Związek fot. Panthermedia

Ona pomogła nam

Pamiętam, że gdy wymówiono nam mieszkanie, byłam załamana. Straciłam wiarę w ludzi, w ich dobrą wolę.
/ 10.05.2012 13:13
Związek fot. Panthermedia
Pewnego dnia zadzwoniła do mnie właścicielka mieszkania, które wynajmujemy z mężem, i oznajmiła, że jest poważny problem – podobno nie płacimy rachunków… Oblał mnie zimny pot! Jak to nie płacimy?! Przecież zgodnie z umową, od kilku miesięcy, każdy potwierdzony rachunek wręczamy właścicielce razem z czynszem za bieżący miesiąc.
– To jakieś nieporozumienie! O jaką sumę chodzi? – spytałam.
– Tysiąc dwieście złotych. Przyjdę do was wieczorem, to nie jest rozmowa na telefon.
Umówiłyśmy się na dziewiętnastą. Razem z Karolem przeanalizowaliśmy wcześniej wszystkie zapłacone rachunki. Z całą pewnością niczego nie pominęliśmy.
– Słuchaj, a może chodzi o tę niedopłatę za ogrzewanie? – spytał Karol.
– Niemożliwe. Wrzesińska powiedziała, że to rozliczy z administracją.
A jednak właśnie o to jej chodziło!
– Pani Jadwigo, przecież to rozliczenie dotyczy poprzedniej zimy, a wtedy tu jeszcze nie mieszkaliśmy – tłumaczył Karol.
– Ale wiosną wciąż grzali. Musicie mi do piątku zapłacić czterysta złotych.
– To tylko dwa dni – zmartwiłam się.
– Nie mamy teraz pieniędzy.
– To będziecie musieli poszukać innego mieszkania! – zapowiedziała właścicielka.
Byliśmy załamani. Już nam się wydawało, że mamy mieszkanie, w którym przetrwamy półtora roku do końca studiów. Po latach tułania się po różnych stancjach, po ślubie zamieszkaliśmy wreszcie sami w tanim, jak na wrocławskie warunki, mieszkanku.
Było stąd blisko na uczelnię, poza tym za siedem miesięcy miało urodzić się nasze dziecko, cieszyliśmy się więc, że przychodnia i park są tak niedaleko…

Cudem udało nam się na piątek pożyczyć pieniądze dla Wrzesińskiej. Karol pojechał je zawieźć i wrócił po godzinie.
– Wypowiedziała nam mieszkanie – powiedział zdenerwowany od progu. – I nie pytaj dlaczego, bo sam nie wiem. Wzięła pieniądze i wręczyła mi pismo.
Wynikało z niego, że za trzy tygodnie musimy się wynieść. Ale dokąd?
– Coś wymyślimy – powiedziałam i otworzyłam laptopa, żeby pogrzebać w Internecie i poszukać ofert mieszkań do wynajęcia
Nie miałam szczęścia. Oferty, owszem, były, ale albo drogie, albo daleko, albo nieaktualne. I tak przez kolejne dwa tygodnie. Zaczęliśmy się poważnie denerwować. Czas płynął, a my nie mieliśmy nic.
Karol próbował jeszcze negocjować z właścicielką, ale ona nie chciała nawet słyszeć o przedłużeniu terminu.
– Słuchaj – powiedział Karol na dwa dni przed terminem wyprowadzki. – Tu niedaleko, dwie ulice stąd, mieszka ciotka mojego kolegi z roku. Jest samotna i akurat straciła pracę. Chętnie wynajmie nam jeden pokój, bo nie ma z czego żyć.
– Żartujesz chyba! Nie będę mieszkała z jakąś ciotką! – zaprotestowałam. – Jak sobie to wyobrażasz? Wspólna kuchnia, łazienka, małe dziecko… Nie, nie, nie!
– Ona podobno jest w porządku, to nie jest zgrzybiała staruszka, tylko kobieta w okolicach pięćdziesiątki. Jarek mówi, że jest naprawdę fajna! Nieraz mu pomogła. Mamy mało czasu, nic nie ryzykujemy. Możemy pójść do niej nawet teraz.
Kwadrans później staliśmy na pierwszym piętrze starej kamienicy, przed wielkimi, rzeźbionymi drzwiami.
Rozejrzałam się i szepnęłam:
– To musi być duże mieszkanie.

Kiedy weszliśmy, w ogromnym przedpokoju przywitała nas miła, zadbana kobieta.
Mieszkanie było bardzo ładne i rzeczywiście duże. Trochę antyków, gustowne dodatki. Weszliśmy do salonu i wyobraziłam sobie, jak tu musi być pięknie, kiedy przez duże okna wpada słońce.
Pani Małgorzata poczęstowała nas herbatą i ciastem.
– Nie piekę zbyt często, bo nie mam dla kogo. Mój syn wyjechał z kraju i rzadko mnie odwiedza, a mąż zmarł wiele lat temu. Jarek uprzedził, że jesteście w potrzebie i, prawdę mówiąc, byłam pewna, że przyjdziecie – uśmiechnęła się. – Widzicie, zostałam sama na tych pięciu pokojach. W dodatku kilka miesięcy temu straciłam pracę, a w moim wieku już nie tak łatwo się gdzieś zaczepić. Pomyślałam, że mogę wynająć pokój lub dwa. Będę miała i pieniądze, i towarzystwo.
Spojrzeliśmy na siebie, a ona dodała:
– Nie bójcie się, nie będę się narzucać. Mam swoje życie i potrafię uszanować prywatność innych. A mieszkanie jest tak duże, że nawet jak urodzi się dzidziuś, może płakać w jednym końcu, a w drugim nie będzie nic słychać. Wierzcie mi, tu wychował się mój mąż z braćmi, wychowałam tu swojego syna, a i Jarek, mój siostrzeniec, też spędził w tym mieszkaniu kawał dzieciństwa. Wiem, że ma do tego miejsca duży sentyment. Domownicy czują się tu dobrze.

To jest jak sen! Na pewno zaraz się obudzę!
Aż niemożliwe, żeby udało się trafić na taki skarb! Pomyślałam, że pewnie cena będzie za wysoka albo gospodyni postawi nierealne warunki. Jakieś rysy na tym pięknym obrazie musiały być…
Ale nic takiego! Pokój, który przeznaczyła dla nas gospodyni, był ładny i duży, zaproponowana cena przystępna. Prawdę mówiąc, ogólne koszty mieszkania w tych komnatach były niższe niż w dotychczasowym lokum. Zgodziliśmy się bez wahania.
Następnego dnia wynosiliśmy nasze rzeczy ze starego mieszkania. Na schodach spotkała nas sąsiadka.
– Jednak pani Jadzia zdecydowała się państwu wypowiedzieć? – rzuciła. – Nie spodziewałam się. Ale ona się bała, że jak urodzi się dziecko, to nie będziecie płacić, i już się was nie pozbędzie…
– Jak to „przestaniemy płacić i się nie pozbędzie?” – nie wierzyłam własnym uszom!
– Pani Jadzia obejrzała taki program w telewizji. Ludzie wynajęli mieszkanie, nie płacili i nie można było ich wyrzucić, bo mieli małe dziecko.

Było nam przykro, że właścicielka mieszkania potraktowała nas jak potencjalnych oszustów. Jednak to dzięki jej podejrzliwości znaleźliśmy nowe mieszkanie, a właściwie… nowy dom.
Pani Małgorzata okazała się prawdziwym aniołem. Kiedy urodziła się nasza córeczka, zgodziła się nam pomagać. Nie za darmo, oczywiście. Ustaliliśmy stawkę za godzinę i nie musieliśmy szukać opiekunki.
Uzgodniliśmy też wzajemne granice i zasady wspólnego życia w mieszkaniu. Okazało się, że pani Małgorzata, mimo dzielenia kuchni i łazienki, rzeczywiście potrafiła uszanować naszą prywatność. Nie zrezygnowała też ze swojego życia. Często wychodziła albo zapraszała znajomych, a i my mieliśmy w tym względzie dużą swobodę. Mieszkało nam się z nią tak dobrze, że kiedy skończyliśmy studia, żal było wyjeżdżać.
Ostatniego wieczoru zrobiła dla nas przyjęcie, a my daliśmy jej pożegnalny prezent.
– Kochani, jesteście dla mnie jak rodzina, mam nadzieję, że będziecie mnie odwiedzać – powiedziała wzruszona. – Pomogliście mi bardziej niż ja wam. Nawet nie wiecie, jak bardzo! Zanim się zjawiliście, byłam załamana. Straciłam pracę i bałam się, że nie będę miała z czego żyć. W dodatku zostałam sama. Oderwaliście mnie od czarnych myśli, a pieniądze uratowały mój budżet. Dzięki wam pozbierałam się i zorganizowałam swoje życie na nowo!

Dzięki nam ułożyła swoje życie od nowa
Powiedziała nam, że w czasie, kiedy razem mieszkaliśmy, uczyła się nowego zawodu. Jak tylko wyjedziemy, zaczyna pracę.
– Spełniłam marzenie swojego życia. Nauczyłam się szyć i będę krawcową w teatrze – powiedziała to z dumą. – Kiedy byłam młoda, nie wypadało mi uczyć się krawiectwa. Tym zajmowały się dziewczyny w zawodówkach, a ja kończyłam liceum, musiałam skończyć studia i zająć się czymś pozornie bardziej szanowanym… Kostiumy teatralne zawsze mnie fascynowały. Teraz już nic nie muszę i nareszcie mogę robić to, co lubię. I jeszcze mi będą za to płacić!
Kilka miesięcy później pani Małgorzata chciała sprzedać swoje piękne mieszkanie, bo dla jednej osoby było przecież za duże. Jednak okazało się, że do kraju wraca jej syn z żoną i dziećmi, więc w pięciu pokojach znowu będzie miał kto mieszkać. A pani Małgorzata pracuje w teatrze i jest szczęśliwa. I mówi, że żałuje, że zmarnowała tyle lat na przerzucanie papierków w biurze.