Myślę, że nie stało się nic

Moje marzenie o wielkiej miłości okazało się tylko pyłem na wietrze.
Tyle lat słyszałam ulubione powiedzenie mojej mamy, że nie buduje się szczęścia na cudzej krzywdzie. Ale dopiero teraz zrozumiałam, jak bardzo jest to prawdziwe... Moje marzenie o wielkiej miłości okazało się tylko pyłem na wietrze.



W dzieciństwie lubiłam dużo czytać i układać krótkie wierszyki. Byłam taką romantyczką, która uwielbiała siadać mamie na kolanach i słuchać opowieści o księżniczkach, czekających na księcia na białym koniu. Podczas, kiedy większość moich przedszkolnych koleżanek marzyła o tym, żeby zostać sławną piosenkarką albo aktorką, ja chciałam być pisarką. Wyobrażałam sobie, że jestem autorką romantycznych powieści.
Mama uśmiechała się dobrotliwie, kiedy niemal co drugi dzień wyciągałam ją na "książkowe" zakupy i z dumą opowiadała koleżankom o córeczce, która nie potrafi przejść obojętnie obok okna wystawowego osiedlowej księgarni.
Po maturze, wybór studiów był dla mnie oczywisty. Śpiewająco zdałam na polonistykę i już na pierwszym roku studiów, nauka pochłonęła mnie niemal całkowicie. Nawet wolny czas spędzałam w bibliotece. Moja młodsza siostra, Kasia próbowała mnie czasem wyciągnąć z domu, poznać ze swoimi znajomymi, ale mnie interesowały głównie książki, a rówieśnicy wydawali mi się dziecinni i niedojrzali. Marzyłam o wielkiej, romantycznej miłości takiej, jaką przeżywały bohaterki uwielbianych przeze mnie romansów.
Kiedy ja zaczynałam ostatni rok, moja siostra dostała się na dziennikarstwo. Po pierwszym semestrze postanowiłyśmy wyjechać razem na ferie zimowe. Trzeciego dnia pobytu, Kasia złamała nogę. Złamanie było skomplikowane. Lekarze powiedzieli, że konieczne będzie kilkumiesięczne leżenie w łóżku, a potem długa rehabilitacja.
Kasia na początku była załamana. Nie chciała za żadną cenę przerwać studiów. Rodzice namawiali ją, żeby wzięła urlop dziekański i po wakacjach wróciła na uczelnię, ale ona nie dała się przekonać za żadne skarby świata. Postanowiła poprosić o indywidualny tok studiów.
– Koledzy mogą mi podrzucać notatki, będę się uczyć w domu. I tak nie mam tu przecież nic do roboty – mówiła.
– Zresztą, do czego to podobne, żeby rodzice namawiali dziecko na wagary!?
– uśmiechała się, próbując rozładować napiętą atmosferę.
W końcu ulegliśmy. Następnego dnia pojechałam do dziekanatu, żeby spróbować załatwić Kasi ten indywidualny tok studiów. Czekając w kolejce, chciałam poczytać. Zaczęłam szukać książki w mojej wielkiej, zawsze wypchanej torbie. Wysunęła mi się z rąk i cała jej zawartość wylądowała na podłodze. Przykucnęłam, żeby to pozbierać. Nagle obok ktoś się pojawił i zaczął zbierać rozsypane kosmetyki. Podniosłam głowę i zobaczyłam mężczyznę, na widok, którego mowę mi odebrało. Był starszy ode mnie. Dużo starszy. Na oko, jakieś 45 lat albo i więcej. Przystojny. Ciemne włosy przyprószone siwizną. Doskonale skrojony garnitur. I te oczy...
Poczułam, że ziemia usuwa mi się spod stóp. Po chwili uświadomiłam sobie, że uśmiecham się głupio i robię maślane oczy do obcego faceta, który w dodatku mógłby być moim ojcem. On chyba widział, jakie wrażenie na mnie zrobił. Uśmiechnął się i powiedział tylko: "Czy pozwoli pani sobie pomóc?".
"Cóż za klasa" – pomyślałam. Żaden chłopak w moim wieku nie odezwałby się w ten sposób. Kiedy ten mężczyzna na mnie patrzył, poczułam się prawdziwą kobietą. Od razu przypomniały mi się wszystkie miłosne sceny z filmów.
i zrozumiałam, jak czuła się bohaterka uwielbianej przez mnie powieści "Przeminęło z wiatrem", kiedy napotkała wzrok Reta Butlera. Przez chwilę wydawało mi się, że czas stanął.

Czy naprawdę można zakochać się w ciągu kilkunastu sekund?
Jak z oddali usłyszałam, że z dziekanatu wołają następną osobę i uświadomiłam sobie, że to moja kolej. Załatwiłam, co trzeba. Zostawiłam podanie i miałam zostać umówiona na rozmowę z dziekanem. Pani z sekretariatu obiecała zadzwonić do mnie w ciągu tygodnia.
Nie pamiętam, jak wyszłam z uczelni. Po raz pierwszy w życiu czułam nieodpartą potrzebę odbycia babskiego spotkania i zwierzeń "od serca". Pomyślałam o Marcie. Poznałyśmy się na pierwszym roku i trzymałyśmy razem do teraz. Poza tym, Marta miała dość duże doświadczenie w tych sprawach, bo zmieniała chłopaków jak rękawiczki, aż w końcu, w zeszłym roku wyszła za mąż za mężczyznę starszego od niej o dobre 10 lat. Pamiętam, że dziwiliśmy się wszyscy, co dorosły facet widzi w takiej smarkuli, ale widocznie miłość chadza sobie wiadomymi ścieżkami i w takich sytuacjach wiek nie ma naprawdę większego znaczenia.
Marta akurat była w bibliotece, więc wsiadłam w autobus i pojechałam do niej. Poszłyśmy do kawiarni i powiedziałam jej o niezwykłym spotkaniu.
– No, no... To chyba wpadłaś jak śliwka w kompot – prawie krzyknęła, kiedy skończyłam swoją opowieść.
– Ciszej. Jeszcze nas ktoś usłyszy – nerwowo rozejrzałam się, sprawdzając, czy ludzie na nas nie patrzą.

Co sprawiło, że czułam się tak, jak bym mogła przenosić góry?
– To teraz wiesz, co cię przez tyle lat omijało. Wiesz, co to znaczy czuć motyle w brzuchu. Przyznasz, że to świetne?
– On mógłby być moim ojcem. A poza tym, to ja nie wiem, czy go jeszcze spotkam – starałam się zachować rozsądek.
– Świat jest mały. Poznałaś go na dziennikarce, to pojedź tam jeszcze parę razy. Pewnie to jeden z wykładowców – Marta miała gotową odpowiedź.
– I uważaj, taka miłość bywa piękna, ale bardzo trudna – zażartowała.
A ja czułam się tak, że góry mogłabym przenosić. Jeżeli tak wygląda miłość, to rzeczywiście, mam czego żałować, że doświadczam jej dopiero teraz.
Przez kolejne dni żyłam jak w transie. Czekałam na telefon z dziekanatu, chciałam jak najszybciej pojawić się na wydziale siostry. Bo może znów go spotkam? Wbrew namowom Marty, nie miałam odwagi pójść tam bez pretekstu. W końcu zadzwonili. Miałam stawić się na spotkanie z dziekanem za dwa dni.
Jeszcze nigdy czas nie płynął mi tak wolno. Nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Rodzice widzieli, że coś się ze mną dzieje, bo myślami byłam gdzie indziej
i każde pytanie trzeba mi było zadawać po kilka razy. Mama wzięła to za przemęczenie i tłumaczyła, żebym przestała przesiadywać godzinami w bibliotece. Ale ja nie spędzałam czasu w bibliotece. Prosto po zajęciach biegłam do Marty i ciągle rozmawiałyśmy o tym samym. Zastanawiałyśmy się, kim on jest i czy coś z tego może wyniknąć.
Wreszcie nadszedł termin wizyty w dziekanacie. Całą noc nie zmrużyłam oka. Wstałam wcześnie, zrobiłam makijaż i włożyłam nową sukienkę.
– Masz randkę? – tata puścił oko, widząc mnie tak wystrojoną.
– Może – odpowiedziałam.
– Kochanie, pewnie będziemy niedługo mieć zięcia. O ile zda u nas egzamin
– krzyknął do mamy.
Byłam w dziekanacie pół godziny przed czasem. Musiałam mieć w końcu chwilę, żeby się rozejrzeć. A nuż go spotkam – myślałam. Snułam się po korytarzu, jak zaczarowana. Po pół godzinie oczekiwania, z pokoju dziekana wyszła sekretarka i poprosiła mnie do środka.
Weszłam i... serce mi zamarło. Tam siedział on. Mężczyzna moich marzeń był dziekanem mojej siostry. Widział chyba, że nie mogę wydobyć z siebie ani słowa, bo odezwał się pierwszy:
– Miło mi znów panią widzieć – uśmiechnął się ciepło. – Proszę usiąść. W czym mogę pani pomóc?
To spotkanie trwało chyba godzinę. Nie pamiętam, bo miałam wrażenie, że wszystko, co było wokół mnie gdzieś nagle znikło, a na świecie jestem tylko ja i on. Oczywiście załatwiłam sprawę Kasi. Wstając z krzesła, podziękowałam i prawie z rozpaczą myślałam, że pewnie go więcej nie zobaczę.
– Czy będzie nietaktem z mojej strony, jeśli zaproszę panią na kawę? – spytał nagle zupełnie swobodnie.
W jednej chwili stałam się najszczęśliwszą kobietą na świecie. I nie obchodziło mnie, że mógłby być moim ojcem. Nie pomyślałam nawet, że może mieć rodzinę – żonę, dzieci. To nie miało znaczenia. Liczyło się tu i teraz.

Czułam się piękna i atrakcyjna jak nigdy
Umówiliśmy się na następny dzień w jednej z najmodniejszych kawiarni w mieście. Potem spotykaliśmy się prawie codziennie. Po miesiącu miałam wrażenie, że on wie o mnie wszystko, a ja o nim... niewiele. Podczas spotkań to głównie ja mówiłam. Twierdził, że oczarowałam go swoją młodością i świeżością i czuje się wyróżniony, że taka piękna młoda kobieta chce spędzać czas w jego towarzystwie. Ach, jaka byłam szczęśliwa, kiedy to mówił...
– Opowiedz mi coś o sobie – poprosiłam któregoś razu.
Do tej pory wiedziałam o nim tylko tyle, że ma na imię Adam, że ma 47 lat i tytuł profesora. Nigdy nie opowiadał o swoim życiu prywatnym. A ja nie pytałam. Może po prostu tak mi było wygodniej? A może nie miałam odwagi zapytać? W końcu nie byliśmy "parą". Spotykaliśmy się co prawda prawie codziennie i Adam mnie ewidentnie podrywał, ale nic więcej.
– Dobrze. Opowiem ci, jeśli dasz się zabrać w weekend nad morze – odpowiedział.
Zgodziłam się. Bałam się, a zarazem bardzo chciałam z nim być.


Nigdy nie zapomnę tego weekendu
Zostaliśmy kochankami i było cudownie. Ale tuż przed powrotem, Adam opowiedział mi o sobie... Dowiedziałam się tego, co przeczuwałam od dawna. Był żonaty, miał dwójkę dzieci.
– No tak. Klasyczny romans – uśmiechnęłam się gorzko. – Wykorzystałeś mnie, żeby sprawdzić swoją męskość i poczuć się młodo? – pytałam.
Ale on zaczął mnie przekonywać, że od dawna nic go nie łączy z żoną i że właściwie tylko razem mieszkają.
– Stara śpiewka – mruknęłam.
Powiedział, że kiedy mnie zobaczył, zrozumiał, co znaczy pokrewieństwo dusz. I że modlił się, by mnie znów spotkać, bo jestem jego przeznaczeniem.
– A przed przeznaczeniem nie da się uciec – powiedział, patrząc mi w oczy.
Przekonał mnie, choć długo biłam się z myślami i z własnym sumieniem. Dziwiłam się potem sama sobie, że tak łatwo dałam się oszukać.
Po powrocie znad morza nic się nie zmieniło. Może tylko częściej, niż kiedyś bywałam smutna. Ale spotykaliśmy się, jak dawniej. Wierzyłam, że pewnego dnia on odejdzie od żony.
Rodzicom nie przyznałam się do niczego. Podejrzewali, że kogoś mam i bardzo się z tego cieszyli. Przecież do tej pory siłą trzeba było mnie z domu wyciągać. A teraz zaczęłam chodzić do fryzjera, kupiłam kilka modnych ciuszków. Mama wspomniała żartem, że mogłabym zaprosić tego tajemniczego wielbiciela na niedzielny obiad. Tata przekomarzał się, mówiąc, że jak tylko ten mężczyzna przekroczy próg naszego domu, to będzie musiał zdać u niego test. Inaczej nici z naszych randek. Wzruszały mnie te ich żarty. Wiedziałam, że rodzice mnie kochają, że zależy im na moim szczęściu. A jednak nie miałam odwagi powiedzieć prawdy. Nie wiedziałam, jak miałabym spojrzeć ojcu w oczy i wyznać, że mężczyzna, z którym się spotykam jest starszy od niego o dwa lata i w dodatku ma żonę i prawie dorosłe dzieci. Czułam, że nie pochwalaliby takiego związku. Mama zawsze mawiała, że na cudzym nieszczęściu, nikt swojego szczęścia nie zbuduje. Niby zgadzałam się z nią, ale …co innego mówić o tym tylko teoretycznie, co innego, kiedy dotyczy to Adama.
Mijały tygodnie. Już nie potrafiłam żyć bez niego. Czekałam na weekendy, kiedy to razem wyjeżdżaliśmy. Nie zdarzały się często. On tłumaczył, że musi spędzać trochę czasu z dziećmi, a ja starałam się być wyrozumiała. Czekałam cierpliwie. Nie chciałam wymuszać na nim decyzji o odejściu od żony. W głębi duszy liczyłam jednak, że taka sytuacja potrwa nie dłużej niż kilka miesięcy. Przecież on jest odpowiedzialnym człowiekiem, dlatego musi poukładać swoje sprawy – tłumaczyłam sobie, próbując oszukać własną intuicję.

Kiedy nasze oczy się spotkały, na chwilę serce chyba przestało mi bić
Ten dzień długo pozostanie w mojej pamięci. Wybrałam się z mamą po zakupy do centrum handlowego. Miała zamiar kupić sobie jakąś sukienkę i chciała, żeby jej doradzić.
Właśnie wychodziłyśmy ze sklepu, kiedy go zobaczyłam. Nasz wzrok spotkał się na ułamek sekundy. Serce chyba przestało mi bić. Stanęłam jak wryta, nie mogąc oderwać wzroku od... Nie, wcale nie od niego, tylko od kobiety, którą obejmował. To była jego żona. Piękna kobieta trochę młodsza od mojej mamy. I była w ciąży. Pewnie taka późna wpadka. Spojrzała na mnie widząc, że przypatruję im się z zainteresowaniem.
– Coś się stało? – głos mamy dobiegł mnie jakby z bardzo, bardzo daleka.
Patrzyłam na niego. Widziałam przerażenie w jego oczach.
"Tchórz – pomyślałam. – Bezczelny tchórz" – powtarzałam bezwiednie w myślach nie mogąc poruszyć ustami.
– Nie, mamusiu, nic się nie stało. Zupełnie nic – wzięłam mamę pod ramię i przyspieszyłam kroku.
– Dzień dobry, panie profesorze – uśmiechnęłam się zjadliwie, mijając go.
Kiwnął głową, zbladł, a potem się zaczerwienił. Wcale mu się nie dziwię. W jednej chwili mogłam sprawić, że jego życie rodzinne ległoby w gruzach. Nawet się za nim nie obejrzałam.
– Mamo, chodźmy na kawę – powiedziałam i uśmiechnęłam się, choć serce bolało mnie, jak nigdy dotąd. Miałam ochotę wyć, płakać, gryźć, kopać. Robić cokolwiek, byle całemu światu wykrzyczeć swój żal, ból i upokorzenie.
"Oszukał mnie drań" – myślałam. Zawzięłam się. Nic nie dam po sobie poznać. Nie chcę, żeby mama się dowiedziała. Gotowa jeszcze go dogonić i wykrzyczeć mu w twarz to wszystko, czego ja nie miałam odwagi nawet wyszeptać sama do siebie. Nic jej nie powiem. I nie spotkam się z nim już nigdy. Nie będę budowała szczęścia na krzywdzie innych. On nie zasługuje na szczęście.

Małgorzata Ł., 24 lata, studentka



SKOMENTUJ
KOMENTARZE (2)
/10 lat temu
romantyczki zazwyczaj tak koncza
/12 lat temu
niestety nawet człowiek z dyplomem profesora może okazać się zwykłym draniem....