Kobieta w sukni ślubnej fot. Adobe Stock

Przeklęta suknia ślubna. Ta historia mrozi krew w żyłach! Z życia wzięte

W tym roku obchodzimy z Michałem dziesiątą rocznicę ślubu. To było dziesięć wspaniałych, szczęśliwych lat. Wiele razy zastanawiałam się, czy byłyby takie, gdybym nie zdjęła tej sukni. Swoją drogą, ciekawa jestem, co się z nią stało.
/ 23.05.2018 16:08
Kobieta w sukni ślubnej fot. Adobe Stock

„Ciekawe, co się z nią stało? Mama twierdzi, że nic na ten temat nie wie…” Historia z życia wzięta nadesłana przez Annę.

W mojej rodzinie kobiety nie wychodziły wcześnie za mąż. Mama miała 28, babcia, jak na owe czasy, była wręcz starą panną. Dziadek zawsze się śmiał, że uratował ją od staropanieństwa w ostatniej chwili, bo gdyby nie on, to amatora na dwudziestodziewięciolatkę niełatwo byłoby znaleźć. Ja też się nie spieszyłam do zamążpójścia. Od dwóch lat mieszkaliśmy z Michałem, ale ciągle odkładaliśmy zalegalizowanie związku.

„Mało brakowało, a zniszczyłabym ten związek”

– Ania, Ania – kręciła głową mama – takie życie na kocią łapę to żadna stabilizacja. Nie czas pomyśleć o ślubie?
Właściwie to nawet już się zdecydowaliśmy, ale wtedy umarła moja babcia i znowu sprawa się odwlekła. Musiałam pomóc mamie uporządkować mieszkanie po babci. Trudno było nam się do tego zabrać, ale trzeba było to zrobić. Mieszkanie było zapisane na mnie, więc to ja powinnam je posprzątać i pozbyć się wszystkich niepotrzebnych szpargałów. Ale mama miała sentymentalny stosunek do niektórych pamiątek, więc chciałam, by to ona zdecydowała, co z nimi zrobić.

Przeklęta suknie znaleziona w pudle babci

Przeglądanie wszystkiego zajmowało nam masę czasu, ale za to spędzałyśmy go razem. Minął prawie tydzień i został nam tylko pawlacz.
– Co ta babcia tam trzymała – zapytałam, wchodząc na drabinkę. – Przecież od lat tu pewnie nie zaglądała.
– No jakoś nie wyobrażam sobie, żeby mogła się tam wdrapać – zgodziła się mama.
– Podawaj mi wszystko po kolei – dyrygowała. – Ja będę to przenosić do pokoju i potem razem wszystko przejrzymy.
– Za dużo się nie nanosisz – zaśmiałam się. – Tu jest tylko jedno pudło.
Podałam mamie spory karton i szybko zeszłam na dół.
– Co to może być? – nie mogłam doczekać się rozpakowania tajemniczego pudełka.
– Pewnie jakieś babcine skarby – zażartowała mama.
Już nigdy nie odezwała się do swojej siostry, zniknęła
Po zdjęciu pokrywy okazało się, że w środku jest coś zapakowanego starannie w białe płótno. Rozwinęłam je delikatnie i wtedy mama aż krzyknęła.
– O Boże, po co ona to trzymała? – zakryła twarz dłońmi. – To ta przeklęta suknia!
Nic z tego nie rozumiałam.
– Dlaczego przeklęta? – zapytałam. – Jest piękna.
– To długa historia – zaczęła.
– Mamy czas – wzięłam mamę za rękę.
– Zrobię herbatę i wszystko mi opowiesz.

Niezwykła historia sukni ślubnej

Kiedy wracałam z dzbankiem świeżo zaparzonej herbaty, zobaczyłam, że mama ciągle wpatruje się w starą koronkową suknię.
– To się zaczęło prawie sto lat temu – zaczęła mama. – Wtedy nasza rodzina mieszkała jeszcze na Kresach, w niewielkiej miejscowości niedaleko Wilna. Mama twojej babci, Anastazja, miała starszą o dwa lata siostrę Jadwigę. Obie bardzo się kochały. Niestety, do czasu. Kiedy Jadwiga zaręczyła się z przystojnym oficerem, w Anastazji zaczęło kiełkować uczucie zazdrości. Konstanty był przystojny, bogaty i doskonale wyglądał w oficerskim mundurze. Anastazja nieraz robiła do niego słodkie oczy, ale on traktował ją jak siostrę. Przygotowania do ślubu i wesela zaczęły się już jesienią, chociaż uroczystość była planowana dopiero na wiosnę. Ślubną suknię uszyto w najlepszej wileńskiej pracowni krawieckiej. Była gotowa już na początku stycznia. Do ślubu było jeszcze kilka miesięcy i wtedy Jadzia poważnie zachorowała. Po wyzdrowieniu została wysłana do Szwajcarii na rekonwalescencję. I wtedy przy stęsknionym narzeczonym zakręciła się Anastazja. Jak się szybko okazało – bardzo skutecznie. Kiedy Jadwiga wróciła z sanatorium, dowiedziała się, że Konstanty jest związany z jej siostrą. Zdradzona przez siostrę i ukochanego popadła w rozpacz. Potem, ku powszechnemu zdziwieniu, zaproponowała Anastazji, żeby sobie wzięła jej ślubną suknię, bo ona już jej nie chce.

Zanim dojechali do kościoła w tyle orszaku powstało jakieś zamieszanie. Okazało się, że to jeden z koni potknął się, i padając, złamał nogę.

Zanim doszło do ślubu Anastazji, Jadwiga przyjęła oświadczyny znanego wileńskiego jubilera i szybko wyszła za mąż. Podobno oboje wyjechali potem do Ameryki i wszelki słuch o nich zaginął. Jadwiga nigdy już nie odezwała się do swojej siostry.
Anastazja początkowo nie chciała brać ślubu w sukni, która była uszyta dla Jadwigi, ale ostatecznie uznała, że nie ma co się boczyć, bo suknia jest zbyt piękna, żeby z niej zrezygnować.
Ślubny orszak składał się z kilkunastu dorożek. Wyglądał wspaniale. Zanim dojechali do kościoła w tyle orszaku powstało jakieś zamieszanie. Okazało się, że to jeden z koni potknął się, i padając, złamał nogę.
– To zły znak – mówiły starsze kobiety, które widziały całe zdarzenie.
Anastazji o niczym nie powiedziano.

Nieszczęście po ślubie

Ślub, a potem wesele odbyły się bez kolejnych niespodzianek. Konstanty i Anastazja byli ze sobą bardzo szczęśliwi. Po roku urodziła się im córeczka. Nazwali ją Wanda. To twoja babcia. Niestety, los spłatał im okrutnego figla. Konstanty zginął podczas manewrów wojskowych. Anastazja została sama z dzieckiem. Los jej nie oszczędzał. W tym samym roku zmarli jej rodzice. Musiała więc podjąć pracę, żeby utrzymać małą Wandzię i siebie. Nie wyszła drugi raz za mąż. Często zastanawiała się, dlaczego los ją tak ciężko doświadcza. I chyba w poszukiwaniu tej przyczyny uznała, że to wszystko przez tę ślubną suknię, którą razem z narzeczonym odebrała siostrze. Nie wiadomo, ile w tym było prawdy, a ile konfabulacji podyktowanej wyrzutami sumienia. Anastazja tak przywiązała się do tej myśli, że uznała to w końcu za niepodważalną prawdę i często powtarzała tę historię dorastającej córce. Wanda grzecznie słuchała, ale uważała to za bajdy. Kiedy wychodziła za mąż, chciała wziąć ślub w feralnej sukni. Jadwiga stanowczo jej zabroniła, twierdząc, że to przeklęta suknia, i że przyniesie jej nieszczęście.
Ostatecznie babcia Wanda poszła do ślubu w innej sukni.
– Suknia przeleżała w kufrze przez wiele następnych lat – ciągnęła opowieść mama. – Wanda miała naprawdę szczęśliwe życie. Jej mama często powtarzała, że to dlatego, że zrezygnowała z przeklętej sukni ślubnej. Jako dziecko wiele razy słyszałam tę historię i koniecznie chciałam tę sukienkę zobaczyć. Niestety, z wiekiem moja babcia coraz bardziej dziwaczała i przywiązywała coraz większą wagę do domniemanej klątwy. O pokazaniu sukni nawet nie chciała słyszeć.
Nie wiem, czy ta mroczna historia tak mnie tak fascynowała, czy tylko ciekawość sprawiła, że za wszelką cenę chciałam tę suknię znaleźć. Kiedy zmarła babcia Anastazja, znalazłyśmy ją z babcią Wandzią w starym kufrze na strychu. Wydała mi się niezwykła, zaczarowana. Postanowiłam włożyć ją do ślubu. Babcia nie była tym zachwycona.
– Zrobisz, jak zechcesz, ale nie boisz się klątwy, o której tak barwnie opowiadała babcia Anastazja – zapytała. – Może coś w tym jest i nie warto ryzykować – dodała niepewnie.

Przez całe życie borykała się z trudnościami

Ostatecznie postawiłam na swoim. Wyglądałam w tej sukni bajecznie. Niestety, szybko zaczęłam wierzyć w jej fatalną moc. Jak wiesz, rok po twoim urodzeniu, tata dostał wylewu krwi do mózgu. Nigdy już nie odzyskał pełnej sprawności. Przez całe życie musiałam borykać się sama ze wszystkimi trudnościami i jeszcze opiekować się niepełnosprawnym mężem. Kiedy było mi bardzo ciężko i zadawałam sobie pytanie: „dlaczego mnie to spotyka”, zawsze wyobraźnia podsuwała mi na myśl moją ślubną suknię. Przypominałam sobie też wtedy, że zlekceważyłam zły znak. Kiedy jechaliśmy do ślubu, pod samochód świadków wpadł kot. Wtedy nikt nie przywiązywał do tego wagi, ale po latach byłam pewna, że to był zły omen.
– Wyrzućmy tę suknię – powiedziała mama, gdy skończyła swoją opowieść.
– Niech już nikomu nie przynosi pecha.
– Mamo – wzięłam ja delikatnie za rękę.
– Naprawdę w to wierzysz?
– Sama nie wiem – powiedziała niepewnie.
– Schowamy ją – powiedziałam ugodowo. – Potem zastanowimy się, co z nią zrobić.

Miałam poświęcić swoje szczęście dla zwykłego widzimisię córki?!

Pożegnałam się z mamą, bo byłam umówiona na plotki z moją najlepszą przyjaciółką, Jolką. Mieszkała niedaleko.
– Czy ty kiedyś przyjdziesz punktualnie – zapytała Jola, pogryzając słone paluszki.
– Daj spokój – powiedziałam, zdejmując płaszcz. – Jak ci coś opowiem, to padniesz.
– Spotkałaś w babci mieszkaniu ducha – powiedziała, udając przerażenie.
– Ducha nie… – zaczęłam opowiadać historię ślubnej sukni obłożonej klątwą.
– Nie mów, że wierzysz w to, że ta suknia przynosi nieszczęście – kręciła z powątpiewaniem głową.
– Nie wierzę! Mało tego, zamierzam iść w niej do ślubu – zaskoczyłam przyjaciółkę. – Na razie nic mamie nie mówię, ale już podjęłam decyzję.
– Chce ci się ubierać w jakiś staroć? – skrzywiła się Jola.
– Jak ją zobaczysz, sama zrozumiesz – powiedziałam. – Możemy to zrobić nawet teraz.

Zdecydowałam się wziąć ślub w sukni prababci

Jolce spodobał się pomysł, a suknia ją oczarowała. Decyzja zapadła. Mama starała się mnie odwieźć od tego pomysłu wszelkimi argumentami, mniej i bardziej racjonalnymi, ale ja się uparłam.
– Obiecaj jednak – poprosiła – że jak pojawi się jakiś zły znak, to zrezygnujesz.
– Dobrze – zgodziłam się.
Odświeżona w pralni suknia prezentowała się wspaniale. Michał aż jęknął z zachwytu, kiedy mnie w niej zobaczył. On też wyglądał jak z żurnala. Mieszkaliśmy przy kościele, więc podziwiali nas wszyscy sąsiedzi. Nawet niektórzy przypadkowi przechodnie zatrzymywali się, widząc pieszy ślubny orszak. By wejść do kościoła, musieliśmy pokonać kilkadziesiąt schodów. Byliśmy już prawie u ich szczytu, kiedy z muru nad wejściem oderwał się spory kawał elewacji i roztrzaskał się tuż pod naszymi nogami. Mimo całego racjonalizmu wiedziałam, że to ten zły znak…
– Poczekaj chwilę – szepnęłam do Michała. – Zaraz wracam.

Nie zwracając uwagi na zdumionych gości, chwyciłam Jolkę za rękę i pociągnęłam w stronę domu. Musiała pomóc mi się przebrać. Może to paranoja, ale przestraszyłam się, że coś w tych opowieściach może być prawdą. Nie chciałam tego na sobie sprawdzać. I tak zamiast w babcinej sukni, wzięłam ślub w sukience, którą miałam założyć po oczepinach.
W tym roku obchodzimy z Michałem dziesiątą rocznicę ślubu. To było dziesięć wspaniałych, szczęśliwych lat. Wiele razy zastanawiałam się, czy byłyby takie, gdybym nie zdjęła tej sukni. Swoją drogą, ciekawa jestem, co się z nią stało. Mama twierdzi, że nic na ten temat nie wie.

Polecamy! Mam 36 lat i apetyt na miłość. Czy to grzech, że założyłam konto na portalu randkowym?Więcej prawdziwych historii w rubryce „Z życia wzięte” na Polki.pl