Kobieta, która tańczy w klubie fot. Adobe Stock

„Jestem nauczycielką, ale w weekendy tańczę na rurze. Mężowi, córce i rodzinie powiedziałam, że jestem kelnerką”

Wiem, że dla wielu ludzi moja praca wydaje się niemoralna, ale dla mnie taniec na rurze to sposób na pozbycie się kompleksów.
/ 20.11.2020 14:56
Kobieta, która tańczy w klubie fot. Adobe Stock

Obejrzałam się za siebie. Mężczyźni skandowali ochoczo, wymachując butelkami i szklankami z kolorowymi trunkami. Na początku byłam spięta – czułam, jakby w gardle utknął wielki kawałek jabłka. Trwało to jednak tylko chwilę. Zebrałam się w sobie, poprawiłam opięty kostium z rozciągliwego tworzywa i z uśmiechem ruszyłam przed siebie. Panowie szaleli. W głośnikach słychać było miękkie soulowe dźwięki, a na scenę, na której miałam występować, padał snop światła reflektora. Czekała już na mnie moja nowa koleżanka, bez której od trzech miesięcy nie przeżyłam żadnego weekendu. Byłyśmy gotowe. Ja – drobna blondynka i ona, wysoka na dwa i pół metra cienka metalowa rura. Chłodna jak lód. Przedstawienie ruszyło…

Nie jestem ładną dziewczyną. Długo tak o sobie myślałam i wyśmiewałam każdego, kto próbował temu zaprzeczyć. Zaczęło się już w domu, gdzie otoczona wianuszkiem ślicznych jak modelki, szczuplutkich sióstr, byłam brzydkim kaczątkiem. Odstawałam od nich – byłam niska, z piegowatą pyzatą buzią i paluszkami „jak serdelki”, z czego mój tata uwielbiał żartować. Ot, taki kompleks. Może nawet nie do końca uzasadniony, ale na pewno mający we władaniu tę część mojej świadomości, która odpowiedzialna jest za samoocenę. Nie zdołał poprawić jej nawet mój mąż, który twierdzi, że mam słodki uśmiech i promienne spojrzenie.

Na studiach nie było lepiej. Choć skończyłam z wyróżnieniem Akademię Wychowania Fizycznego, towarzystwo pewnych siebie koleżanek, nie dodało mi otuchy. Zaczęłam pracować w szkole, a po godzinach dorabiałam jako instruktorka aerobiku. Wielkich pieniędzy z tego nie było, ale uwielbiałam i dalej uwielbiam swoją pracę. Sport i taniec są dla mnie jak powietrze; nie umiem stać spokojnie, słysząc skoczne rytmy. Dlatego to do mnie zadzwoniła Basia, koleżanka z uczelni.
– Cześć kochana, słuchaj, mam dla Ciebie propozycję nie do odrzucenia. Znalazłam dla nas dwóch pracę w Warszawie – wyszczebiotała do słuchawki.
Ten ton głosu zawsze zwiastował jakiś szalony pomysł.
– Fajnie, a gdzie? W jakiejś restauracji czy w klubie? – zapytałam.
Gdy byłam nastolatką, dorabiałam jako kelnerka. Z Basią zawsze wiedziałyśmy, jak zgarnąć porządny napiwek.
– Lepiej! – świergotała koleżanka. – Spotkajmy się w Blue Cafe za godzinkę. Możesz, prawda? To do zobaczenie – rzuciła słuchawkę, nie czekając na moją odpowiedź.

Owszem, zaintrygowała mnie moja przyjaciółka. Zastanawiałam się, co też mogła wykombinować tym razem? Co to takiego – ta propozycja nie do odrzucenia? Stawiłam się więc w umówionym miejscu i kwadrans później wiedziałam już wszystko.
– Właśnie dowiodłaś, że masz coś z głową – kipiałam z oburzenia. – Nie zamierzam pokazać nawet pół obojczyka przed sforą podpitych facetów – dorzuciłam, widząc kpiący uśmieszek koleżanki.

Moja Basia, która znała chyba wszystkie moje zalety i wady, chciała zrobić ze mnie klubową tancerkę. Mało tego, sama zamierzała się w to zaangażować.
– Boli mnie to, jak bardzo mylisz pojęcia. Po pierwsze, nikt nie każe Ci się rozbierać. – zaczęła swój monolog. – Po drugie, całkiem niedawno słowa taniec, muzyka, śpiew podnosiły Ci ciśnienie, a tu miałabyś jeszcze z tego pieniądze – wiedziała, jak zaatakować.

Następnego dnia pojechałyśmy samochodem Baśki „kupić los na loterii”– jak mówiła koleżanka, czyli „złożyć podanie o pracę w małej restauracyjce” – tak przedstawiłam to znajomym, i tak mówię po dziś dzień.

Od razu po dostaniu się do centrum miasta poczułam przytłaczającą atmosferę pośpiechu. Po przejechaniu kilkoma głównymi ulicami, skręciłyśmy w małą alejkę. Na moje oko, całkiem elegancką.
– Możesz mi przypomnieć, dlaczego tu jestem? – zapytałam przekornie.
– Z przyjemnością. Jesteś tu po to, aby pomóc mojemu koledze z ogólniaka ściągnąć masę klientów do jednego z najbardziej ekskluzywnych lokali w mieście – niemal wykrzyknęła ostatnie słowa.
– OK. Ale jak tylko usłyszę, że szatniarek im nie brakuje, kradnę Ci samochód i uciekam – byłam gotowa to zrobić.

Zanim jednak zdążyłam to przemyśleć, stałyśmy już przed drzwiami z napisem: „Pracownia”. Ledwo zdążyłyśmy nacisnąć klamkę, a pojawił się potężny mężczyzna wciśnięty w kraciastą marynarkę.
– Dzień dobry – zaćwierkała Basia, rzucając zwalistej postaci słodki uśmiech. – My do szefa. Tam gdzie zawsze?
 – Pani Basia, proszę… Wiedziałem, że jeszcze pani do nas zawita. – puścił do niej oczko. – Widzę, że nawet z uroczą koleżanką. Zapraszam miłe damy do środka.

Pamiętam minę Jacka, wspomnianego szefa, który kazał nam się rozluźnić i pokazać, co potrafimy. Na początku bez szaleństwa, w rytm zwykłej rozrywkowej muzyki. Od razu poczułam się jak ryba w wodzie. Na dźwięk kilku pierwszych taktów poczułam, jak moje ciało unosi jakaś siła, zawsze dopadająca mnie na parkiecie. Na moment zapomniałam, gdzie jestem. Tańczyłam. Czułam, że robię to dobrze i się podobam. Kiedy muzyka ucichła, przez chwilę wszyscy milczeli. Pierwszy wyłamał się Jacek.
– Tego właśnie szukamy, dziewczyno, chyba tu zamieszkasz na stałe – wyrzucił z siebie, pocierając kilkudniowym zarost.

Nagle poczułam, że może jest to jakaś ciekawa alternatywa dla roli przykładnej żony, kochanej mamusi, pani nauczycielki i jeszcze kilku ról, jakie odgrywałam w swoim życiu. Dobrych ról. Dobrych, ale nudnych. Wciąż jednak miałam moralne wątpliwości związane z tym, na co miałam się zdecydować i wtedy właśnie wpadłam w sidła zastawione przez Jacka. Bezbłędnie wyczuł moje obawy.
– Aniu, jesteś czarującą, piękną osobą, której ruchy hipnotyzują, obezwładniają. Zgódź się. Jak się nie spodoba, to chociaż będę wiedział, że próbowałem – zakończył błagalnym tonem.

Tu mnie miał. Odpowiedziałam mu uśmiechem, dodając po chwili wahania.
– Dobrze, spróbujmy…
Nie myślcie sobie, że moje sumienie w tym momencie zamilkło. Wcale nie. Wątpię, abym potrafiła powiedzieć któregoś dnia, że jestem dumna z tego, co robię. Za każdym razem, kiedy widzę mój kostium, czuję, jak coś uwiera mnie w klatce piersiowej. „Co powiedzieliby ludzie z mojego miasteczka?” – myślę sobie i na chwilę przed występem zamykam oczy. Liczę w głowie osoby, które oszukuję, utrzymując, że znalazłam pracę w restauracji – męża, rodziców, znajomych. Wyobrażam sobie mojego Janka, który widzi swoją żonę wyginającą się przed tłumem pokrzykujących mężczyzn.

A ja w ten sposób leczę kompleksy. Wreszcie wiem, że się podobam. Patrzę na panów przychodzących po kilka razy na moje występy. Budzę w nich pożądanie. Dziwne, mówię o tym tak otwarcie... Jeszcze niedawno byłam szarą myszką, mającą zbyt krytyczne podejście do siebie, a tu nagle takie rzeczy.

Czasem chyba musimy przystać na bardziej lub mniej moralną propozycję, aby zyskać w zamian coś więcej niż tylko określony wpływ na konto. Ja tego bardzo potrzebowałam i wiem, że jest wiele kobiet, które znają ten ból, choć boją się zrobić pierwszy krok. Absolutnie nie namawiam nikogo do poniżania się czy oszukiwania najbliższych, ale raczej zastanowienia się, czy nie warto czasem zaryzykować?

Moja córeczka, Marysia, niedługo skończy dwa lata. Pewnie któregoś dnia opowiem jej o mojej rzekomo sezonowej pracy, która przerodziła się w weekendowe zajęcie także na czas roku szkolnego. Gdyby którego dnia ona chciała robić to samo, co ja... Cóż, nie pochwalę tego, ale wiem, że nie miałabym prawa jej niczego zabronić i chyba bym nawet nie chciała. Jeśli jej bilans zysków i strat wyglądałby tak samo jak mój – dostałaby moje błogosławieństwo i kilka porad.

Więcej listów do redakcji:„Adoptowaliśmy chłopca. Po 7 latach postanowiłam, że oddamy go z powrotem do domu dziecka”„Nie mieszkam z mężem, bo ciągle się kłócimy. Spotykamy się 2 razy w tygodniu i w weekendy”„Mąż miał na moim punkcie obsesję. Nie chciał się mną z nikim dzielić. To doprowadziło do tragedii”