Mój mąż wydał moje oszczędności fot. Adobe Stock, nenetus

„Pasierb nękał mojego syna. Ukochany wiecznie usprawiedliwiał swoje dziecko i wypominał mi, że nie jestem u siebie”

„– To nie do twojego syna wprowadzili się obcy ludzie! – krzyknął ukochany, a mnie oblał zimny pot. Po raz pierwszy poczułam, że nie mamy z dzieckiem swojego miejsca. Byliśmy na czyjejś łasce. – Mój Albert stracił ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem… – Ach tak, więc teraz będziemy się licytować, kto więcej przeszedł!”.
/ 23.06.2022 08:15
Mój mąż wydał moje oszczędności fot. Adobe Stock, nenetus

Oparłam się o parapet, spoglądając na stojące przy drzwiach walizki. Pokój był pusty, a na ścianach widniały bledsze miejsca tam, gdzie przez lata wisiały fotografie i obrazy. Czułam się dziwnie. Niemal jakbym dopuszczała się zdrady.

Miałam mieszane uczucia

Chciałam się stąd wynieść, ale jednocześnie zostać tutaj na zawsze. Z zamyślenia wyrwały mnie niosące się korytarzem odgłosy kroków.

– Gotowa? – do pokoju wszedł mój syn.

Kiedy stał w progu, wydał mi się nagle taki dojrzały. W jego spojrzeniu było coś, co zdradzało, że mimo młodego wieku wiele przeszedł. Spuściłam wzrok, czując zbierające się pod powiekami łzy.

– Spędziłeś tu całe życie – wymamrotałam, nawet nie patrząc na Alberta.

W sekundę znalazł się tuż obok i objął mnie ramieniem.

– Mamo, i tak kiedyś bym się wyniósł – stwierdził. – Poza tym nie chodzi tylko o mnie. Wiem, że się boisz, ale musisz w końcu iść do przodu. On by tego chciał.

Było mi potwornie ciężko, ale Albert nie może mnie ciągle pocieszać. To ja byłam dorosłą osobą i rodzicem, a on dzieckiem, które powinnam chronić.

Nie jesteś przypadkiem za mądry jak na 13-latka? – szturchnęłam go łokciem i oboje parsknęliśmy śmiechem.

Kilka minut później rozległ się dźwięk klaksonu, co oznaczało, że musimy już wyjść. Albert był gotowy. On tak. Ja nie byłam pewna swojej gotowości do zmian, ale skoro już podjęłam taką decyzję, powinnam się jej trzymać. Kilka kolejnych dni upłynęło mi na urządzaniu się w nowym miejscu. Nie mogłam uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. W końcu poznałam wartościowego mężczyznę, a w dodatku postanowiłam się do niego przeprowadzić.

Gdzieś z tyłu głowy czaił się lęk, ale go ignorowałam

Musiałam zaufać Patrykowi, inaczej nasz związek nie miałby sensu. Obydwoje byliśmy po przejściach i potrzebowaliśmy stabilizacji oraz dojrzałego uczucia. Kiedy 7 lat temu mój mąż zginął w wypadku motocyklowym, świat mi się zawalił. Bardzo długo myślałam, że będę sama już do końca życia. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że ktoś mógłby zająć miejsce Krystiana. Z czasem jednak, kiedy nasz syn zaczął dojrzewać, zrozumiałam, że potrzebuje męskiego kompana i wzorca – dorosłego mężczyzny, ale żywego, który będzie dla niego autorytetem.

Zmieniłam więc nieco myślenie i zaczęłam patrzeć na panów wokół mnie jak na potencjalnych partnerów. Sama przed sobą przyznałam, że samotność mnie boli. Nie chciałam w niej trwać. Tym bardziej że moi rodzice już nie żyli, a rodzeństwa nie miałam. Potrzebowałam kogoś, kto przejdzie ze mną przez resztę życia. Zdawałam sobie sprawę, że prawdopodobnie nie pokocham go tak, jak Krystiana, ale to nie powód, żeby na zawsze zamykać serce.

Po 4 latach żałoby poznałam Patryka. Był właścicielem małej firmy remontowej, którą wynajęłam do odświeżenia salonu. Zaiskrzyło między nami od razu, już podczas podpisywania umowy. Po raz pierwszy od kilku lat zaczęłam się śmiać, takim prawdziwym śmiechem, szczerym i radosnym. Patryk był jak słońce, które potrafi rozpogodzić nawet najbardziej zachmurzone niebo. Miał mój numer telefonu, więc postanowił działać i poznać mnie bliżej.

To była miłość od pierwszego wejrzenia, zwaliłaś mnie z nóg – powtarzał później, kiedy już oficjalnie przedstawialiśmy się jako para.

– Mhm, na pewno, w tym czarnym rozciągniętym swetrze i klapkach – kręciłam z niedowierzaniem głową, a on przyciągał mnie do siebie i całował w czoło.

Miał silną osobowość. Wiedział, czego chce

Potrafił być stanowczy i wymagający. Musiał taki być, skoro życie go nie rozpieszczało. Żona porzuciła rodzinę, gdy ich syn był jeszcze mały. Gdzie się w danym momencie podziewała, tego nikt nigdy nie wiedział. Typ hipiski. Kochała wolność i potrzebowała swobody, którą ponoć odebrało jej małżeństwo i dziecko. Spróbowała tradycyjnego życia, nie przypadło jej do gustu, więc odeszła. W opiece nad małym Sebastianem pomagała babcia, mama Patryka. Kiedy zmarła, zostali zupełnie sami.

– Nigdy nie miałem czasu, żeby zaangażować się w jakiś związek na poważnie – mówił Patryk. – Teraz to się zmieni. Chcę, żebyśmy byli rodziną. Ty, ja i nasi chłopcy.

Pamiętam dzień, w którym wypowiedział te słowa. Dzień, który zapoczątkował istną rewolucję. Mój Albert był pozytywnie nastawiony do wielkich zmian, łaknął kontaktu z Patrykiem, zresztą od razu się polubili. Martwiło mnie, że ja z kolei nie zdołałam nawiązać praktycznie żadnej relacji z synem Patryka. Sebastian był starszy od Alberta o 3 lata, miał już swój świat, swoje życie… Rzadko mieliśmy okazję spędzić razem trochę czasu, by się lepiej poznać.

To już prawie dorosły facet – tłumaczył Patryk. – Wystarczy, że akceptuje nasz związek, nic więcej nie trzeba, nie musisz go przecież wychowywać.

– Wiem – przytakiwałam. – Chciałabym tylko, kochanie, żeby wszystko między nami układało się dobrze.

– I będzie – zapewniał mnie.

Widziałam, że jest o tym przekonany. Wierzył, że jeśli tylko się postaramy, to stworzymy prawdziwą rodzinę – taką, o jakiej zawsze marzył. Taką, jaką udało mi się stworzyć z Krystianem... Wciąż jednak miałam przed oczami zmarłego męża, był jak duch, który ciągle nade mną krążył. A ja mimo woli porównywałam mój związek z Patrykiem do relacji, jaka łączyła mnie z Krystianem. Byli zupełnie inni. Krystian, raczej nieśmiały, potrzebował, żebym utwierdzała go w jego męskości. Przy tym był wspaniałym ojcem i troskliwym mężem. Patryk natomiast był twardy. Sprawiał, że czułam się przy nim krucha i słaba, taka do zaopiekowania. Dwie zupełnie różne relacje, a jednak uparcie je do siebie porównywałam, nie mogąc zdecydować, czy to, co łączy mnie z Patrykiem, jest tak samo prawdziwe.

Mimo wszystko chciałam zaryzykować i spróbować

– I jak wam się układa? – spytała kiedyś bliska koleżanka i współpracowniczka.

Wychyliła się zza biurka i wpatrywała we mnie z wyczekiwaniem. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Było po prostu… normalnie. Wtedy mnie olśniło, że przecież właśnie tego potrzebowałam. To odkrycie sprawiło, że zakręciło mi się w głowie, a do oczu napłynęły łzy. Udałam, że szukam czegoś w torebce, by nie wyjść na wariatkę.

– Jest… OK – wydukałam.

– OK? Tylko tyle? – przyjaciółka uniosła brwi w zdumieniu. – Chyba się nie kłócicie? – zaniepokoiła się i wyjechała krzesłem na środek biura.

– Nie, oczywiście, że nie. No po prostu jest normalnie, bez żadnych fajerwerków.

– To chyba dobrze – wzruszyła ramionami i wróciła na swoje miejsce, a po chwili rozległo się stukanie klawiszy. – Lepiej, żeby wiało nudą. Dość już przeżyłaś.

Niedługo później musiałam przyznać jej rację. Zdecydowanie lepiej było, kiedy wiało nudą. Przez pierwsze dni i tygodnie tak bardzo pochłonęło mnie urządzanie się w nowym miejscu, że nawet nie zwróciłam uwagi na relacje pomiędzy naszymi synami. Patryk przygotował oddzielny pokój dla Alberta. Jego dom nie był duży, ale wystarczyło miejsca dla nas wszystkich.

Chłopcy mieli pokoje tuż obok siebie

Wydawało nam się, że to będzie odpowiednie rozwiązanie.

– Mamo, ja już tak nie mogę – wyznał Albert, kiedy pewnego poniedziałku szykowaliśmy się do wyjścia.

Sebastian był jeszcze w swoim pokoju, z którego dochodziła dudniąca muzyka. Patryk rozpoczynał pracę o 6 rano i dawno nie było go już w domu.

– Co się dzieje? Przecież cieszyłeś się na tę przeprowadzkę – powiedziałam, pakując drugie śniadanie do torebki.

Czułam, że powinnam poświęcić synowi więcej czasu, ale był ranek i spieszyłam się do pracy. Spojrzałam na Alberta. Był przygaszony. Gdzieś uleciał entuzjazm, jaki emanował z niego, kiedy przekonywał mnie, że powinnam ruszyć do przodu, zacząć nowe życie.

– Nie słyszysz? – skinął głową w stronę pokoju Sebastiana.

Nie dało się tego nie słyszeć.

– On to robi specjalnie. Kiedy śpicie, stuka w ścianę, że nie mogę spać. Nie mogę się uczyć. Nie mogę odpocząć. Nic nie mogę! – denerwował się Albert, szarpiąc nerwowo rękaw bluzy.

– Na litość boską! – fuknęłam. – Przecież nie jesteście już małymi dziećmi…

On nas tu nie chce i zrobi wszystko, żeby nam uprzykrzyć życie – powiedział z powagą Albert.

W tym samym momencie trzasnęły drzwi. Z pokoju wypadł Sebastian i jak huragan przebiegł przez kuchnię, w której stałam z Albertem. Po drodze chwycił z blatu zapakowane drugie śniadanie, które przygotowałam dla syna. Sekundę później już go nie było, a my staliśmy i patrzyliśmy na siebie z konsternacją.

Widzisz, mamo, ja wcale nie żartuję i nie przesadzam – Albert zarzucił plecak na ramiona i wyszedł.

Zostałam sama. Trzymana w rękach torebka upadła na blat stołu, a ja osunęłam się na krzesło. Nie spodziewałam się, że będę musiała się mierzyć z takimi kłopotami. Patryk sam twierdził, że jego syn to już prawie dorosły mężczyzna.

Nie widział, że zachowuje się jak przedszkolak?

Od razu odezwał się we mnie matczyny instynkt, który kazał mi stanąć w obronie własnego dziecka.

– Co ten smarkacz sobie myśli? – mamrotałam do siebie, jadąc do pracy. – Albert stracił tatę, za wiele przeszedł, nie zasłużył na takie traktowanie.

Musiałam szybko skierować myśli na inny tor, żeby się nie rozpłakać. Co nie zmieniało faktu, że problem należało jak najszybciej rozwiązać, bo w innym wypadku będzie narastał i eskalował. Kiedy wróciłam do domu, Patryk przygotowywał obiad. Z kuchni dolatywały smakowite aromaty i dało się słyszeć radosne pogwizdywanie. Patryk, opasany zabawnym fartuchem kuchennym, podszedł i przyciągnął mnie do siebie. Zamiast odwzajemnić jego pocałunek, cała zesztywniałam. Odsunął się i zmarszczył brwi. Od razu wyczuł, że coś jest nie tak.

– Miałaś zły dzień? – zagaił, wracając do krojenia warzyw.

– Musimy pogadać – odłożyłam torebkę i odsunęłam krzesło, by usiąść.

Nogi miałam jak z waty. Nie wiedziałam, jak to delikatnie ująć, żeby Patryk nie uznał, że atakuję go w jego własnym domu. Do głosu doszły moje lęki i obawy na temat wspólnego życia. Jak nigdy wcześniej dotarło do mnie, że nie jestem u siebie. To było jak przebłysk. Złowroga myśl, która zasiała we mnie ziarno niepewności, czy aby na pewno dobrze postąpiłam. W końcu zebrałam się na odwagę i przedstawiłam Patrykowi sytuację, jaka miała miejsce dziś rano. Przez chwilę się nie odzywał. Oparł się o kuchenny blat i skrzyżował ręce na piersiach. Miał zacięty wyraz twarzy. 

– A nie pomyślałaś, że Sebastianowi też może być trudno zaakceptować tę sytuację? – odezwał się w końcu i spojrzał na mnie jakoś wyzywająco.

Poczułam, że wszystko się we mnie gotuje. Przypomniałam sobie niegrzeczne zachowanie syna Patryka i miałam ochotę zacząć krzyczeć.

– Albertowi też jest ciężko, a jednak się tak nie zachowuje – odparłam, siląc się na spokojny ton.

– Może dlatego, że to nie do niego wprowadzili się obcy ludzie – zripostował Patryk, a mnie oblał zimny pot.

Miałam mroczki przed oczami

Nie zdawałam sobie sprawy, że ta rozmowa będzie mnie kosztować tak wiele emocji. Patryk był silnym człowiekiem. Twardym mężczyzną, który nie zawsze potrafi być delikatny. Nie chciałam go przez to skreślać, więc ponownie narzuciłam sobie spokój.

– Posłuchaj… Albert bardzo wiele przeszedł. Stracił ojca, gdy był jeszcze małym chłopcem… – starałam się wytłumaczyć mój punkt widzenia.

– Ach tak, więc teraz będziemy się licytować, kto więcej przeszedł – Patryk zerwał z siebie fartuch i cisnął go na blat, a potem odwrócił się do okna. – Bo porzucenie przez matkę to przecież pikuś!

– Ale ona przynajmniej żyje…

– Więc jednak licytacja. Czasem lepszy nieżywy rodzic niż…

– Och, daj spokój! Nie kończ – pokręciłam głową z dezaprobatą. – Próbuję z tobą spokojnie porozmawiać, Patryk, znaleźć jakieś rozwiązanie....

– Może źle postąpiliśmy – przerwał mi. – Nie powinniśmy mieszać w to chłopaków. Są za duzi na takie zmiany.

– Co masz na myśli? – wstałam i podeszłam do okna.

Dotknęłam ramienia Patryka.

Chciałam, żeby na mnie spojrzał

Czułam się bezradna i zagubiona.

– Jak inaczej mielibyśmy razem zamieszkać?

Może to wcale nie był dobry pomysł.

Patryk spuścił głowę, a pode mną ugięły się nogi. O czym on w ogóle mówi? Po to namawiał mnie przez kilka tygodni, żebym się do niego przeniosła, żeby teraz, przy pierwszej kłótni, oznajmić mi, że niepotrzebnie się z Albertem wprowadziliśmy? Nie wierzyłam własnym uszom! Miałam go za dojrzałego mężczyznę, którego decyzje są wiążące i podejmowane z namysłem, a tymczasem…

– Tak naprawdę wcale sobie z nim nie radzę – dodał i spojrzał na mnie.

W jego oczach lśniły łzy. Usta miał zaciśnięte w wąską kreskę.

Nigdy sobie nie radziłem. Posypało się, kiedy zmarła moja mama. Myślałem, że jak tutaj zamieszkacie, jakoś się opanuje, weźmie w garść, że Albert będzie miał na niego dobry wpływ… Byłem naiwny. Zalała mnie fala współczucia.

– To nie twoja wina – położyłam głowę na jego ramieniu. – To po prostu nie jest łatwe, wszyscy potrzebujemy czasu.

– Jak tego dokonałaś, że Albert jest taki miły, taki dobry, mimo tego… tego wszystkiego? – wyjąkał Patryk, gładząc mnie wierzchem dłoni po policzku.

Przymknęłam powieki, spod których bezwiednie spłynęły łzy. Wytarłam je rękawem swetra i odgarnęłam włosy z czoła, a potem odkleiłam się od Patryka, który wciąż stał przy oknie jak posąg. Podeszłam do lodówki, wyjęłam butelkę wytrawnego wina i z cichym stuknięciem postawiłam ją na stole. Sięgnęłam po kieliszki, które brzęknęły, ponownie przerywając ciszę.

– Dokończ obiad – poleciłam Patrykowi. – Czeka nas długa rozmowa, więc lepiej, żebyśmy byli najedzeni.

Poczułam nagły przypływ determinacji. Chciałam zawalczyć o ten związek. Już wiedziałam, że pod maską twardziela kryje się wrażliwy mężczyzna, któremu zależy na szczęściu syna tak samo, jak mnie. Nasze dzieci już zawsze będą częścią naszego życia i jeżeli chcieliśmy być razem, musieliśmy pomóc im zaakceptować nowy stan rzeczy i zmierzyć się z emocjami, które bez wątpienia się pojawią.

– Przepraszam cię, kochanie – powiedział Patryk, stawiając naczynie z parującą zapiekanką na stole.

Sięgnęłam po kieliszek i pociągnęłam łyk orzeźwiającego wina. Mieliśmy jeszcze co najmniej 2 godziny, zanim chłopcy wrócą do domu po skończonych zajęciach i treningu.

Nie wiem, jak obchodzić się z kobietami. Wszędzie węszę podstęp. Boję się, że i ty mnie porzucisz – wyznał niespodziewanie Patryk. – Nie chciałem zabrzmieć tak… niegościnnie.

– OK, przeprosiny przyjęte – położyłam swoją drobną dłoń na jego dużej ręce.

Przeszył mnie dreszcz

Tak samo jak wtedy, kiedy nasze dłonie przypadkowo zetknęły się ze sobą po raz pierwszy, a my wymieniliśmy znaczące spojrzenia.

– Jeszcze nieraz się pokłócimy. Musimy nabrać wprawy – poklepałam go leciutko. – Pierwsze koty za płoty.

– Chcę od ciebie tylko jednego – Patryk przykrył moją dłoń drugą ręką i tak mocno ścisnął, że prawie zabolało. Spojrzeliśmy sobie głęboko w oczy. – Przestań mnie do niego porównywać.

– Patryk… – jęknęłam, oblewając się rumieńcem.

Nie zdawałam sobie sprawy, że on to wyczuwa. Wydawało mi się, że to wszystko dzieje się tylko w mojej głowie. Tymczasem on wiedział, że wciąż wracam myślami do dawnych lat, kiedy tworzyłam rodzinę z Krystianem.

– Dobrze, nie będę – obiecałam. – Zaczynamy nowe życie, nowy rozdział.

Zapanowała cisza, przerywana metalicznym szczękaniem sztućców. Zapiekanka była pyszna, ale w powietrzu wciąż wisiały niewypowiedziane słowa.

A ty przestań myśleć, że cię porzucę, OK? Mów mi, kiedy masz z czymś problem – poleciłam. – Nie jestem z porcelany. Długie lata radziłam sobie sama i jakoś się nie potłukłam. A teraz mam ciebie, więc powinno być łatwiej, nie trudniej.

– Weźmy ślub, jeśli chcesz, jeśli tego potrzebujesz jako dowodu mojej… no wiesz.

– Wiem, kochanie, ale może oświadczyny zostawmy sobie na kiedy indziej, co? – zaśmiałam się. – Chyba już dość wrażeń jak na jedną rozmowę…

Patryk pochylił się nad stołem. Kciukiem otarł mi usta, a potem mnie pocałował.

Poczułam rozchodzące się po całym ciele ciepło

Już dawno nie czułam się tak szczęśliwa, jak w tamtej chwili, u jego boku, w jego domu, który powoli stawał się naszym. To był moment, w którym zrozumiałam, że to, co dzieje się tu i teraz, jest najważniejsze. Przeszłość, nawet jeżeli przyniosła piękne chwile, trzeba zostawić za sobą. Nagle trzasnęły drzwi.

– O nie! – jęknął zniesmaczony Sebastian, stając w progu kuchni.

– To obleśne! – zawtórował mój syn, wyskakując zza jego pleców.

Sebastian spojrzał na niego z uznaniem i wyciągnął poziomo zaciśniętą pięść. Zrobili żółwika i Seba zarządził:

– Chodźmy do mnie.

I poszli. Razem.

– A kolacja?! – zawołałam za nimi.

– Daj im chwilę – powiedział Patryk, uśmiechając się błogo.

Początek naszego wspólnego życia nie był łatwy, lecz w końcu udało mi się jakoś dotrzeć do Sebastiana i przekonać go, że nie zrobię krzywdy jego tacie ani jemu. Chłopcy także znaleźli wspólny język, w końcu 3 lata różnicy to nie jakaś wielka przepaść. Wiele rozmów, nieprzespanych nocy, łez bezsilności, ale także niegasnąca determinacja – to był koszt, jaki musiałam ponieść, by ułożyć sobie życie na nowo u boku kochanego mężczyzny. Bez wątpienia było warto! 

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”