kobieta, która nie może znaleźć nowej pracy fot. Adobe Stock, Rawpixel.com

„Podałam nieuczciwego szefa do sądu pracy. Przegrałam, straciłam znajomych i nie mogę znaleźć nowej posady”

Na razie żyjemy jak w potrzasku. Zatargi z panem Zdzisławem sprawiły, że nikt nie chce mnie zatrudnić. Z dwójką dzieci nie wyjedziemy już do stolicy, nie rzucimy wszystkiego i nie zaczniemy od nowa, a kredytu na dom i samochód nie spłacimy z jednej pensji.
/ 21.07.2021 12:25
kobieta, która nie może znaleźć nowej pracy fot. Adobe Stock, Rawpixel.com

Naprawdę nie wiem, czy warto było walczyć o swoje. Mój mąż uważa, że postąpiłam słusznie, ale mną wciąż targają wątpliwości.

– Jak mogłaś być tak samolubna?! – spytała przyjaciółka, zanim, podobnie jak wielu naszych znajomych, zerwała ze mną wszelkie kontakty.

Dla nich liczyło się tylko to, że przez mój upór stracili dobrą pracę, i w naszym miasteczku są spaleni. Bez szansy choćby na dorywcze zatrudnienie. Być może skazani na los emigrantów. Nikt nie przejmuje się moją sytuacją, nie zastanawia się, jakie czeka mnie życie.

A przecież ja też mam na utrzymaniu rodzinę i kredyt mieszkaniowy na lata!

Wreszcie mogliśmy wybudować domek A wszystko zaczęło się tak pięknie! To nie rodzice namawiali nas do powrotu w rodzinne strony, tylko pan Zdzisław, dobry znajomy mojego ojca. Właśnie rozkręcał firmę i chciał z małego, rodzinnego przedsiębiorstwa stworzyć lokalnego giganta. Szukał odważnych, młodych pracowników z odpowiednim wykształceniem.

– Co będziesz tyrać w mieście za półtora tysiąca miesięcznie, skoro u mnie zarobisz dwa albo i trzy razy więcej. Ty, zwyciężczyni olimpiad, absolwentka najlepszej uczelni, magister logistyki, tylko się marnujesz w stolicy, czekając, aż ktoś cię zauważy. U mnie rozwiniesz skrzydła, a i dla twojego Marka znajdziemy coś w okolicy – przekonywał pan Zdzisław.

Uległam. Kto nie dałby się namówić, żyjąc w takich warunkach?

Wynajęte dwudziestotrzymetrowe mieszkanie, prace na umowy śmieciowe bez widoków na przyszłość, za to z rosnącymi co miesiąc długami. Marzyłam o domku z ogródkiem i gromadce słodkich dzieciaków, lecz im dłużej żyliśmy w stolicy, tym bardziej oddalała się od ode mnie wizja sielskiej przyszłości. Nawet Marek uległ operatywnemu przedsiębiorcy i chociaż nie pałał chęcią powrotu, to potulnie zapakował nasze bagaże do wysłużonego opla swojego ojca.

Pan Zdzisław dotrzymał słowa. Mnie wkrótce wręczył umowę o pracę na czas nieokreślony i na dobry początek podwoił stawkę, mężowi znalazł posadę w urzędzie miasta. Nowe zajęcie może nie należało do szczytów marzeń Marka, ale było pewne i spokojne, z premią na koniec roku. Odetchnęliśmy. Wkrótce mogliśmy wziąć kredyt i zacząć budowę wymarzonego domku. Może niewielkiego, ale własnego. Z pomocą bliskich postawiliśmy go przed końcem następnego roku. Tam urządziliśmy pierwszą wieczerzę wigilijną.

– Życzę wam dzieci… Szczęścia i gromadki maluszków, najlepiej od razu drużyny piłkarskiej, bo wiem, jak oboje kochacie dzieci. Nikt od was lepiej nie nadaje się do roli rodziców – powiedział tata, ściskając nas pod jemiołą.

Nie mylił się. Lubiłam swoją pracę, logistyka była moim żywiołem, a pan Zdzisław – zadowolony z proponowanych przeze mnie rozwiązań – co rusz słał mnie na jakieś szkolenia i sowicie nagradzał premiami.

Mimo to, choć odnosiłam sukcesy, nie w pracy chciałam się spełniać. Pragnęłam być mamą

Od najmłodszych lat z radością pomagałam mamie przy młodszym rodzeństwie, a jako nastolatka dorabiałam po godzinach, opiekując się dziećmi kuzynów. Uwielbiałam swoje dodatkowe zajęcie i pewnie gdybym nie dostała się na studia logistyczne, wybrałabym pedagogikę. Należałam do osób świetnie zorganizowanych, więc uważałam, że poradzę sobie z wychowaniem dzieci i pracą, zwłaszcza teraz – otoczona rodziną.

Nie minął kolejny rok, kiedy okazało się, że jestem w upragnionej ciąży. Oboje z Markiem ucieszyliśmy się na wieść o maluszku, a kompletnie straciliśmy głowy, gdy dowiedzieliśmy się, że przywitamy na świecie nie jedno, tylko dwójkę maluchów. Na wszelki wypadek woleliśmy jednak tę wiadomość zachować dla siebie. Przynajmniej do trzeciego miesiąca, do chwili, gdy minie ryzyko poronienia, bo w mojej rodzinie zbyt często zdarzały się takie przypadki. Właśnie dlatego mój pracodawca nie dowiedział się o ciąży ode mnie, lecz od znajomej, ciotki gadatliwego ginekologa, który się mną opiekował.

– Nie tak sobie wyobrażałem naszą rozmowę – wycedził po wezwaniu mnie do swojego gabinetu. – Myślałem, że dowiem się zaraz po twoim ojcu, ale ty wolisz kręcić. Chcesz mnie oszukać?! Naciągnąć?! Widzisz, że firma dopiero się rozwija. Nie stać mnie na zatrudnianie matek z dziećmi! – wrzeszczał.

Zaskoczona, że mógł o mnie tak pomyśleć, zaczęłam ze łzami w oczach zapewniać go o swojej lojalności. Solennie obiecałam, że macierzyństwo absolutnie nie przeszkodzi mi w pracy. Pozornie pan Zdzisław dał się udobruchać, ale od tamtego dnia przestał być moim dobrym znajomym i stał się wymagającym szefem. Zaczął zlecać mi więcej obowiązków, coraz częściej musiałam zostawać po godzinach, a na szkolenia przeznaczać weekendy.

Zaciskałam jednak zęby, mając nadzieję, że w końcu odpuści i przekona się, jak dobrym i lojalnym jestem pracownikiem. Być może w końcu udałoby mi się go przekonać, gdybym pewnej nocy nie zaczęła krwawić. Trafiłam do szpitala.

Lekarze ani myśleli wypisać mnie do domu w szóstym miesiącu, z zagrożoną ciążą

Odtąd miałam leżeć i nie przeciążać się czy tym bardziej stresować się pracą. Szef ani razu do mnie nie zadzwonił, nie odebrał też żadnego z moich telefonów, ale przysłał asystentkę, zresztą moją przyjaciółkę, z bukietem kwiatów i życzeniami powrotu do zdrowia.

– Wiesz, jaki on jest – tłumaczyła szefa Asia. – Ciągle przejmuje się tylko swoją firmą, analizuje wykresy i tabele przychodów, po prostu boi się, czy przetrwa. Nawet go rozumiem. Zainwestował w to przedsiębiorstwo wszystkie pieniądze swojej rodziny. Chce być najlepszy na rynku.
– Już jest, tylko ciągle mu mało – westchnęłam.

W ciągu kilku lat mój szef stał się jednym z najbogatszych ludzi w okolicy i jedynym tak potężnym pracodawcą. W naszym powiecie jego słowo było święte. Niemal każdy urzędnik czy drobny przedsiębiorca siedział mu w kieszeni. Trzeba przyznać, że pan Zdzisław miał głowę na karku. Umiał docenić lojalność, lecz krzywdy pielęgnował bardziej niż jego żona kwiaty w ogrodzie. A ja czułam, że znów podpadłam szefowi. Miałam jednak tyle problemów z donoszeniem ciąży, a potem z niełatwym porodem, że w końcu przestałam przejmować się jego humorami.

Dla mnie oczywiste było, że po tylu dramatycznych przejściach wykorzystam urlop macierzyński, zaległe dni wolne i nacieszę się dziećmi, zanim podejmę decyzję, czy zostać z nimi trochę dłużej. Zwłaszcza że jeden z naszych maluszków urodził się lekko przyduszony, z przykurczonymi nóżkami, więc potrzebował nieco więcej uwagi i rehabilitacji. Poświęcony synkowi czas, nasze oddanie i żarliwe modlitwy sprawiły, że wkrótce Cezary dogonił Biankę.

Mając dwójkę zdrowych dzieci i dwie babcie pod bokiem, postanowiłam wrócić do pracy, o czym uprzedziłam telefonicznie pana Zdzisława. Nie chciał ze mną rozmawiać osobiście… Tymczasem okazało się, że moje miejsce jest już zajęte przez młodego, rzutkiego, świeżo upieczonego logistyka, ale ponieważ pracy nie brakowało, to szef zaproponował mi pół etatu.

W głębi duszy bardzo się ucieszyłam z takiego obrotu sprawy. Miałam więcej czasu dla dzieci!

Postanowiłam jednak harować jak wół, żeby udowodnić panu Zdzisławowi, że matki też potrafią być świetnie zorganizowane. Chyba nawet moje maluszki wyczuły, jak bardzo zależy mi na tej pracy, bo przez kolejne tygodnie ani razu nawet nie kichnęły, nie mówiąc o kolkach czy innych przypadłościach.

Cała nasza rodzina działała niczym dobrze naoliwiona maszyna. Gdy ja szłam do pracy, opiekę nad dziećmi przejmowała któraś z babć, a jeśli przyszło mi zostać po godzinach, co zdarzało się coraz częściej, maluchami zajmował się Marek. Zadowolona z życia i pracy nie skarżyłam się na dodatkowe obowiązki, zwłaszcza że pan Zdzisław coraz częściej zaglądał do mnie, chwaląc moje propozycje.

– Stanowicie doskonały duet – oznajmił mi po kwartale, doceniając zaangażowanie młodego absolwenta i moje. – Dlatego, droga Kasiu, przywracam ci cały etat i… daję podwyżkę – poklepał mnie po ramieniu. 

Skamieniałam, bo nie takiego obrotu sprawy się spodziewałam

Wiedziałam jednak, że otrzymałam propozycję nie do odrzucenia, więc zrobiłam dobrą minę do złej gry i udałam zadowolenie z awansu.

– Szczęściara! – pogratulowali mi znajomi z działu. – Stracić zaufanie szefa i tak szybko je odzyskać, mało komu się udaje – cmokali z zazdrości faceci, choć mnie wcale nie było do śmiechu.

Bałam się, co powiem mężowi, i nie chciałam też rozczarować szefa. Byłam dosłownie między młotem a kowadłem. Szczęśliwie Marek na wieść o awansie zauważył przytomnie, że teraz szybciej spłacimy kredyt. Nie komentował dodatkowych obciążeń, bo doskonale znał lokalne układy. Wiedział, że nie możemy kręcić nosem, bo pan Zdzisław nie da mi drugiej szansy. Starałam się.

Naprawdę przez kolejne pół roku starałam się sprostać oczekiwaniom szefa, a one coraz bardziej rosły. Nie powiem, rosły też zera na moim koncie, jednak cena, jaką za to płaciłam, była ogromna. Coraz częściej budziłam się w nocy, nie mogąc zasnąć. Coraz bardziej przypominałam zombie, a przynajmniej wyczerpanego pracownika korporacji; czułam, że zawalam wiele zleceń. Nie miałam już tyle sił co dawniej ani czasu, żeby poświęcać się swojemu zajęciu. Ale mój szef zdawał się tego nie zauważać i wymagał ode mnie tyle samo co od mojego kolegi. Nie skarżyłam się, bo nie miałam komu.

Połowa moich znajomych pracowała w firmie pana Zdzisława. Większość z nich zazdrościła mi pozycji i pieniędzy, nie widząc, ile mnie to kosztuje. Niestety, szefa nie zadowalało moje zaangażowanie, i zwolnił mnie w połowie roku, tłumacząc, że jest mną bardzo rozczarowany. Nic nie zapowiadało nieszczęścia, więc miesiąc wcześniej kupiliśmy z mężem większe, rodzinne auto na kredyt, a teraz nie mogliśmy się już wycofać z transakcji…

Załamałam się, tym bardziej gdy okazało się, że straciłam pracę z dnia na dzień, a moja odprawa sięga połowy dotychczasowych zarobków, bo tylko tyle miałam stałej pensji. Resztę stanowiły premie i wszelkiego typu dodatki uznaniowe, o czym nie miałam bladego pojęcia, ponieważ nikt wcześniej nie przedstawił nam naszych umów.

Wróciłam do domu rozżalona i z płaczem rzuciłam się w ramiona męża

Wściekły Marek zapowiedział, że zetrze pana Zdzisława w proch, i zanim się spostrzegłam, złożył pozew do sądu pracy o całkiem spore odszkodowanie. Przy pomocy znajomych, także tych zatrudnionych w kadrach czy w dziale informatycznym, udało mi się skompletować całą swoją dokumentację, dotrzeć do służbowych maili wysyłanych grubo po godzinach pracy, i przedstawić je przed urzędnikami. Długo kiwali głowami, przerzucając papiery, aż wreszcie spytali o świadków.

Zaskoczona rzuciłam kilkoma nazwiskami osób, które mogły potwierdzić moją wersję zdarzeń. Tym samym nieświadomie wydałam na nich wyrok. Mnie nie przywrócono do pracy – sąd uznał, że to szef miał rację, zwalniając mnie… Już miesiąc później, nie zważając na nic, pan Zdzisław zdegradował Asię, moją przyjaciółkę. Zrobił to tylko dlatego, że podałam jej nazwisko przed sądem. Kilka tygodni później mściwy suk***** zwolnił dyscyplinarnie mojego kolegę, natomiast drugiego zastraszył i wysłał do pracy w oddziale w odległym województwie. Innego zaś poprosił, żeby zajrzał do mnie i przekazał mi wiadomość, że w okolicy nikt mnie już nie zatrudni.

Jakby tego było mało, Marek został pominięty przy dorocznych premiach. Niby wciąż pracuje w urzędzie, ale nie znamy dnia ani godziny, kiedy to się skończy. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Nie muszę chyba pisać, że znajomi boją się z nami pokazywać. Większość też nie może mi wybaczyć, że poszłam walczyć o swoje do sądu pracy.

Nie wiem, jak w XXI wieku, w cywilizowanym kraju ktoś może trzymać w szachu całą okolicę! Nie wiem, jak jeden człowiek może w świetle prawa pozbawić drugiego wszystkiego… Jak można być tak bezdusznym i zawziętym? Tak zastraszyć ludzi, żeby odsunąć ich od nas? Mam dzieci, kredyty, jestem młoda, pracowita, dobrze wykształcona, a jednak nigdzie nie mogę znaleźć pracy. W desperacji chciałam nawet zatrudnić się w markecie na kasie, ale uznano, że mam za wysokie kwalifikacje, żeby się marnować w takim miejscu. Innego mi nie zaoferowano.

Załamani i zdesperowani wystawiliśmy z Markiem nasz dom na sprzedaż

Daliśmy ogłoszenie w internecie, licząc na to, że przeczyta je ktoś spoza naszej okolicy, i niezrażony ciągnącą się za nami opinią kupi dom, a nam dzięki temu uda się spłacić kredyt. Później zapewne zamieszkamy u rodziców, bo na żadne mieszkanie ani tym bardziej domek z ogródkiem nie będzie nas stać. O ile spełnią się nasze marzenia i trafi się nam kupiec… Na razie żyjemy jak w potrzasku. Z dwójką dzieci nie wyjedziemy już do stolicy, nie rzucimy wszystkiego i nie zaczniemy od nowa, a kredytu na dom i samochód nie spłacimy z jednej pensji.

Czytaj także:
Kamila najpierw była dziewczyną mojego syna, potem uwiodła mojego męża
Mąż ma pretensje, że ciągle niańczę swojego brata
Po utracie pracy przeniosłam się z dnia na dzień do Warszawy