panthermedia_szwecja.jpg fot. Panthermedia

Nigdzie nie jadę

Postanowiłam wyjechać do Szwecji. Znalazłam tam szpital, który potrzebował pielęgniarek, a tutaj już nic dobrego mnie nie czekało. Wszystko się zmieniło, gdy poznałam Roberta. Teraz już nigdzie się nie wybieram. Zostaję…
/ 15.06.2011 06:09
panthermedia_szwecja.jpg fot. Panthermedia
Płatki śniegu wirowały w świetle ulicznych lamp. Wysunęłam język, aby pochwycić kilka nich. Nie miały smaku, co zawsze było rozczarowujące.
Lubiłam swoje samotne wieczorne spacery, kiedy wokoło nie było żywego ducha. Mogłam w spokoju przemyśleć sobie kilka ważnych spraw.
Na przykład, czy powinnam teraz wyjechać do Szwecji…?
Moja koleżanka, która zrobiła to trzy lata temu, zadzwoniła do mnie z informacją, że jej szpital potrzebuje pielęgniarek.
– Nie będziesz żałowała. Nic cię przecież nie trzyma w kraju, a tutaj zarobki są o niebo wyższe – kusiła.
Zrobiłam więc sobie listę. Wypisałam za i przeciw.
W rubryce „przeciw” znalazło się jednak niewiele punktów. Rodzice, którzy i tak mieszkają daleko ode mnie, nadal bardzo sprawni i zajęci sobą. Kawalerka, którą kupiłam trzy lata temu i nadal spłacałam kredyt. Ale ją przecież mogę wynająć. Co do przyjaciół, to nie mam ich w Polsce za wielu, a moja najbliższa przyjaciółka mieszka we Francji i kontaktujemy się na co dzień przez skype’a.
Za to rubryka „za” była zapełniona do końca kartki. Przede wszystkim w Szwecji na pewno zapomnę o moim nieudanym związku z Pawłem. Nasze rozstanie po trzech latach było burzliwe. Skąd mogłam wiedzieć, że ma jednocześnie kilka kobiet?
Do tego doszły niskie zarobki, takie sobie warunki pracy i niepewność jutra…
„Nic dobrego mnie tutaj nie czeka”… – napisałam na dole kartki z przekonaniem.
Następnego dnia szłam do pracy w domu spokojnej starości. Miałam może dwieście metrów do furtki, kiedy zobaczyłam panią Gertrudę. Ostrożnie stąpała w filcowych bamboszach po oblodzonym chodniku. Miała na sobie tylko szlafrok, w którym całkowicie ginęła jej drobna sylwetka.
Znowu uciekła! Wymknęła się przez furtkę z energią nastolatki, chociaż miała już 98 lat! Robiła to średnio raz na miesiąc, w przebiegły sposób wyprowadzając w pole nas, pielęgniarki i przysypiającego portiera…
Przyspieszyłam kroku i dogoniłam staruszkę. Obejrzała się zdezorientowana, na jej siwiuteńkich włosach błyszczały gwiazdki śniegu.
– Dzień dobry, pani Geniu, ładny dzisiaj dzień… – zagadnęłam, biorąc ją delikatnie pod ramię i zawracając w kierunku domu. Złapała moją rękę swoją kościstą, drobną dłonią.
– Idę do Andzi…
– Pójdziemy razem… – zapewniłam ją ze ściśniętym sercem. Do staruszki nie docierało, że jej córka zmarła dwa lata temu.

Zaprowadziłam panią Genowefę do jej pokoju, zmieniłam przemoczone kapcie i szlafrok, po czym dałam na rozgrzewkę ciepłej herbaty i na wszelki wypadek aspirynę. Następnie poszłam szukać swojej szefowej, aby powiedzieć jej o mojej rezygnacji.
– Zadzwoniła, że się źle czuje, to pewnie grypa… – poinformowała mnie koleżanka. – Nie będzie jej w pracy do końca miesiąca.
„No cóż… Co się odwlecze, to nie uciecze…” – pomyślałam.
Kilka godzin później do mojej dyżurki zajrzał przystojny mężczyzna.
– Podobno to pani znalazła dzisiaj moją prababcię. Dziękuję, że się pani nią zaopiekowała – powiedział.
– To moja praca – odparłam skromnie.
– Wiem, ale… Ona chyba sprawia państwu sporo kłopotu.
– Jak wszyscy starsi ludzie, którzy żyją we własnym świecie. Dla niej być może wcale dzisiaj nie padał śnieg, tylko była pełnia lata – uśmiechnęłam się i dodałam: – Wszystkich nas to kiedyś czeka, obyśmy tylko dożyli tak pięknego wieku, jak ona…
Odpowiedział mi uśmiechem.
– W każdym razie jeszcze raz dziękuję – odparł i wyszedł, mijając się w drzwiach z moją koleżanką.
– Fajny facet – stwierdziła. – Podobno niegłupi, ktoś mi powiedział, że jest doradcą finansowym.
– Dla mnie jest ważne to, że ma serce – odparłam. – Przychodzi regularnie do tej staruszki…
– No, i za każdym razem znajduje jakiś pretekst, żeby z tobą porozmawiać
– Klaudia puściła do mnie oko.
Kolejne dni mijały mi na rutynowych pracach i doglądaniu pensjonariuszy. Moja szefowa rozchorowała się na dobre i wszystko wskazywało na to, że będzie długo na zwolnieniu, co zmusiło mnie do odłożenia wyjazdu. Nigdy bym sobie bowiem nie pozwoliła na odejście bez rozmowy z nią, za dużo jej zawdzięczałam.

Jakoś tak po dwóch tygodniach dostałam po południu telefon.
– Przyjdź do pracy, proszę! – w głosie Klaudii pobrzmiewała panika. – Pani Genowefa znowu uciekła i nie możemy jej znaleźć! Jej prawnuk też już do nas jedzie!
Gdy przyjechałam na miejsce, cały personel był w stanie najwyższej gotowości.
– Rozdzielmy się i sprawdźmy najbliższe ulice. Jeśli jej nie znajdziemy w ciągu godziny, zawiadomimy policję – zadecydował prawnuk, po czym pociągnął mnie za sobą.
– Mogła już do tej pory przemarznąć na kość! – denerwowałam się.
Szliśmy ulicami, rozglądając się na boki.
– Może my też się rozdzielimy? – wskazałam dwa podwórka między blokami.
– Dobrze, tylko pozostańmy w zasięgu wzroku – zgodził się pan Robert.
Doszłam do ośnieżonych huśtawek, gdy od strony jednego ze śmietników dobiegły mnie ciche jęki. Pędem ruszyłam w tamtą stronę. Wciśnięta między pojemniki na śmieci siedziała pani Genowefa.
Cała drżała, więc zdjęłam błyskawicznie swój  płaszcz i owinęłam ją, wołając przy tym jej prawnuka.
– Babciu… – wyszeptał czule.

Zobaczył, że jestem w samym swetrze, więc zarzucił mi na ramiona swoją kurtkę.
Po czym wziął staruszkę na ręce jak dziecko i wróciliśmy do ośrodka.
Była wprawdzie wyziębiona, ale w dość dobrej formie. Od razu zajął się nią wezwany lekarz. Szybko zasnęła, wyczerpana swoją wyprawą.
Zaczęłam zbierać się do domu.
– Odwiozę panią – zaproponował pan Robert.
Nie protestowałam. Kiedy podjechaliśmy pod mój dom i miałam wysiąść, nagle pochylił się w moją stronę i pocałował mnie w policzek. Zmieszałam się…
– Przepraszam, to był impuls. Nie powinienem był… – on także poczerwieniał.
– Nie, dlaczego… To było nawet miłe
– pozbierałam się jakoś i wysiadłam.
„Muszę o nim zapomnieć, to nie ma sensu! – myślałam. – Podjęłam już przecież decyzję, że wyjeżdżam! Poza tym, co ja o nim wiem. Tylko tyle, że kocha swoją prababcię i zajmuje się finansami…”.
Kiedy następnego ranka wychodziłam do pracy, zaskoczył mnie widok znajomego auta stojącego pod klatką.
– Stał pan tutaj całą noc? – spytałam.
– Nie… Fizycznie nie, ale myślami tak – uśmiechnął się. – Pani Asiu, znalazłem wczoraj to. Musiało pani wypaść, kiedy wyjmowała pani z kieszeni rękawiczki – podał mi kartkę z moimi za i przeciw.
– I ja właśnie w tej sprawie. Wiem, że nie mam prawa wpływać na pani zawodowe i prywatne sprawy, ale… Czy mogłaby pani jeszcze zmienić zdanie i nie wyjeżdżać?
– Ale dlaczego? Pana prababcia ma przecież dobrą opiekę… – zaczęłam.
– Pani dobrze wie, że nie o nią tutaj chodzi! – przerwał mi łagodnie i wziął mnie za rękę. – Ja… No cóż, nie jest chyba tajemnicą, że bardzo mi się pani podoba. Dlatego chciałbym panią prosić, aby dała mi pani szansę…
Przymknęłam na chwilę oczy i wsłuchałam się w siebie.
– Dobrze… – wyszeptałam w końcu i wtedy poczułam na swoich wargach jego ciepłe usta. Już nigdzie mi się nie śpieszyło.
SKOMENTUJ
KOMENTARZE (0)