„Miałam wyjść za mąż za przystojnego Włocha i żyć jak w bajce. Szybko się okazało, że to naród mizoginów i seksistów!”

Związek z obcokrajowcem fot. Adobe Stock
Kocham Włochy, jestem zafascynowana ich sztuką, zabytkami, kuchnią... Ale już wiem, że ich kulturą nie ma co się ślepo zachwycać.
/ 16.12.2020 06:57
Związek z obcokrajowcem fot. Adobe Stock

Kiedy zaczynałam się uczyć włoskiego, sądziłam, że robię to raczej z miłości do melodii tego języka, bo w życiu mi się on nie przyda. Na wakacje we Włoszech nie było mnie stać, a w naszym miasteczku cudzoziemcy trafiali się rzadko. Jednak czasami życie przypomina film i pewnego dnia przybłąkał się do nas obcokrajowiec, który zgubił drogę.

Mario zawrócił mi w głowie

Jego GPS zwariował, bo dookoła wszystko było rozkopane, jak to w naszym kraju. Gmina starała się wydać przed końcem roku pieniądze z budżetu i robiła remonty, gdzie popadnie.
Mario trafił do mojej koleżanki z podstawówki, Moniki, która prowadziła sklep na rynku. Ona ani be, ani me w obcym języku, on na migi usiłował jej wyjaśnić, o co mu chodzi. W końcu po upewnieniu się, że ma do czynienia z „Italiano”, Monika wysłała swojego brata po mnie.

Mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać, że jestem potrzebna do tłumaczenia. Każda możliwość pogadania w moim ulubionym języku była dla mnie na wagę złota. Poleciałam więc tak, jak stałam, w domowym rozciągniętym swetrze, sądząc, że zobaczę włoską rodzinę w camperze podróżującą z trójką dzieci. A zobaczyłam Mario… Przystojnego, wysokiego Włocha z północy. Ucieleśnienie marzeń każdej kobiety. Nic dziwnego, że na jego widok zapomniałam języka w gębie i omal nie wyszłam na idiotkę. W końcu mu jakoś wyjaśniłam, jak ma jechać mimo, że myślałam stale tylko o jednym: co on sobie o mnie pomyśli, widząc mnie w tym starym swetrze!

Ale Mario widział tylko moje rozwiane blond włosy, zarumienione policzki i oczy błękitne jak jego ojczyste niebo. I najwyraźniej go to zachwyciło, bo tydzień późnej znowu przyjechał do naszego miasteczka, tym razem celowo. Aby zaprosić mnie na espresso. W poszukiwaniu tej dobrej kawy przejechaliśmy potem kilkadziesiąt kilometrów, podczas których cały czas bałam się, że na coś wpadniemy, bo Mario gapił się stale na mnie, zamiast na drogę.

– Trafiony, zatopiony! – skomentowała to potem moja siostra, kiedy zaczął u nas bywać coraz częściej, za każdym razem szarmancko przywożąc kwiaty. Dla mnie, dla mamy, dla niej… Byłam oszołomiona tymi hołdami, które tak nagle na mnie spadły. Nie dość, że wreszcie ćwiczyłam język z prawdziwym „native speakerem”, to jeszcze był we mnie szalenie zakochany i chciał spędzać ze mną każdą chwilę.

Okazało się, że Mario jest szefem polskiej filii jednej ze znanych włoskich firm produkujących walizki i torby. Mieli siedzibę w Krakowie, prawie sto kilometrów od mojego domu i w końcu mój Włoch zaczął proponować nieśmiało, abym się przeprowadziła do miasta, bo chciałby mieć mnie bliżej siebie.

Nasz związek toczył się szybko

Zawahałam się, bo uważałam, że jest jeszcze za wcześnie, abyśmy zamieszkali razem. Wprawdzie namiętność Maria znalazła już ujście i kochaliśmy się, ale co innego pójść z ukochanym do łóżka, a co innego od razu dzielić z nim życie. Na szczęście mój Włoch to zrozumiał i nie tylko znalazł dla mnie w Krakowie pracę, ale i wynajął mi kawalerkę. To wszystko jest zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe! – myślałam wtedy. Moje życie nagle zamieniło się w prawdziwe dolce vita.

Mijały miesiące i nasza miłość kwitła. Wreszcie zamieszkaliśmy razem, a mój ukochany poprosił mnie o rękę. Moja rodzina z tego powodu była szczęśliwa, koleżanki skręcało z zazdrości, a ja... Powinnam skakać z radości, tymczasem dopadły mnie wątpliwości. Idiotko, to tylko stres przedślubny! – tłumaczyłam sobie, załatwiając kolejne weselne sprawy. Zaproszenia na papierze o aksamitnej fakturze były tylko jedną z tysiąca, które miałam na głowie. Ślub miał się odbyć we Włoszech, bo Mario inaczej sobie tego nie wyobrażał.
– Mam większą rodzinę – powtarzał.

Moja także jest niemała, a przede wszystkim dużo biedniejsza od tej włoskiej i zdawałam sobie sprawę, że wielu krewnych nie będzie stać na podróż do Italii. Ale ustąpiłam ukochanemu. Na kilka miesięcy przed ślubem, w czasie Bożego Narodzenia, pojechaliśmy odwiedzić rodzinę Mario. Miałam poznać jego rodziców i najbliższych krewnych. Domyślałam się, że mogą być przeciwni naszemu małżeństwu, w końcu Mario, jak na Włocha przystało, był zaręczony od małego ze swoją daleką kuzynką. A teraz, kiedy wybrał jakąś biedną Polkę, tamtej dziewczynie groziło staropanieństwo! Zyskała bowiem łatkę porzuconej.

Jego rodzina zupełnie mnie zaskoczyła

Nic dziwnego, że wśród bliskich mojego ukochanego wrzało i pewnie próbowali odwieść go od jego ekstrawaganckiego pomysłu poślubienia cudzoziemki. Co innego moja rodzina – oni byli zachwyceni, że wychodzę za obcokrajowca, nawet jeśli nie potrafili się z nim porozumieć. Kiedy pojechałam z Mario do Włoch, byłam zaskoczona. Niby wiem, że północ od południa różni się jak słońce od księżyca, ale mimo wszystko inaczej wyobrażałam sobie jego rodzinę. Stereotyp to pulchna mamma i wiecznie rozkrzyczana czereda krewnych. Wszyscy razem gotują, razem jedzą i jest ogólny rozgardiasz.

Rodzina Mario należała do starego włoskiego rodu i mieszkała w wielkiej willi w pięknym ogrodzie. Był zimą nieco opustoszały, ale brak bujnej roślinności wynagradzały bogate świąteczne dekoracje – girlandy, wieńce, figurki świętego Mikołaja. A przy wejściu do domu stała nawet autentyczna szopka z postaciami prawie naturalnej wielkości! Byłam pod wrażeniem. I kiedy patrzyłam na te zdobienia i szlachetnie zmurszałe kamienie myślałam sobie, jak inny jest ten świat od mojego.

Wysoka, szczupła matka Mario na co drugim palcu miała złoty pierścionek i odzywała się rzadko, bo też i rzadko wyjmowała z buzi papierosa w długiej fifce. Ojciec, równie przystojny jak mój ukochany, także zdawał się być zajęty własnymi sprawami i nie poświęcał nikomu za wiele czasu.

Poznałam całą rodzinę, bo jak mawiają Włosi: „spędzaj Boże Narodzenie z rodziną, a Wielkanoc z kim chcesz!” Tradycja nakazuje zjednoczenie się przy stole, ale czułam się trochę jak piąte koło u wozu.

Nie zawsze rozumiałam, co mówią, a nikt nie dbał o to, aby mi wszystko powtórzyć. Chłonęłam więc włoskie zwyczaje i myślałam sobie, że jakoś wytrwam. Na wigilijną wieczerzę we Włoszech szykuje się 13 potraw, a więc o jedną więcej niż u nas. Są postne i zrobione głównie z ryb i makaronu, w domu mojego narzeczonego podano faszerowane tortellini. Na deser wjechało na stół słynne ciasto panettone. Ucieszyłam się z tego, bo zawsze miałam ochotę posmakować tego specjału z dodatkiem czekolady i likieru. Ale chyba bardziej przypadło mi do gustu pan speziale, taki odpowiednik naszego piernika, z miodem i bakaliami.

Mimo że dostałam bożonarodzeniowy prezent, roczną prenumeratę włoskiego „Vogue’a”, czułam się w rodzinie Mario wyobcowana. Niby nic mi nie zrobili, nie spotkał mnie żaden afront, a byłam jakby nie na miejscu. Nie tak ubrana, nie tak wychowana, inna… Słuchali, co do nich mówię, ale jakoś nie brali moich słów na poważnie, jakby moje zdanie kompletnie się nie liczyło! To wrażenie pogłębiło się jeszcze, kiedy na cztery miesiące przed ślubem Mario dostał przeniesienie do Rzymu.

Było to dla mnie zaskoczeniem, bo dotychczas nic mi na ten temat nie mówił. Sądziłam, że po zaślubinach we Włoszech nadal będziemy mieszkali w Krakowie, a tutaj taka niespodzianka! No cóż, nie byłam przeciwna emigracji, Włochy to przecież piękny kraj, a w dobie tanich lotów i szybkich samochodów wcale nie jest położony tak daleko od Polski.

No i Rzym to przecież miasto-marzenie! Dlaczego więc nie skakałam do góry z radości? Bo ze mną tego wcześniej nie ustalił, tylko postawił mnie przed faktem dokonanym. Mimo to wyjechałam z narzeczonym do Italii.

Byłam za biedna na Włoszkę

W Rzymie, jak się okazało, Mario miał własne mieszkanie. Położone tuż przy Hiszpańskich Schodach, równie piękne, co willa jego rodziców, z sufitami malowanymi w scenki rodzajowe, zabytkową stolarką i klatką schodową w marmurach. Miała tak monumentalny hol, że wchodziło się do niej niczym do kościoła.

Kiedyś szłam po schodach na górę, rozmawiając przez komórkę z mamą i minęłam się z naszą sąsiadką, starszą dystyngowaną panią w jedwabiach. Zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów, a potem podsłuchałam, jak pyta Mario, czy jego nowa polska służąca mogłaby przyjść do niej i umyć okna, bo jej gosposia jest zbyt stara i już nie daje rady. Była szczerze zdumiona, gdy mój Włoch wyjaśnił jej, że jestem jego narzeczoną!

Ja się nigdy nie dostosuję, nigdy nie będę tutaj pasowała… – popadałam w coraz większą depresję. Mario, w przeciwieństwie do południowych Włochów, których ci z północy uważają nieledwie za barbarzyńców, nigdy nie był specjalne wylewny. Nie okazywał mi swoich uczuć przytuleniem lub pocałunkami, wyrażając je raczej za pomocą prezentów lub zabierania mnie do drogich restauracji. Pochodzę z rodziny, w której wszyscy okazujemy sobie miłość na wiele sposobów i zaczynało mi brakować serdeczności i ciepła.

Zastanawiałam się też, co będę robiła w obcym dla mnie kraju, bo chociaż Mario nie oponował, kiedy zaczęłam szukać pracy, to dał mi do zrozumienia, że chce, abym po ślubie została w domu.
– Inaczej ucierpi mój prestiż! – usłyszałam. – Nie chcę, aby ludzie wzięli mnie na języki twierdząc, że nie potrafię utrzymać własnej żony, która musi chodzić do pracy i spotykać się tam z mężczyznami!

Bo we Włoszech najważniejsze jest zachowanie pozorów. Wszyscy wolą raczej kłamać i oszukiwać, niż przyznać się, że na przykład w tym roku nie stać ich na wyjazd na wakacje. Nierzadkie są przypadki, że latem zamykają się na tydzień-dwa w swoich domach, przesłaniają okna szczelnymi okiennicami i tak siedzą, udając przed sąsiadami, że… wyjechali!

A jak wakacje, to tylko w Portofino, luksusowym kurorcie, do którego musi wpaść chociażby na kilka dni każdy członek włoskiej śmietanki towarzyskiej. Mnie wydawało się to dziwaczne, a Mario z kolei nie rozumiał mojej fascynacji sztuką, moich zachwytów nad rzeźbami i obrazami. Kazał mi się przestać zachowywać jak turystka.

Czasami biegając po mieście, nie zwracałam uwagi na to, co mam na sobie. Wystarczyła mi zwyczajna kurtka, czy sweter, tymczasem mój narzeczony wolałby umrzeć, niż się pokazać na ulicy w „nieodpowiednim” stroju. Wszystko musiał mieć markowe i z najnowszych kolekcji. Z dyskretnym logo, ale widocznym na tyle, aby każdy jego rozmówca wiedział, z jakim mężczyzną ma do czynienia.

Eleganckim, bogatym, na poziomie. Najpierw mnie to bawiło, a potem irytowało, kiedy machał ludziom przed nosem swoimi okularami przeciwsłonecznymi w taki sposób, aby zauważyli, jakiej są marki. Ja uważam, że to czyste szaleństwo płacić za nie tyle pieniędzy.

Włosi to zupełni seksiści!

Maria z początku śmieszyły moje poglądy, bo uważał, że nic nie wiem o świecie i on mnie „wychowa” po swojemu. A kiedy zaczęłam mu się przeciwstawiać, mając jednak swoje zdanie, zauważyłam w jego oczach niebezpieczne błyski. Zaczynałam przeczuwać, że moje małżeństwo będzie pewną odmianą niewoli. I wcale mi się to nie podobało.

A pewnego dnia zdałam sobie sprawę do końca, jak będzie wyglądało moje życie we włoskiej rodzinie. Spotkałam na schodach swojego przyszłego teścia. Byłam pewna, że idzie do nas na kawę i nieco zdziwiłam się w duchu, że nic o tym nie wiem, że się nie zapowiedział. Tym bardziej, że musiał wiedzieć, iż jego syn o tej porze jest w pracy.

Chce o czymś pogadać tylko ze mną? – przebiegło mi przez głowę. Jakież było moje zdziwienie, kiedy ojciec Mario tylko zdawkowo odpowiedział na moje pozdrowienie, po czym… wszedł w zupełnie inne drzwi! Wiedziałam, kto tam mieszka. Bardzo piękna Włoszka, tylko nieco starsza ode mnie. Nie wiedziałam, co o tym sądzić i czy powinnam spytać o to Mario, ale przy kolacji w końcu się zdecydowałam. I wtedy dowiedziałam się, że to „przyjaciółka” jego ojca.

– Przyjaciółka? Masz na myśli, kochanka? – wykrzyknęłam. Mój przyszły mąż się lekko skrzywił, że jestem tak „ordynarnie dosłowna”, a potem… przytaknął! A więc mój przyszły teść miał kochankę w tym samym domu, w którym mieszkał jego syn! I opłacał jej luksusowe mieszkanie. Była to kochanka „oficjalna”, o której wszyscy wiedzieli, ale milczeli. Jakie to było typowe dla Włochów! Z jednej strony uważają oni rodzinę za świętość, a z drugiej mąż – pan i władca – ma prawo w miarę dyskretnie załatwiać swoje potrzeby poza domem. I żona się na to zgadza, byleby pozostać żoną.

Ciekawa byłam, czy w tym mieszkaniu kochanki się zmieniają w zależności od widzimisię ojca. Z niewyraźnych odpowiedzi Mario wywnioskowałam, że… Owszem, tak! Może niezbyt często, ale w ciągu ostatnich kilku lat mieszkały tam trzy różne panie.
– No to pięknie! A twoja kochanka gdzie będzie mieszkać, dla odmiany? Obok pałacyku twoich rodziców? – zapytałam złośliwie narzeczonego, zniesmaczona do granic możliwości.

Tyle się nasłuchałam od Mario o Polsce, jak my się nie znamy na tym, czy na owym. W szczególności na dobrym jedzeniu. A tymczasem „wyższy stopień cywilizacji” mojego ukochanego okazał się zwykłym dnem! Jakoś odechciało mi się nagle tego całego włoskiego dolce vita i ich zwyczajów. Poczułam, że nie będę potrafiła się do nich dostosować i żyć wbrew sobie. Ku ogromnemu zdumieniu Mario zerwałam zaręczyny i wyprowadziłam się.

Ale nie wróciłam od razu do kraju. Zamieszkałam na jakiś czas z Polką, którą poznałam podczas zwiedzania Muzeum Watykańskiego. Julia przyjechała do Włoch, mając niewielkie stypendium. Dlatego jednocześnie zwiedzała i pracowała w restauracji jako kelnerka.

Wiedziała tyle o tym kraju, że była moim najlepszym przewodnikiem, i dowiedziałam się od niej sto razy więcej niż od Mario! W dodatku jej skromny pokoik, spokojny i czysty, wydał mi się prawdziwą oazą. Nikt mnie w nim bowiem nie pouczał, co i jak mam robić, nikt nie planował mi życia w roli uzależnionej od męża żony. Mogłam do woli smakować Włochy, wdychać ich zapach i czuć klimat.

I znowu zaczynały mi się podobać. – Kultura włoska, sztuka, kuchnia – tak! Jednak Włosi nie! – śmiałam się. Ale moja przykra przygoda z Mario nie zakończyła się w taki prosty sposób, o nie! Czekała mnie jeszcze przeprawa z moją rodziną, której musiałam wytłumaczyć, dlaczego zrezygnowałam z życiowej szansy ułożenia sobie życia w luksusie. Przyznam, że trochę się bałam, iż nic nie zrozumieją, ale tak się nie stało. Najbardziej żałowała moja mama, której Mario się podobał, ale uznała w końcu, że to moje życie i mogę z nim zrobić, co chcę. Siostra od razu stwierdziła, że dla Mario byłam za bardzo niezależna i temperamentna. A tata?

– Skoro ten makaroniarz miałby cię unieszczęśliwić, to lepiej dla niego, że go już nie ma! – ocenił. Lecz z tym „nie ma” nie poszło mi jednak tak łatwo! Obrażony Mario upomniał się bowiem o… zwrot połowy wszelkich kosztów. Nie tylko za ślub i wesele, które były już dokładnie zaplanowane i zaliczkowane. Wyliczył mi także, ile wydał na swój ślubny frak oraz… na utrzymanie mnie w Krakowie i we Włoszech!
– To ja płaciłem za wszystko, nawet kawalerkę ci wynająłem! – upierał się.

Nie chciałam mu niczego zwracać, bo nie było takiej umowy! No i poza tym to było bardzo dużo pieniędzy. Ale tata przytulił mnie i powiedział:
– Pomogę ci! Miej go już z głowy.

Spłaciłam więc Mario i od dwóch lat mój były włoski narzeczony już się do mnie nie odzywa. Wiem jednak, że nadal nie poślubił swojej kuzynki, ale nie obchodzi mnie, na co czeka. A za to ja mam nowego chłopaka, Polaka, i jestem z nim bardzo szczęśliwa. A do Włoch chętnie pojadę na wakacje, ale nie zamierzam spędzać tam całego życia.

Więcej listów do redakcji: „Nie kocham męża. Tęsknię za mężczyzną, z którym miałam romans przed ślubem. On jest ojcem mojego syna”„Wyparłem się córki, ale zrozumiałem swój błąd. Po 15 latach chcę odzyskać z nią kontakt, ale jej matka to utrudnia”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”

Redakcja poleca

REKLAMA