konflikt w związku fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

„Ojciec kochał porządek i wyzywał mamę od brudasów, a ona płakała po kątach. Nie chciałem, by mój związek tak wyglądał”

„– To nie jest tylko słoik! – wkurzyłem się. – To też wiecznie niedojedzone połówki pomidorów, bo je odkładasz do lodówki i kroisz następnego, a one się psują! To wiecznie otwarta pasta do zębów wyciekająca na blat i kubki po herbacie całe brązowe w środku! Nie mogę już z tobą!”.
/ 23.11.2022 22:00
konflikt w związku fot. Adobe Stock, LIGHTFIELD STUDIOS

Wiedziałem, że muszę zaproponować Martynie wspólne zamieszkanie. Była cudowną dziewczyną! Może trochę niezorganizowaną i roztrzepaną, ale i tak ją kochałem. Przygotowałem wszystko, żeby wprowadziła się do mnie jak na swoje.

– Serio? – ucieszyła się. – Od dawna chciałam z tobą mieszkać, ale ciągle mówiłeś, że jestem za dużą bałaganiarą!

– Bo jesteś! – pocałowałem ją prosto w usta. – Ale jakie to ma znaczenie, skoro jesteś kobietą mojego życia?

Zaśmiała się tym swoim cudownym śmiechem, w którym się zakochałem od pierwszego dnia, i obiecała, że będzie bardzo porządną współlokatorką.

Irytowało mnie jej bałaganiarstwo

Nie mogłem się już doczekać, kiedy każdego wieczoru będę zasypiać i każdego poranka budzić się koło mojej ukochanej. Specjalnie kupiłem nową pościel, oddałem jej całą komodę i pół szafy, a dla zabytkowej lampy, którą trzymałem na komodzie, znalazłem miejsce w dużym pokoju. Można pomyśleć, że to nic takiego, ale ja uwielbiałem wystrój mojej sypialni, jej nieskazitelny porządek i kolorowe światło witrażowej lampki padające na idealnie gładką powierzchnię blatu białej komody.

Już pierwszego dnia po wprowadzeniu się Martyna wypakowała wszystko z walizek i kartonów, ale jakoś marnie jej szło chowanie rzeczy do szaf. W końcu, po tygodniu życia w takim bałaganie, powiedziałem, że musi to posprzątać.

– Tak, jasne, wiem – rzuciła i zaniosła naręcze ubrań po praniu do naszej sypialni.

Znalazłem potem tę stertę za drzwiami i spędziłem godzinę na starannym układaniu ich w szafie. 

Jeszcze gorzej było w kuchni. Martyna starała się nie zapominać wkładać naczyń do zmywarki i ścierała blat czy stół, ale już zlewu nigdy nie myła i codziennie, mrucząc z irytacją, wyciągałem z niego resztki jedzenia. Kiedy wykipiało mleko, po prostu zalała wodą garnek, ale nie umyła płyty grzewczej. Wróciłem do domu przed nią i nie czekałem, aż to zrobi, tylko sam się wziąłem za mycie.

– Kochanie, przecież bym to zrobiła! – zawołała, wchodząc i widząc mnie ze zmywakiem w dłoni. – Rano się spieszyłam, trudno, żebym się spóźniła do pracy przez taką głupotę.

– Nie ma problemu – skłamałem, bo byłem zły, że kuchenka przez cały dzień była pokryta skorupą przypalonego mleka…

– Ale jakbyś mogła pozamykać i ustawić swoje żele i szampony w łazience, to by było super.

Zrobiła to, wzdychając ciężko, ale przy wieczornym prysznicu odkryłem, że żel do kąpieli o zapachu wanilii znowu jest odkręcony. Cholera… No a cierpliwość wyczerpała mi się ostatecznie, kiedy zobaczyłem, że moja śliczna odstawiła do lodówki pusty słoik po majonezie, zamiast go wyrzucić.

– Czemu tak robisz? – zapytałem.

Wyjąłem ten nieszczęsny słoik z lodówki i wyrzuciłem do kosza.

– Przecież albo będziesz musiała to później i tak wyrzucić, albo ja to muszę zrobić – wytłumaczyłem jej.

– No tak, chciałam to zrobić później. Nie musisz po mnie sprzątać – uśmiechnęła się. – Hej, kochanie, wyluzuj! To tylko słoik…

– Nie tylko słoik! – wkurzyłem się. – To też wiecznie niedojedzone połówki pomidorów, bo je odkładasz do lodówki i kroisz następnego, a one się psują! To wiecznie otwarta pasta do zębów wyciekająca na blat i kubki po herbacie całe brązowe w środku! U was w domu się tego nie domywało? I nie ścierało się po sobie podłogi po prysznicu?! Nie mogę już z tobą!

Widziałem, że mój wybuch ją wystraszył. Patrzyła na mnie jak na wariata, co jeszcze bardziej mnie rozzłościło. Zacząłem robić jej wyrzuty, że nie szanuje mojego mieszkania i tego, ile wysiłku włożyłem, żeby miło się w nim mieszkało.

– Czemu nie możesz schować tych cholernych majtek do szuflad? – nerwy puściły mi już ostatecznie. – Wszystko zawsze leży na komodzie! Cała twoja bielizna, skarpetki i te cholerne pozwijane rajstopy! Całe życie miałem czysty blat, budziłem się i był porządek, a teraz…

To tylko echa mojego dzieciństwa...

Przerwałem, bo Martyna nagłym ruchem sięgnęła po ścierkę kuchenną i zaczęła nią wściekle wycierać telewizor, a potem szafkę pod nim.

To nie ta ścierka! – krzyknąłem, nim zdążyłem się opanować.

Ale nie podałem jej właściwej ściereczki z mikrofibry, bo kiedy się do mnie odwróciła, zobaczyłem, że ma policzki mokre od łez. Ścierka wypadła jej z dłoni, a ona po prostu na mnie patrzyła, z opuszczonymi rękami i drżącymi ustami.

– Jarek, ja też już z tobą nie mogę – powiedziała cicho. – Strofujesz mnie jak dziecko na każdym kroku. Powtarzasz, że to jest twoje mieszkanie. Wracam z pracy zestresowana, bo nie wiem, o co znowu będziesz mi robił wymówki. Nie możemy tak żyć. Ja… nie mogę tak żyć…

Chciałem zapytać, po co się stresuje, skoro przecież wystarczy, że będzie po sobie sprzątać i chować te nieszczęsne rajstopy do szuflad, ale coś w wyrazie jej twarzy kazało mi się powstrzymać. Do tamtej pory sądziłem, że to ona jest problemem i jeśli ją „naprawię”, to nasze życie będzie wreszcie takie, jak powinno być. Ale w tym spojrzeniu było coś, co sprawiło, że się wystraszyłem.

– Zaraz, Martyna, dlaczego tak na mnie patrzysz? – zapytałem niemal bezwiednie. – Przecież my tylko rozmawiamy… Ustalimy zasady i wszystko będzie…

– Nie, Jarek – pokręciła głową. – Pamiętasz, jak we wtorek nakrzyczałeś na mnie, że mleko stoi nie tam, gdzie powinno? Bo ja je odstawiam na drzwi lodówki, a ty uważasz, że wtedy będzie krócej świeże. Ale ja tak odstawiałam mleko całe życie. I u nas sprzątało się raz w tygodniu albo wtedy, kiedy to komuś przeszkadzało. Mnie nie przeszkadza, że wychodzę do pracy, a kuchenka jest zalana. Po prysznicu, fakt, powinnam ścierać podłogę, ale zawsze coś się dzieje – ty mnie wołasz, telefon dzwoni… I ja wybiegam z łazienki, ale potem bym to zrobiła. Rzecz w tym, że ja nie mogę żyć z kimś, kogo wiecznie wkurzam i demoluję mu jego wymuskane mieszkanie. Sam mówisz, że to twój dom, a ja go nie szanuję. Dlatego myślę, że powinnam się wyprowadzić.

Byłem w szoku. Nie chciałem, żeby się wyprowadzała! Była moją śliczną dziewczyną, kochałem jej poczucie humoru, jej wrażliwość i nawet to jej roztargnienie! Wreszcie, pierwszy raz w życiu, wracałem po pracy do domu i cieszyłem się, że zastanę w nim kogoś, kogo będę mógł przytulić, a nie mojego zimnego, wymagającego ojca i całkowicie podporządkowaną mu matkę, która bała się głośniej kichnąć, żeby nie przeszkadzać panu mężowi, wielkiemu mecenasowi…

Nagle uświadomiłem sobie, że ten cały pedantyczny porządek i przymus sprzątania wszystkiego natychmiast, to było tylko echo dzieciństwa. Ojciec nie znosił nawet pyłku na podłodze, wymyślał wtedy mamie od brudasów i niechlujów i wypominał, że je jego chleb i żyje za jego pieniądze, a nawet nie potrafi zadbać o dom.

Wspólnie wypracowaliśmy kompromis

Dlatego ja i siostra sprzątaliśmy wszystko, co było nie tak, żeby ojciec nie miał się do czego przyczepić. Bo cichy, tłumiony płacz mamy w toalecie budził nas nocami, kiedy ojciec spał mocno jak zadowolony z siebie samiec alfa w swoim idealnie wysprzątanym pokoju…

– Nie! – doskoczyłem do Martyny. – Nie wyprowadzaj się! Proszę! Załatwię kogoś do sprzątania. Stać nas. Mnie stać. Nie będziesz musiała nic…

– Jarek – przerwała mi łagodnie, ale stanowczo – nie chodzi o to, że ja nie chcę sprzątać. Nie jestem leniwa i nie potrzebuję, żeby mnie wyręczała gosposia. Ja po prostu chcę… nie wiem… żyć na luzie, rozumiesz? Nie stresować się, że mleko źle stoi albo że pasta wycieka na umywalkę. Życie w idealnie czystym domu to nie jest rzecz dla mnie, ja i tak zrobię ci tu bałagan. A to twój dom i masz prawo mieszkać tak, jak lubisz. Ale ja też. A ja chcę mieszkać z otwartą odżywką do włosów i nie patrzeć, jak ktoś ją po mnie z irytacją dokręca. Bo mi to nie przeszkadza, ale wiem, że zawsze ja będę przeszkadzała tobie.

Chciała zacząć się pakować, ale jej nie pozwoliłem. Uznałem, że mam gdzieś, ile mleko będzie świeże i czy zlew w kuchni będzie brudny. Całe dzieciństwo i młodość żyłem w idealnie czystym, wręcz sterylnym domu, i to były okropne wspomnienia!

Ale nie byłem gotowy na życie w całkowitym bałaganie. Zaproponowałem więc kompromis: będziemy żyli tydzień w jej stylu i tydzień w moim. Od tamtego dnia w parzyste tygodnie roku w naszym mieszkaniu panuje idealny porządek, bo ja o niego dbam, a Martyna pozwala mi przestawiać mleko, wycierać kuchenkę i odkładać jej ciuchy do szaf.

W nieparzyste tygodnie nie wolno mi tego robić. To ona zajmuje się sprzątaniem i chociaż nie zawsze wszystko zrobi od razu, to jednak muszę przyznać, że w domu jest w sumie… normalnie. Nie idealnie, ale tak jak u innych ludzi. Po prostu widać, że tam mieszkamy, jemy, a czasami po posiłku zajmujemy się czymś zupełnie innym niż natychmiastowe sprzątanie ze stołu. To taki nasz mały kompromis, ale coraz bardziej przekonuję się do tego, że wolę nieparzyste tygodnie roku. Ale po prostu może tak działają kompromisy zawarte z kimś, kogo bardzo się kocha?

Czytaj także:
„Córka nie chce wziąć chłopa ze wsi, bo to pijaczyna i rozbójnik. Niech się cieszy, że ktokolwiek chciał taką starą pannę”
„Urodziłam sobie wnuki. Nieważne, co mówią inni. Byłam gotowa zastawić dom, byle spełnić marzenie córki o własnym dziecku”
„Szef wsadził mnie na minę, a potem zwolnił, żeby chronić swój tyłek! Z zachodniej firmy trafiłem na kasę do supermarketu”