Już cię nie zawiodę fot. Panthermedia

Już cię nie zawiodę

Przez lata tworzyliśmy idealnie zgraną paczkę: Kasia, Andrzej, Marcin i ja. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło.
/ 23.04.2012 16:17
Już cię nie zawiodę fot. Panthermedia
Ostatnio żyłam wyłącznie pracą. Miałam dobrą posadę w biurze rachunkowym i dzięki ogromnemu zaangażowaniu udało mi się utrzymać stanowisko kierownicze. Lubiłam swoje zajęcie.
Z naszej studenckiej paczki tylko ja pracowałam w zawodzie. Kaśka i Marcin, jej mąż, założyli niewielką galerię. Powodziło im się całkiem nieźle. Natomiast co do Andrzeja… O tym chłopaku nawet nie chciałam myśleć.
Przyjaciółka stawiła się u mnie punktualnie o 19.00. Wyściskałyśmy się, na ile pozwolił nam na to jej pękaty brzuszek, bo Kasia była w dziewiątym miesiącu ciąży i aż promieniała szczęściem.
Wkrótce ona zostanie mamą, a ja… ja będę…
– Jak się czujesz? Opowiadaj! – zażądałam, gdy posadziłam ją w wygodnym fotelu i podałam aromatyczną herbatę.
– Fantastycznie! Gdyby tak wyglądała każda ciąża, mogłabym urodzić nawet dziesięcioro maluszków – odparła.
Cieszyłam się jej szczęściem tak samo jak ona, więc kiedy w trakcie opowieści o szpitalu zapytała, czy będę jej towarzyszyć podczas porodu i ją wspierać, odparłam z przekonaniem:
– Oczywiście! Przecież obiecałam ci to już dawno, dawno temu!
Kaśka na chwilkę zamilkła, upiła łyk herbaty, po czym zadała mi pytanie:
– Matką chrzestną także zostaniesz, prawda? – i przyjrzała się mi uważnie.
Już miałam jej przypomnieć, że temat ten był również obgadany, ale coś mnie tknęło i postanowiłam się upewnić.
– Nadal chcesz, żeby ojcem chrzestnym był Andrzej? – spytałam.
– Tak – odparła. – W tej sprawie nic się nie zmieniło. Pamiętasz, że prosiliśmy go w tym samym momencie co ciebie.
Owszem, pamiętałam, lecz teraz nie mogłam ukryć ogarniającego mnie rozżalenia. Zarzuciłam ją gradem pytań:
– Jak możesz po tym wszystkim, co mi zrobił?! Przyszłaś tu, żeby się upewnić, czy z byłym narzeczonym zostaniemy chrzestnymi waszego dziecka? A gdzie lojalność przyjaciółki? Moje uczucia kompletnie się nie liczą?!
Kaśka odstawiła filiżankę i popatrzyła na mnie uważnie.
– Andrzej jest tak samo naszym przyjacielem jak i ty – stwierdziła dobitnie.
– Nawet jeżeli dopuścił się zdrady?! – odparowałam wściekła.
– Nas nie zdradził – zauważyła. – Nie zrezygnujemy z zamiaru wzięcia go na ojca chrzestnego tylko dlatego, że wasz związek się rozpadł. Andrzej popełnił błąd, źle cię potraktował i wie o tym, ale my przecież wciąż się z nim znamy.
– To w takim razie ja rezygnuję z bycia matką chrzestną! – uniosłam się.

Powinna trzymać moją stronę, po to są przyjaciółki
Kasia spoważniała.
– Wymagasz ode mnie, abym bezwarunkowo stanęła po twojej stronie i zniszczyła przyjaźń z Andrzejem – zaczęła. – Powtarzam ci, że mimo tego, co się między wami stało, oboje jesteście naszymi przyjaciółmi. Wspierałam cię, rozumiałam i podnosiłam na duchu, ale nigdy nie odsunęłam się od Andrzeja. On wie, co o nim myślę, ale nie wyrzucił mnie z tego powodu ze swojego życia.
I spojrzała na mnie ze smutkiem:
– Beatko, jeżeli przeszkadza ci, że chcę być wobec niego w porządku, to nie możemy dalej być przyjaciółkami.
Po tych słowach przyszła mama dźwignęła swój ciężki brzuch i ruszyła w kierunku przedpokoju.
– Z ust mi to wyjęłaś! – krzyknęłam, gdy zamykała za sobą drzwi.
Podeszłam do barku i nalałam sobie lampkę wina. Myślałam, że ukoi mój ból. Niestety, było odwrotnie…
Z Kaśką i Marcinem przyjaźniłam się jeszcze w liceum. Potem do naszej trójki dołączył Andrzej. Szybko staliśmy się parą. We czwórkę tworzyliśmy zgraną paczkę przyjaciół. Właściwie wszystko robiliśmy wspólnie: odrabialiśmy lekcje, chodziliśmy do kina, wyjeżdżaliśmy pod namiot, bawiliśmy się na studniówce.

Po maturze zaczęliśmy studia na tej samej uczelni. Ja zamieszkałam z Andrzejem w jednym pokoju w akademiku, natomiast Kaśka i Marcin wynajęli stancję. Tuż po obronie prac magisterskich, dwa lata temu wzięli ślub. My oboje byliśmy świadkami, wszyscy też wiedzieli, że zostaniemy rodzicami chrzestnymi ich pierwszego dziecka. Ustaliliśmy to dużo wcześniej, chyba jeszcze w szkole. Oni mieli nam się zrewanżować w taki sam sposób. I co? Na wielkich planach się skończyło…
To Marcin nakrył mojego narzeczonego na zdradzie. Początkowo myślał, że to jednorazowy wyskok, dlatego próbował przemówić Andrzejowi do rozumu, w nadziei, że tamten sam ze wszystkiego się wyplącze. Kiedy jednak okazało się, że mój ukochany od pół roku ma regularny romans, Marcin zawierzył sekret swojej żonie. Pewnej soboty, gdy Andrzej przebywał w „delegacji”, oboje zjawili się
u mnie. To, co powiedzieli, zwaliło mnie z nóg, a kiedy następnego dnia przyparty do muru narzeczony wszystko potwierdził, straciłam resztki złudzeń.
Nie mogłam uwierzyć, że mój narzeczony, przyszły mąż, a przede wszystkim przyjaciel, tak mnie potraktował…
Tylko dzięki Kasi i Marcinowi przetrwałam ten trudny czas. Bez nich z pewnością bym sobie nie poradziła. Minęło kilka miesięcy, nim stanęłam na nogi. Wiedziałam, że oni oboje utrzymują kontakt z Andrzejem. On zaś, choć ciągle był w związku z tą kobietą, odwiedzał ich sam. Do dziś mi to nie przeszkadzało.
A teraz? Jak to sobie Kaśka wyobraża? Że stanę ramię w ramię z Andrzejem w kościele, w którym mieliśmy przysięgać sobie miłość i wierność? Że będziemy razem trzymać dziecko, które zwiąże nas do końca życia? Jak ja się będę czuła, gdy Andrzej przyprowadzi na chrzest swoją obecną ukochaną? Będę ich oglądać na wszystkich urodzinach i innych rodzinnych uroczystościach maluszka?

Nalałam sobie kolejną lampkę wina i otworzyłam pudło z pamiątkami. Zaczęłam przeglądać nasze wspólne zdjęcia. Na większości byliśmy we czwórkę… W ręce wpadła mi podpisana przez Kasię pocztówka z serduszkiem. Z tyłu widniały słowa: „Jesteś najlepszą przyjaciółką pod słońcem! Cokolwiek by się działo, zawsze można na Ciebie liczyć!”.
Te słowa podziałały na mnie niczym kubeł zimnej wody. Tyle im obojgu zawdzięczam, a teraz stawiam żądania! Oboje wykazali się tak wielką lojalnością wobec mnie, a ja każę im wybierać…
Chwyciłam za telefon i wybrałam numer Kaśki. Nie odbierała. „Dobrze mi tak!” – pomyślałam, telefonując do Marcina. Odebrał po pierwszym sygnale.
– Właśnie miałem do ciebie dzwonić – prawie krzyczał do słuchawki. – Kaśka pojechała do szpitala, zaczęła nagle rodzić! Jestem trzysta kilometrów od Poznania i nie zdążę jej pomóc.
Mogłabyś…?

W tej dramatycznej chwili była zdana tylko na siebie
Nie dałam mu skończyć. Rzuciłam do telefonu, że już jadę; zapytałam jeszcze, o który szpital chodzi, i rozłączyłam się. Natychmiast wezwałam taksówkę. Po kwadransie dotarłam na miejsce.
Błyskawicznie odnalazłam porodówkę. Kaśka była jedyną rodzącą bez osoby towarzyszącej. Narzuciłam na siebie ochronny płaszcz i podeszłam do przyjaciółki. Spojrzała na mnie z wdzięcznością. Nie musiałyśmy nic mówić. Tyle lat prawdziwej przyjaźni sprawiło, że rozumiałyśmy się bez słów.
Po kilku godzinach, gdy obie ze zmęczenia ledwo patrzyłyśmy na oczy, trzymałam w ramionach najpiękniejszą istotkę na ziemi, która słodko kwiliła.
– Będę dla ciebie najlepszą matką chrzestną – obiecałam kruszynce i spojrzałam na moją przyjaciółkę, najszczęśliwszą mamę pod słońcem…