Młodzi wyśmiewali moją sąsiadkę, bo pomagała kotom fot. Adobe Stock, Scott Griessel

„Młodzi ludzie potrafią być okrutni! Wyśmiewali i wyzywali moją koleżankę, która wszystkim pomagała z własnych pieniędzy”

„Inwestowała swoje pieniądze w lekarzy i weterynarzy. W zamian słyszała jedynie od sąsiadów kąśliwe i pogardliwe uwagi. Chciałem jej pomóc! – To nic nie da, Boguś – westchnęła Aldona. – Osiągniesz tylko tyle, że i ciebie wszyscy zaczną uważać za starego wariata”.
/ 05.08.2022 18:30
Młodzi wyśmiewali moją sąsiadkę, bo pomagała kotom fot. Adobe Stock, Scott Griessel

Wkurzała mnie już ta emerytura. To nie fair, żeby człowieka, który każdego dnia wstawał o szóstej, i pracował nieraz i do wieczora, nagle wysyłać na zieloną trawkę! Powinien być jakiś etap przejściowy, adaptacja, kwarantanna… A tu masz. Budzik wyłączony, a ja już i tak od dawna na nogach, ubrany, nawet w krawacie.

Tylko wyjść nie ma gdzie

Zrobiłem sobie kawę bezkofeinową (nadciśnienie), kanapki z pełnoziarnistego pieczywa (cholesterol), popiłem siemieniem (wzdęcia). Cholera. Tylko jeszcze bardziej się wkurzyłem. Życie przyzwyczaiło mnie do energicznych działań, kontaktów z ludźmi, podejmowania szybkich decyzji. Przez 40 lat byłem nauczycielem, a ostatnie dwie dekady spędziłem dodatkowo na dyrektorskich stołkach. Długi czas rządziłem kolejno kilkoma miejskimi podstawówkami, a na parę lat przed emeryturą w jednej z nich osiadłem w charakterze zastępcy. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję popracować tam dłużej. Moim szefem został kompletnie nieopierzony młokos, którego we wszystkim (poza prężeniem się na galach w kuratorium oświaty) musiałem wyręczać.

Niestety, nowy dyrektor – gdy tylko przyuczył się o tyle o ile – szurnął mnie w odstawkę. Ech, ta dzisiejsza młodzież. Klapa, goździk, uścisk ręki i… tym sposobem trafiłem w niebyt. Moja ukochana żona Halina zmarła dwa lata temu, córka Jolanta zawiesiła na kołku doktorat i pracuje w jednym z londyńskich hoteli, syn Paweł jest na placówce w Arabii Saudyjskiej. Nic tylko się zabić albo zacząć oglądać „M jak miłość”.

Na razie nie byłem jednak gotów na żadne z tych rozwiązań. Chodziłem więc na długie spacery, czytałem zaległe lektury, starałem się podtrzymywać nadwątlone zębem czasu przyjaźnie. Niestety, wszystko to razem wzięte nie zaspokajało mojej potrzeby działania.

Ile można czytać, oglądać i spacerować?

Ile da się wysiedzieć nad kolejną historyczną książką, w której autor rozpisał się o naszych narodowych klęskach? Najgorzej było jednak z reaktywacją dawnych znajomości. Koledzy z młodych lat albo pozamieniali się we wkurzających tetryków zrzędzących wyłącznie o swoich chorobach, albo… już ich nie było. Kurczę, no!

Miałem dopiero niewiele ponad 65 lat i nagle okazało się, że nikomu nie jestem już potrzebny! Emerytura, psia mać. Jak stary, to już musi być głupi? Po śniadaniu postanowiłem wyjść na dwór. Na złość tej mojej przeklętej emeryturze, zszedłem z 6. piętra po schodach i wkroczyłem na wyasfaltowane podwórko. Po prawej parking, po lewej… w sumie też, bo trawnik już dawno rozjechały stawiane tu przez sąsiadów samochody, na wprost wiata śmietnikowa. Mimo wczesnej pory słońce mocno już przygrzewało, poluzowałem więc krawat i rozpiąłem marynarkę. Trzeba trzymać styl.

Mijający mnie w drodze na przystanek faceci w sandałach, krótkich spodenkach i z teczkami w rękach budzili we mnie lekkie zażenowanie. Jak można tak się ubierać do pracy? Zamierzałem już się skierować do oddalonego o jeden tramwajowy przystanek parku, kiedy moją uwagę przykuł ruch od strony śmietnika. Przyjrzałem się uważniej. Jakaś pani, zdaje się, że nawet sąsiadka z bloku, wkładała ziarenka do karmnika dla ptaków i wykładała mięso dla kotów.

Stara wariatka! – prychnął mijający mnie akurat trzydziestolatek w koszulce. – Trzeba być głupim, żeby wydawać forsę na dokarmianie tych pchlarzy...

Zmierzyłem go surowym, pedagogicznym wzrokiem.

 – Trzeba w życiu robić to, co się kocha.

Obrzucił mnie dość bezmyślnym spojrzeniem, wzruszył ramionami i pognał dalej w swoją stronę. Popatrzyłem znowu na „starą wariatkę”. Po pierwsze, wcale nie była stara. Myślę nawet, że miała co najmniej 5 lat mniej ode mnie. Po drugie, miała życzliwą i inteligentną twarz.

W przeciwieństwie do młokosa, który ją właśnie obraził…

Choć sam zawsze byłem legalistą i raczej nie popierałem nielegalnego dokarmiania kotów, psów oraz gołębi (od tego są odpowiednie służby, czyż nie?), z przekory wobec niegrzecznego młodzika i niezgody na tytułowanie takich jak my emerytów epitetem „stary”, postanowiłem do kobietki zagadać.

– Dzień dobry, zapowiada się gorący dzień – odezwałem się.

Pani przyjrzała mi się z enigmatycznym uśmiechem.

Oni myślą, że skoro mam swoje lata, to już nie słyszę ich docinków – oznajmiła, prostując plecy.

Nie odpowiedziałem. Rozmowa zboczyła na nieciekawe tory. Czy zaraz będę musiał wysłuchać litanii jej pretensji i żalów wobec sąsiadów?

– Słuch mam dobry – dodała. – Dlatego słyszałam też, że wziął mnie pan w obronę. Dziękuję.

– Dżentelmen zawsze występuje w obronie słabszych.

Wcale nie jestem taka słaba! – zaperzyła się tak, że aż dostała rumieńców na ładnej twarzy.

– Tak czy inaczej, ten chłopak miał trochę racji – nie mogłem powstrzymać się od wygłoszenia uwagi. – Miejscem bezpańskich zwierząt jest schronisko, a nie podwórko. Nie powinno się zostawiać jedzenia na ulicy...

– A miejscem dla starszych ludzi ośrodek pomocy społecznej – dokończyła z szatańskim błyskiem w oku.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. A potem oboje się uśmiechnęliśmy. Miała na imię Aldona i zaprosiła mnie do siebie na herbatkę. Generalnie unikam wizyt u samotnych pań, ale ona zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że przepraszając w myślach Halinkę, zgodziłem się. I nie powiem, ciekawie nam się gawędziło.

Aldona nie była zwariowaną „kociarą”

Nie taką, która przez pół nocy gotuje cuchnącą strawę dla swoich podopiecznych. Poza dokarmianiem, sterylizowała je też i leczyła u weterynarza, płacąc za to z własnej emerytury. W zamian słyszała jedynie od sąsiadów kąśliwe i pogardliwe uwagi. Kiedy wychodziłem z jej mieszkania dwie godziny później, czułem się dziwnie lekki i pełen energii. Ha! Nareszcie miałem jakiś cel.

„Osoby, które nie wstydzą się pomagać, prosimy o przyniesienie w najbliższy czwartek do mieszkania pani Aldony (parter, lokal nr 47) karmy dla bezpańskich kotów. Mile widziane są też stare koce, miski, pledy, które zostaną przekazane schronisku dla bezpańskich zwierząt” – informację tej treści zawiesiłem nazajutrz rano, na tablicy obok wind.

To nic nie da, Boguś – westchnęła Aldona. – Osiągniesz tylko tyle, że i ciebie wszyscy zaczną uważać za starego wariata.

W odpowiedzi tylko chytrze się uśmiechnąłem.

– Nie zapominaj, że jestem pedagogiem – oznajmiłem. – Ludzie wcale nie są leniwi i źli. Trzeba tylko postawić im cel, a sama zobaczysz, ile da się wykrzesać z nich inwencji.

Tylko wzruszyła ramionami.

Mam teraz sporo roboty

I świetnie! W pierwszy czwartek przyszły zaledwie trzy osoby. Dostaliśmy dwa koce, jedną miskę i małe opakowanie karmy. Aldona jednak i tak wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Poczęstowała sąsiadów herbatą i świeżym ciastem, ja skoczyłem do sklepu po butelkę wina (chrzanić wzdęcia i cholesterol!). Było bardzo miło, rozmawialiśmy do wieczora, a wieść o „podwieczorkach czwartkowych” na parterze rozniosła się po całym bloku. Nikt już nie naśmiewał się z Aldony. Ludzie zaczęli mówić jej „dzień dobry”.

Tydzień później, w kolejny czwartek, stawiło się już 10 osób. Nie wszyscy chcieli zostać na herbatę, niektórzy wydawali się speszeni i jakby zawstydzeni, nasza akcja ewidentnie odniosła jednak sukces. Jeden z sąsiadów, mój równolatek z trzeciego piętra, zgłosił nawet chęć zapisania się w poczet wolontariuszy pomagających w schronisku.

To dało mi kolejny impuls do działania. Na tablicy ogłoszeń wywiesiłem kartkę z apelem o wstępowanie w szeregi wolontariuszy. I zgłosiły się następne osoby!

Od tamtej pory spotykamy się regularnie

Nasza grupa liczy kilkunastu stałych członków i drugie tyle dochodzących. Nawiązaliśmy stałą współpracę ze schroniskiem dla zwierząt, administracja osiedla udostępnia nam pomieszczenie klubowe, władze gminy sponsorują herbatę i ciastka. Oprócz pomagania czworonogom zorganizowaliśmy już akcję sprzątania osiedla, sadzenia trawy na rozjeżdżonym trawniku, powołaliśmy też straż sąsiedzką i patrole obywatelskie. A za kilka miesięcy, w przeddzień Wigilii, planujemy wielkie opłatkowe spotkanie sąsiedzkie.

Będą postne potrawy własnej roboty i chór aniołków złożony z osiedlowych dzieci. Przyznam, że mam z tym wszystkim masę roboty – decyzją ogółu zostałem mianowany nieformalnym przywódcą naszej grupy. Nie narzekam jednak. Wręcz przeciwnie! Nareszcie czuję, że jeszcze jestem potrzebny. I ta świadomość sprawia, że każdego ranka wstaję lekki jak w czasach, kiedy byłem młodym, pełnym pasji i marzeń nauczycielem. 

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”