Kobieta, która jest elektrykiem fot. Adobe Stock, sittinan

„Jestem elektryczką. Mężczyźni zamykają mi drzwi przed nosem i wyśmiewają, bo jestem kobietą i moje miejsce jest w kuchni”

„Od pierwszego dnia w tym zawodzie podważano moje kompetencje tylko dlatego, że jestem kobietą. Co ja mówię! Od pierwszej klasy technikum nikt nie wierzył, że zdam egzamin zawodowy. Kilkanaście razy w miesiącu ktoś odkładał słuchawkę, kiedy dowiadywał się, że to ja mam do niego przyjechać”.
/ 13.10.2021 07:06
Kobieta, która jest elektrykiem fot. Adobe Stock, sittinan

Przerobienie instalacji jednofazowej na trójfazową, podciągnięcie kabla do piekarnika elektrycznego i montaż kilkunastu gniazdek – takie było moje zadanie w pewnym mieszkaniu. Całą sprawę omówiłam mailowo z niejakim panem Piotrem, ustaliliśmy cenę za całość, wysłał mi adres i czekał na mnie w mieszkaniu na piątym piętrze o ósmej rano. O ósmej pięć byłam z powrotem na parterze i zastanawiałam się, co zrobić z nieoczekiwanie wolnym dniem. Bo pan Piotr na mój widok się uśmiechnął i zapytał, czego sobie życzę, a kiedy odpowiedziałam, że przyszłam wykonać usługę elektryczną, parsknął śmiechem.

Potem zwyczajnie kazał mi sobie iść, bo on nie powierzy wykonania elektryki w swoim domu kobiecie.

– Nie zauważył pan wcześniej, że podpisuję się „Dominika”? – zapytałam z irytacją. – To żeńskie imię!

– Wydawało mi się, że tam jest napisane „Dominik” – wyjaśnił. – Do głowy mi nie przyszło, że kobieta może podawać się za elektryka…

Dobrze, że szybko zeszłam na dół, bo miałam ochotę go udusić. Ja się nie „podawałam” za elektryka! Ja nim byłam! Miałam wszelkie dostępne certyfikaty, łącznie z uprawnieniami inspektora elektrycznego, i przez osiem lat pracy odpowiadałam za instalacje chociażby w kilku budynkach użyteczności publicznej! Ale co z tego, skoro ludzie na mój widok uznawali, że na pewno pomylę fazy albo zrobię wielkie spięcie. Sporo z moich niedoszłych klientów w życiu nie widziało kobiety elektryka czy kobiety hydraulika. A jeśli czegoś nigdy nie widzieli, to temu nie ufali. Proste.

Niestety, dla mnie było to ogromnym problemem. Przynajmniej kilka, kilkanaście razy w miesiącu ktoś odkładał słuchawkę, kiedy dowiadywał się, że to ja mam do niego przyjechać. Na szczęście kolejny klient okazał się normalny.

No nie, facet nie zauważył, że wtyczka wypadła…

– Pralka wysadza mi korki – poskarżyła się kobieta w zaawansowanej ciąży. – Boję się, że będzie przebicie i kogoś porazi… Da się coś z tym zrobić, czy trzeba nową pralkę kupować?

– Spokojnie, tylko gniazdko jest do wymiany – uśmiechnęłam się do niej. – Zrobię to od ręki. I wie pani co? Może wmontuję pani nowy bezpiecznik, ten jest mocno zużyty, dlatego tak często wyskakuje.
Kiedy się z nią żegnałam, do mieszkania wszedł młody mężczyzna. Powiedział mi „dzień dobry”, po czym zapytał kobietę, czy był elektryk.

– Jeszcze jest – uśmiechnęłam się.

– Ale już skończyłam. Korki nie będą więcej wyskakiwać.

Facet spojrzał na mnie kompletnie bez zrozumienia, aż jego żona zaczęła się śmiać. Kiedy wyjaśniła mu, że to ja naprawiłam instalację, jego wzrok powędrował do skrzynki z bezpiecznikami, jakby nie dowierzał, że potrafiłam to dobrze zrobić.

– Mają państwo mój numer – powiedziałam więc bardziej do niego niż do niej, żeby go uspokoić. – Gdyby cokolwiek złego się dalej działo, proszę dzwonić. Na to, co robiłam, oczywiście daję pełną gwarancję.

Często to dodawałam po zakończeniu pracy, klienci czuli się bezpieczniej, ale nie zdarzyło mi się, żeby ktoś zadzwonił z reklamacją. Chyba dlatego, kiedy ten klient przedstawił mi się w słuchawce dwa dni później, aż zdrętwiałam.

– Coś nie tak? – zapytałam, w panice myśląc o ciężarnej kobiecie, która bała się przebicia.

– Nie, nie! – uspokoił mnie szybko. – Ja chciałem tylko zapytać, czy pani by może u mnie w firmie nie rzuciła okiem na instalację. Rozgałęziacz coś mi szwankuje…

Zdziwiło mnie to, ale pojechałam. Na miejscu okazało się, że firma pana Mateusza jest jednoosobowa, a rozgałęziacz działał.

– Po prostu wtyczka nie była do końca wciśnięta – poinformowałam, podnosząc się z klęczek.

– Tak? No, widzi pani… mogłem sam się domyślić… – pan Mateusz wcale nie wyglądał na zmartwionego, że przyjechałam na darmo. – Ja oczywiście zapłacę za pani czas. Ile jestem winien?I czy możemy podejść do bankomatu? To tuż na rogu, przy takiej kawiarence.

Zgodziłam się, klienci czasami nie mieli gotówki. Jednak jeszcze żaden klient nie zaproponował mi wstąpienia na kawę po zakończonej usłudze.

– Żona na pana nie czeka? – zapytałam lekko podejrzliwie.

– Żona? Ja nie mam… Aaa… Ola! To moja bratowa. Brat wyjechał i wpadam do niej, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Ja jestem absolutnie nieżonaty, niedzieciaty i… hmm… zainteresowany panią. Więc co będzie z tą kawą?

Kawy odmówiłam, ale skusiłam się na sernik. On jadł tort bezowy i zabawiał mnie anegdotami o swojej pracy. Błyskawicznie zrodziło się między nami porozumienie i coś, co jako elektryczka nazwałabym napięciem lub przeskakującą iskrą. Dopiero gdy obsługa trzeci raz przypomniała, że zamykają, z ociąganiem wstaliśmy od stolika.

Właściwie nawet nie zastanawiałam się, co dalej. To było oczywiste – byliśmy dla siebie stworzeni!
Nie porazi mnie żaden prąd, dajcie spokój! Przez pierwszych kilka miesięcy naszego związku Mateusz w żaden sposób nie komentował mojej pracy. Trochę tylko się zdziwił, kiedy okazało się, że oprócz elektryki znam się także na naprawie sprzętu AGD i laptopów. On prowadził firmę importującą tkaniny. Zaopatrywał hurtownie i sklepy, współpracował z producentami zasłon i firan. Jego umiejętność odróżniania żakardu od organzy przydała się, kiedy podjęliśmy decyzję o zamieszkaniu razem i urządzaliśmy mieszkanie.

– Tutaj najlepsze byłyby zazdrostki z etaminy – zdecydował, rozglądając się po nowym lokum. – Takie może w kolorze ecru. Albo nie, wanilia lepsza. Jak myślisz?

Ugryzłam się w język, żeby nie zapytać, co to jest etamina i czym, u diabła, różni się kolor waniliowy od ecru.

– Ty zdecyduj – zaproponowałam. – Ja zobaczę, w jakim stanie mamy kable. To stary budynek, oby się nie okazało, że aluminiowe.

Kable na szczęście były miedziane. Miałam do wymiany tylko skrzynkę z bezpiecznikami i kilka przeróbek, bo chcieliśmy zawiesić w sypialni kinkiety zamiast światła górnego. Miesiąc później okazało się, że w ogóle nie będziemy mieć sypialni. Zaszłam w ciążę, sypialnia została więc pokojem dla dziecka… Ale kinkiety i tak się w niej przydały.

Moja rodzina ucieszyła się na wieść o dzidziusiu

Rodzice od dawna marzyli o wnuku, młodsza siostra bardzo chciała być ciocią. Podczas rodzinnego obiadu mama i Karolina dopytywały, gdzie chodzę do lekarza, jak się czuję i jakie suplementy diety przyjmuję.

– Z pracą już skończyłaś, prawda? – zapytała mama, a ja zamrugałam oczami. – No, nie babrzesz się już w kablach chyba? Mateusz! Jak możesz pozwalać jej pracować! Przecież to niebezpieczne dla dziecka!

– Ale co jest niebezpieczne dla dziecka? – naprawdę się zdziwiłam.

– Moja droga! – mama wzięła się pod boki. – Nie darmo elektrycy to przeważnie mężczyźni! To w ogóle nie jest praca dla kobiety, a co dopiero dla kobiety w ciąży! Przecież jak cię porazi prąd, to możesz poronić!

Przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W końcu się odezwałam.

– Mamo, o czym ty mówisz? W życiu nie poraził mnie prąd! Ja się znam na prądzie! Ciebie prędzej porazi niż mnie. I zawsze zachowuję wszelkie środki bezpieczeństwa, uziemiam…

– Dobrze, już dobrze! – mama zamachała ręką. – Nie wmówisz mi, że to bezpieczne! Grzebiesz się w kablach i przewodach, więc zawsze może cię kopnąć prąd! Tobie może się nic nie stać, ale… dziecku?

Próbowałam wyjaśnić mamie, siostrze i popierającemu je ojcu, że w ubiegłym roku liczba wypadków elektryków przy pracy w całym kraju wyniosła dokładnie jeden.

– A wiecie, ile osób ginie codziennie we własnych samochodach albo na przejściach dla pieszych? Czy ciężarne kobiety nie jeżdżą autami i nie chodzą po ulicy? No to nie powinny! Bo statystyki mówią, że prędzej któraś z nich będzie mieć wypadek drogowy, niż mi się coś stanie w pracy.

Niestety, racjonalne argumenty nic nie dały. Rodzina była przekonana, że narażam siebie i dziecko na straszliwe niebezpieczeństwo. Przy okazji po raz któryś z kolei usłyszałam, że to „w ogóle nie jest praca dla kobiety”. Najgorsze, że zdołali też nastraszyć Mateusza i od tego dnia zaczął napomykać, że powinnam zrezygnować z pracy przynajmniej do czasu porodu. To chyba było najgorsze. Przecież poznał mnie, gdy trzymałam próbnik napięcia w ręce! Wiedział, czym się zajmuję i w kim się zakochał!

– Posłuchaj – nie wytrzymałam w końcu. – Mam dosyć tego, że wszyscy mi wmawiają, że nie powinnam pracować jako elektryczka. Znam się na tym, jestem dobrym fachowcem. Połowa pomieszczeń w naszym ratuszu jest okablowana przeze mnie. Jakbyś się czuł, gdyby wszyscy ci wmawiali, że jako facet na pewno nie znasz się na tkaninach ani kolorach?

– To nie to samo, kochanie… – próbował mnie przekonać. – Tiul czy organza nie zagrażają życiu.

Miałam tego dosyć! Miałam dosyć ich wszystkich!

Od pierwszego dnia w tym zawodzie podważano moje kompetencje tylko dlatego, że jestem  kobietą. Co ja mówię! Od pierwszej klasy technikum nikt nie wierzył, że zdam egzamin zawodowy, pomimo że w wieku dziewięciu lat potrafiłam naprawić odtwarzacz wideo, który specjalista spisał na złom.
Nie zamierzałam więc przerywać pracy, jednak los zdecydował za mnie. Po czwartym miesiącu zaczęły się problemy z łożyskiem i większą część ciąży przeleżałam w szpitalu. Oczywiście jako samozatrudniona, nie dostawałam pieniędzy, kiedy nie pracowałam. Szybko więc się okazało, że mamy dziurę w budżecie.

– Wracam do pracy – powiedziałam do narzeczonego po dwóch miesiącach urlopu macierzyńskiego.

– Będę pracowała góra trzy, cztery godziny dziennie. Postaram się tak umawiać, żebyś ty wtedy zostawał z małą.

To był moment, kiedy coś mocno drgnęło na rynku budowlanym i internet został zalany falą ofert pracy dla elektryków. Nagle otworzyła się przede mną możliwość pracy na cały etat przy budowie osiedla mieszkaniowego na stanowisku inspektora elektrycznego. Za naprawdę spore pieniądze.

– Mateusz… – zaczęłam starannie przygotowaną przemowę, kiedy już wysłałam swoje CV na adres dewelopera. – To jest okazja, jaka się nie powtórzy. Gdyby mnie wzięli, pracowałabym w nowoczesnych budynkach, mogłabym się nauczyć masy nowych rzeczy, miałabym ekstrapunkt do CV… To niesamowity skok w porównaniu z tymi fuchami, które łapałam całe życie. Tylko że ty musiałbyś zostać w domu z Alusią, przynajmniej dopóki nie skończy roku…

O dziwo, narzeczony się nie sprzeciwił. Powiedział, że skoro to taka wielka szansa dla mnie, to on mnie będzie wspierał. Zmrużyłam podejrzliwie oczy, bo coś za łatwo mi poszło.

– Zawiesisz działalność, żeby siedzieć w domu z dzieckiem? – dopytałam nieufnie. – Tak po prostu?

– Lubię siedzieć w domu z małą – uśmiechnął się. – Zresztą nadal będę mógł sprowadzać towar, tylko na trochę mniejszą skalę. Ale póki co, nic nie wiadomo z tą twoją pracą, prawda? Nie dostałaś jeszcze od nich żadnej odpowiedzi?

I wtedy zrozumiałam, dlaczego był taki spokojny. Po prostu uznał, że nie dostanę tej roboty. Kobieta zatrudniona na stanowisku inspektora elektrycznego u wielkiego dewelopera? To się nie miało prawa wydarzyć!

– Nie – pokręciłam głową, czując, że robi mi się smutno.

On miał rację. Nie dostanę tej posady. Byłam niewłaściwej płci.

– Moje CV poszło do kierownika budowy. Facet ma mi wyznaczyć spotkanie, ale pewnie faktycznie nic z tego nie będzie.

– Och, trzeba być dobrej myśli – pocieszył mnie Mateusz, ale zabrzmiało to fałszywie. – Ja cię, skarbie, w każdym razie wspieram! Jeśli dostaniesz tę pracę, będę siedział w domu, gotował obiady i zajmował się dzidzią. Możesz na mnie liczyć!

Zaproszenie na spotkanie w sprawie pracy przyszło SMS-em. Właściwie nie miałam ochoty na nie iść. Po co? Żeby jakiś wąsaty gość drapał się po czole, myśląc, jak mi powiedzieć, że się nie nadaję?
Wąsaty gość faktycznie tam był. Miał na głowie błyszczący żółty kask i taki sam wręczył mnie.

– Kierownik budowy jest tam – pokazał kilka postaci w kaskach kręcących się po placu. – Pani idzie za mną, zaraz panią przedstawię.

Po chwili staliśmy nad kilkoma osobami kucającymi tyłem do nas nad sporą dziurą. Dyskutowały o gęstości betonu. Jeden z głosów należał do…

– To pani Dominika. Elektryczka – powiedział ten, który mnie przyprowadził. – Pani kierownik miała się z nią spotkać.

W tym momencie najmniejsza z postaci odwróciła się i pod kaskiem zobaczyłam umalowane niebieskie oczy oraz kilka blond kosmyków.

– Beata Sadowska, witam – przedstawiła się pani kierownik z szerokim uśmiechem. – No to chodźmy. Zwróciłam uwagę na pani CV.

Oczywiście, że czasem noszę i szpilki

Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłam, jak komuś literalnie opada szczęka.

– Jak to: dostałaś tę pracę? – wydukał Mateusz.

– Normalnie – zachowałam kamienną twarz. – Mówiłam ci, że jestem dobrym fachowcem. Jutro zaczynam szkolenie swojej ekipy. Twoja propozycja, jak rozumiem, ciągle aktualna?

Mateusz to honorowy facet, więc się nie wycofał. Zrezygnował z części obowiązków służbowych, żeby zostać tatą na pełen etat. Jest świetnym ojcem, doskonałym kucharzem i całkiem sprawnym „gosposiem”, jak sam o sobie mówi. Nie ma problemu z praniem, odkurzaniem ani chodzeniem na spacery z córeczką.

Co ciekawe, to ludzie mają z tym problem. Że jak to? Ona pracuje, i to w „męskim” zawodzie, a jego do garów zagoniła? To kto tu spodnie nosi w tym związku? Facet to pewnie pantoflarz, a ona to herod-baba!

– Nie przejmuj się, niech gadają– poradziła mi ostatnio Beata, moja szefowa, która zarządza ekipą złożoną z kilkudziesięciu chłopa. – Wiesz, kim jest mój stary?

Pokręciłam głową, a ona rzuciła z szerokim uśmiechem: – Prowadzi salon piękności dla psów. Wyobrażasz sobie, jak ludzie gadają o nas?

O tak, potrafiłam to sobie wyobrazić. Aż wzniosłam toast za tak dobrane małżeństwo. Coca-colą, bo na budowie Beaty nie pije się alkoholu. Chyba dlatego wszystko robimy w terminach, przechodzimy inspekcje bezboleśnie, nie ma u nas wypadków, a inwestor jest zadowolony. A może też dlatego, że mamy dobrego kierownika, który zna się na swojej robocie, i potrafi motywować ludzi do pracy. Przepraszam: kierowniczkę.

Ta drobna blondynka nadzoruje budowę nowoczesnego osiedla w centrum miasta. Bo kto powiedział, że jakiś zawód jest tylko „męski”? Chyba ten, który nigdy nie widział mnie albo Beaty przy pracy! Ani setek innych dziewczyn, które sprawdzają się w tradycyjnie męskich zawodach i w ciągu dnia noszą drelichy z równym wdziękiem co szpilki po pracy. Bo jeśli w czymś jest się dobrym, to płeć nie ma znaczenia.

Warto o tym pamiętać, kiedy następnym razem spotkamy kobietę mechanika albo… oddamy naszego yorka do strzyżenia łysemu jak kolano, zwalistemu facetowi w średnim wieku. Który to facet aktualnie dyskutuje z moim narzeczonym o najlepszej tkaninie na ubranka dla piesków. Panowie mają nowy pomysł na biznes…

Muszę więc kończyć i donieść im piwo i kanapki. Bo dzisiaj wieczorem akurat noszę sukienkę, pantofle i jestem panią domu pełną gębą.

Czytaj także:
„Iwona prawie rozwiodła się z mężem darmozjadem. W ostatniej chwili zrezygnowała, bo nie chciała robić wstydu dzieciom”
„Wierzyłam, że na wakacjach poznałam miłość życia. Mój habibi okazał się zwykłym krętaczem”
„Małżeństwo powinno być umową zawieraną na 15 lat. Po tym czasie to i tak jest tylko wegetacja”