiem. O ile wiem, kobiety są pod tym względem bardziej utalentowane – spojrzał na mnie z nadzieją.
No i co miałam zrobić?
Najpierw zdziwiłam się, że Jacek obchodzi imieniny w tym dniu, co ja. Potem uznałam to za zrządzenie losu, które na pewno coś znaczy. A jeszcze później dostałam takiego ataku śmiechu, że mój przystojny kolega dłuższą chwilę przyglądał mi się z bardzo dziwnym wyrazem twarzy.
Wyjaśniłam więc, że to, co wziął za resztki farby, to nic innego jak niedoszły sernik i że nie ma co liczyć na mnie w kwestii wypieków domowych. Dodałam szybko, że mam za to różne inne przymioty, a ciasto zawsze można przecież kupić w cukierni.
Dopiero po jakimś miesiącu Jacek przyznał mi się, że imieniny były jedynie pretekstem do zawarcia bliższej znajomości ze mną, bo w pracy jakoś nigdy nie miał odwagi zagadać. No więc ja też się przyznałam, że właśnie jemu chciałam zaimponować swoimi zdolnościami kulinarnymi. Może dobrze, że nie musiał próbować efektów moich działań…
Kiedy już się wyśmialiśmy, ustaliliśmy menu (kupne!) na nasze imieniny. Rzeczywiście obchodziliśmy je wspólnie,
17 sierpnia. Było super!
A od czerwca tego roku robimy wspólnie dużo więcej rzeczy, bo jesteśmy już małżeństwem. Nawet nabrałam trochę wprawy w gotowaniu i pieczeniu.