zaniepokojona matka fot. Adobe Stock, Matthias

„Obcy facet zabrał mojego małego synka na mecz. Jak idiotka się na to zgodziłam, a potem szalałam z niepokoju”

„Posłusznie wyrecytowałam z pamięci PESEL młodego. Uszczęśliwiony Jasiek wyleciał na środek sklepu i zaczął odstawiać swój taniec radości. Podskakiwał, wymachiwał chudymi ramionami i śpiewał: >>Poolska gola! Poolska gola!<<. Otrzeźwiałam dopiero, gdy Jasiek wsiadał z Mateuszem do metra. Pociąg ruszył, pomachałam im na pożegnanie…”.
/ 06.09.2022 21:30
zaniepokojona matka fot. Adobe Stock, Matthias

Siedziałam na krześle jakiś metr od telewizora, napięta jak struna. Widziałam zieloną murawę boiska, małe figurki biegających w te i we wte piłkarzy. „Nasi” mieli stroje biało-czerwone z przewagą czerwonego, „oni” niebieskie…

– Cholera, no pokażcie publiczność! – mamrotałam pod nosem. – Ile można gapić się na tego Lewandowskiego!

Ilekroć kamera przesuwała się po twarzach rozemocjonowanych widzów, dopadałam do telewizora i wypatrywałam mojego Jaśka. Mateusz mówił, że mają miejsca gdzieś wysoko… Bez sensu, z góry pewnie nic nie widać. Jasiek więcej by zobaczył w domu, w telewizorze! Najchętniej pojechałabym na stadion, ale zanim bym tam dotarła z Bielan, mecz dawno by się skończył. Poza tym, może ten Mateusz wcale Jaśka na mecz nie zabrał? Boże, Boże, jaka ze mnie idiotka! Kretynka!

Mały jest wielkim fanem piłki

Prowadzę niewielki sklepik spożywczy. Od siedmiu lat. Tyle samo wychowuję synka, bez niczyjej pomocy. Mój pan mąż rozpłynął się we mgle, zniknął jak ten sen złoty, ledwo sędzia podpisała nasze papiery rozwodowe. Na szczęście Jasiek nie zdążył się do gnojka przywiązać, bo tatuś przez te dwa lata naszego małżeństwa prawie nie bywał w domu. Krzyżyk na drogę, grunt, że alimenty płaci.

Mam tylko synka, jestem jedynaczką, a matkę i ojca widuję jedynie latem, gdy raz w roku odwożę do nich nad morze Jasia. Sama na wakacje raczej nie mam czasu. Zresztą nieważne, bo nie o sobie chcę teraz opowiedzieć. Tylko o swojej głupocie. I naiwności.

Ten Mateusz to sympatyczny przedstawiciel takiej małej firemki produkującej napoje. Widujemy się prawie codziennie, ale wciąż mówimy sobie na pan i pani. Ja tam nie lubię się z obcymi spoufalać… Cholera jasna! Szlag!  Spoufalać się nie lubię, ale własne dziecko obcemu powierzyłam! Bo był taki miły, a Jaśkowi tak zależało, tak mnie prosił…

Tamtego dnia jak zwykle po szkole mały siedział u mnie w sklepie i coś tam sobie mazał w zeszycie przycupnięty z boku lady. Wszedł Mateusz, ja podałam mu druk zamówienia. Wtedy odezwał się Jasiek:

– Mamooo, a wrócimy dzisiaj przed dziewiątą do domu? Mecz bym chciał obejrzeć.

– No pewnie – obiecałam.

– O, czyżby siedział tu mały kibic? – wszedł mi w słowo Mateusz. – A byłeś kiedyś na stadionie? Na Legii albo Narodowym? Bo ja akurat mam bilety na dzisiaj na…

Dalej nie słuchałam, bo weszła klientka. Po niej jeszcze jedna i kolejna, tymczasem między Jaśkiem a handlowcem od napojów toczyła się jakaś gorąca dyskusja. Kątem oka widziałam zaróżowione policzki synka i blask w jego oczach, wyglądał na niesamowicie podekscytowanego. Piłka nożna to jedyna pasja, którą odziedziczył po tatusiu. Więcej pasji tatuś nie miał, chyba że alkohol.

Siedziałam jak na szpilkach

W pewnym momencie, gdy znowu zostaliśmy w sklepie sami, Jasiek podbiegł do mnie.

– Mamo, mamuuusiuuuu – zajęczał. Mogę jechać z panem Mateuszem na mecz? Mamo! Na Narodowy! Polska gra z Izraelem! Będą Piątek i Lewandowski!

– No co ty, pan Mateusz idzie pewnie ze swoimi kolegami…

– Miałem iść ze szwagrem, ale upał go pokonał, leży z gorączką. I mam wolny bilet – odparł na to handlowiec. – Już zapłacony, miesiąc temu kupowałem… Tylko PESEL Jaśka trzeba by było wpisać zamiast szwagra. Jakby co, mogę to od razu zrobić – to mówiąc, sięgnął do kieszeni po smartfona.

– Panie Mateuszu, no nie, tak nagle… Jasiu, nie możesz iść na mecz!

– Ale czemu?

– Bo… Bo to późno bardzo. Kto cię potem do domu odwiezie?

– Oczywiście, że ja, pani Agnieszko. Pojedziemy metrem, tak najszybciej. To dla mnie żaden kłopot – zaczął coś tam stukać w telefonie. – To jaki ten PESEL Jasia? – zapytał.

Nie wiem czemu, ale posłusznie wyrecytowałam z pamięci szereg cyfr. Uszczęśliwiony Jasiek wyleciał na środek sklepu i zaczął odstawiać swój taniec radości. Podskakiwał, wymachiwał chudymi ramionami i śpiewał:

– Poolska gola! Poolska gola!

Stało się. Ja, samotna matka, nieodpowiedzialna kretynka bez mózgu zgodziłam się, by obcy facet – no, nie całkiem obcy, ale i nie przyjaciel – zabrał wieczorem na mecz mojego syna. Mój skarb. Moje oczko w głowie.

Otrzeźwiałam dopiero w momencie, gdy Jasiek wsiadał z Mateuszem do metra. Pociąg ruszył, pomachałam im na pożegnanie i…

Rany boskie, Jasiek! Wracajcie! – darłam się jak opętana, biegnąc za oddalającym się składem. – Jasiu! Syneczku…

Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę. No a teraz siedziałam jak na szpilkach, czekając, aż ten cholerny mecz się skończy i mój skarb wróci do domu. Bo w to, że Mateusz okaże się pedofilem i mordercą, za nic nie chciałam uwierzyć… A jeśli jednak?! 

– Mamo! Mamo! Wygraliśmy! – radosny wrzask Jasia wyrwał mnie ze stuporu, w który zapadłam po zakończeniu transmisji.

A gdzie pan Mateusz? – zapytałam i szybko, żeby synek nie zauważył, otarłam łzy z policzków.

– Śpieszył się do żony, więc tylko wsadził mnie do windy. Wiesz, że on ma synka? Dopiero co mu się urodził! Ale super było! Mamo! I wygraliśmy! Cztery zero dla nas! Le-wan-dow-ski! Pooolska gola! 

Czytaj także:
„Dzieci przestały odbierać ode mnie telefony, bo narzekam na męża. Jak tu nie narzekać na tę ofiarę losu?”
„Po ciąży byłam jak tykająca bomba. Przemęczona i zaniedbana patrzyłam na wymuskanego męża i wpadałam w szał”
„Bogaty przyjaciel szukał matki dla córki i brutalnie się sparzył. Jak ćmy do ognia zlatywały się baby łase na jego kasę”