„Miały być kwiaty i czekoladki, a był płacz i zgrzytanie zębów. Na szczęście, nawet w złym makijażu, potrafię uwodzić”

kobieta na randce fot. iStock, Deagreez
„Co za wstyd! Wyglądałam okropnie... Wokół moich oczu straszyły wielkie czarne plamy tuszu. Jak u pandy! Z daleka mogło to uchodzić za mocny makijaż. Z bliska wyglądało, jakby mnie ktoś właśnie wyciągnął z rzeki”.
/ 02.04.2024 15:00
kobieta na randce fot. iStock, Deagreez

Sobotę miałam drobiazgowo zaplanowaną: zakupy, sprzątanie i robienie się na bóstwo przed spotkaniem z Olafem. Znaliśmy się ze studiów. Potem zniknął mi z oczu aż do dnia, kiedy wpadliśmy na siebie koło parku. I umówiliśmy się na prawdziwą randkę.

W sobotę rano obudził mnie okropny swąd spalenizny. „Pożar!” – w panice poderwałam się z łóżka. Pożar? Niezupełnie... Moja siostra, wychodząc przed godziną, zapomniała wyłączyć kuchenkę i spalił się czajnik.

– Dobrze, że nie cała kuchnia – westchnęłam melancholijnie.

Rzuciłam się otwierać okna. Pal diabli czajnik, wodę na herbatę ugotuję w garnuszku, tylko niech zniknie ten zapach! Chwilę później ze zgrozą stwierdziłam, że w kranie nie ma wody. Biegnę na dół sprawdzić, co się dzieje. „Uprzejmie informujemy, że z powodu awarii w dniu jutrzejszym będzie brakować wody” – czytam karteczkę wywieszoną na drzwiach frontowych.

– Przepraszam, którego dziś? – spytałam sąsiadkę wychodzącą z bloku.

– Trzynastego – uśmiechnęła się.

Więc jednak chodzi o sobotę! Niebawem randka, a ja nie mam się gdzie wykąpać...

Zadzwoniłam do przyjaciółki

– Isieńko, potrzebuję pomocy! To znaczy łazienki z wodą na godzinę. I twojego lustra. Ugotuję ci za to obiad z deserem.

– Nie ma sprawy – odparła. – Ale są u mnie mamusi koty i strasznie rozrabiają. Jak ci to nie przeszkadza, przyjeżdżaj.

Spakowałam kilka moich kreacji, trzy pary szpilek i pojechałam.

Koty na pierwszy rzut oka wyraźnie mnie nie polubiły, choć zwykle zwierzęta raczej okazują mi sympatię. Może zrobiłam coś nie tak? A może zrozumiały, co o nich powiedziałam? Bo na ich widok wyrwało mi się:

– No, upasły się jak świnie hodowlane!

Nie, pewnie to przez ten dzień...

– Ja mam zlecenie, więc trochę popracuję, a ty szoruj do wanny – oznajmiła Isia.

– Nie, najpierw ugotuję obiad, potem zrobię się na bóstwo – zadecydowałam. – Miałam dziś przymusową pobudkę o ósmej i nic nie jadłam.

To prawda, już w drodze burczało mi w brzuchu. Pan siedzący obok spoglądał na mnie z niesmakiem. A może też był głodny? Zaplanowałam sobie, że przygotuję leczo, to mój popisowy obiad, prosty i pyszny.
Koty kręciły się między moimi nogami.

– Teraz to mnie lubicie, jak jedzenie pachnie, bestie! Ale przecież wy nie jecie warzyw – próbowałam przemówić im do rozsądku, na co one tylko odpowiadały miauczeniem.

Już prawie kończyłam. Mieszałam jeszcze sos, zrobiłam krok po pieprz i wtedy... niechcący nadepnęłam któremuś na ogon. On rozdarł się jak wściekła pantera i w sekundę wczepił mi się pazurami w nogę. Zawyłam z bólu.

Próbowałam go strząsnąć, ale był wczepiony we mnie z taką intensywnością, że mocując się z nim, zwaliłam garnek z prawie gotowym leczo i zawyłam z bólu jeszcze głośniej niż on przed chwilą.

– Beatko, co tu się dzieje? – Isia wpadła do kuchni i złapała się za głowę.

– Daję słowo, że łazienki nie zdemoluję – obiecałam ze skruchą.

I rzeczywiście

Wykąpałam się bez pośpiechu, ułożyłam włosy, umalowałam oczy. Nie szło mi to co prawda gładko, bo, a to tusz mi się rozmazał, a to kosmyk włosów nie chciał się ułożyć. W końcu dałam mu spokój: chcesz sobie odstawać, proszę bardzo! Podpięłam włosy za uszami. Może dziś tak będzie bezpieczniej. Kreację wybrałam razem z Iśką.

Wyszykowana stałam już na przystanku, gdy zadzwonił Olaf.

– Samochód nie chce mi odpalić – wysapał. Spotkajmy się godzinę później, dobrze? Coś wymyślę, żeby dotrzeć jak najszybciej.

Postanowiłam pojechać do restauracji, w której byliśmy umówieni, zrelaksować się po tym wyczerpującym dniu, poczytać coś przy lampce wina i poczekać na Olafa.

Niestety, stolik obok wkrótce zajęła rodzina z trójką maluchów. Dzieci wrzeszczały jak opętane, dzwoniły sztućcami o talerze i śmiały się głośno, a ich rodzice byli wyraźnie dumni, że mają tak radosne pociechy. Próbowałam czytać, ale to było absolutnie niewykonalne! Kiedy dotarł Olaf, byłam tak rozdygotana przez ten wrzask, że prawie do niego warknęłam, żebyśmy zmienili stolik.

– Nie ma sprawy, przynajmniej będziemy siebie słyszeli – zażartował Olaf.

Zaczęło być przyjemnie

Nowe miejsce i kolejna lampka wina ukoiły moje nerwy. Do czasu... W pewnej chwili weszli kolejni goście i wtedy okazało się, że to sala dla palących. Ci nowi ćmili papierosa za papierosem, sala natychmiast wypełniła się dymem. Pech mnie nie opuszczał.

– Wytrzymasz, czy znów zmieniamy miejsce? – spytał niespokojnie Olaf.

Nagromadzenie niesprzyjających okoliczności stawało się większe niż ustawa przewiduje. Zaczęło mnie to nawet bawić.

– Mam tylko nadzieję, że to, co nam podadzą, będzie pyszne i nasze męki zostaną wynagrodzone – odparłam z uśmiechem.

O ja naiwna! Jedzenie okazało się okropne. Sznycel twardy, ryż rozgotowany, a sałatki – z majonezem, choć wyraźnie mówiłam kelnerowi, że mnie majonez nie lubi.

Olaf aż się zagotował.

– Nie zostawię tu ani grosza! – wykrzyknął,  wstał gwałtownie od stolika, chwycił mnie za rękę i ruszyliśmy ku wyjściu.

Kelner zagrodził nam drogę z okrzykiem, że musimy zapłacić, inaczej nie wyjdziemy z restauracji. Olaf ominął go, pociągnął mnie za sobą i już chwytał za klamkę drzwi wyjściowych, kiedy kelner złapał go za marynarkę i wciągnął na środek sali. Zaczęli się szarpać.

Olaf w końcu nie wytrzymał i mu przyłożył. Kelner upadł, a my uciekliśmy z restauracji, nie płacąc jak jacyś menele. Ja w szpilkach, a Olaf bez płaszcza, bo w nerwach zapomniał, że w takowym przybył. Po drodze mnie się rozmazał makijaż, natomiast Olaf wdepnął w kałużę i cale spodnie pochlapał błotem.

– Wyglądam jak kupa nieszczęścia! – roześmiał się. – O, ty też!

– To był najpiękniejszy komplement, jaki dziś usłyszałam – podziękowałam kwaśno.

– Czekaj, może pójdziemy na drinka? Znam tu obok fajną knajpkę – próbował ratować sytuację.

– Dobrze, jeśli będziesz udawał, że nie słyszysz burczenia w moim brzuchu. Może jednak zjemy coś po drodze?

Poszliśmy do... budki z kebabem

Czy można nie uczyć się na błędach? Można... Skoro miałam pecha cały dzień, jak mogłam wybrać na pierwszą randkę kebab, najbardziej kłopotliwe danie pod słońcem?! To, co działo się potem, po prostu musiało się stać. Jakiś typ mnie potrącił; wpadłam z kebabem na Olafa i jego marynarkę, która miejscami straciła kolor. Olaf zaklął, ja struchlałam, koleś przeprosił i zniknął.

Uznałam, że to koniec randki... Ale nie Olaf! Poszliśmy na drinka do tego baru. Znów zaczynało być naprawdę miło.

– Wiesz co, zawsze byłaś super, ale teraz naprawdę mi zaimponowałaś – niespodziewanie wyznał mi Olaf. – Jesteś pierwszą znaną mi dziewczyną, która nie przejmuje się tym, że ma rozmazany makijaż!

Zaczęłam przekopywać torebkę w poszukiwaniu lusterka. Co za wstyd! Wyglądałam okropnie... Wokół moich oczu straszyły wielkie czarne plamy tuszu. Jak u pandy! Z daleka mogło to uchodzić za mocny makijaż. Z bliska wyglądało, jakby mnie ktoś właśnie wyciągnął z rzeki...

– O Boże – jęknęłam rozpaczliwie i zaczęłam chusteczką ścierać rozmazany tusz.

Olaf popatrzył na mnie z czułością i nachylił się nade mną.

– Dla mnie wyglądasz pięknie – szepnął.

I pewnie w tym momencie znów stałoby się coś, co by nam przeszkodziło, ale na szczęście wybiła północ. Ten pocałunek był początkiem naszej miłości...

Czytaj także:
„Po 30 latach zostawiłem żonę dla kochanki. Po co mi w łóżku stare próchno, jak mogę mieć rumianą Słowiankę?”
„Brat bez hamulców zdradzał żonę ze swoją szefową. Nie mogłam pozwolić, by sprzedał rodzinę dla kilku groszy”
„Teściowie chcieli dla swojej córki księcia z bajki. Na nasze pierwsze spotkanie, poprowadzili swoich kandydatów”

Redakcja poleca

REKLAMA