kobieta, która miała fobię na tle ptaków fot. Adobe Stock, milanmarkovic78

„Nie chodziłam z córką do parku, w końcu przestałam wychodzić z domu. Wszystko przez tę koszmarna fobię”

„Tam, za murami bezpiecznej przystani było wrogie królestwo skrzydlatych potworów. Gołębie, wróble, wrony... Brr! Każde wyjście okupowałam wewnętrzną walką. W końcu przyznałam sama przed sobą, że potrzebuję pomocy. Poszłam więc do psychologa.”
/ 14.09.2021 13:23
kobieta, która miała fobię na tle ptaków fot. Adobe Stock, milanmarkovic78

Ludzie boją się – w sensie fobii – wielu rzeczy. Pająków, noży, liczby 13, klaunów. A nawet żółtek jajek! Każda taka fobia ma swoją naukową nazwę. Moja nie była wcale oryginalna: ornitofobia, czyli lęk przed ptakami.

Wyobraźcie sobie taką scenę – jestem w parku na spacerze z pięcioletnią córeczką

Idziemy, gadamy, śmiejemy się. I nagle widzę na polance obok małe stadko kaczek. Zajmują się swoimi sprawami i z pewnością nie zamierzają mnie zaatakować, ale mnie dopada panika – serce przyśpiesza rytm, dłonie się pocą, myśli zaczynają się rozbiegać, w głowie się kręci. Cały dobry nastrój diabli biorą. Szybko wracam do domu, ciągnąc zdumioną i urażoną córkę za sobą. Echa lęku mijają dopiero po paru godzinach.

Gorzej, że przez kilka dni mam opór przed ponowną wizytą w parku i kiedy moja przyjaciółka dzwoni i namawia mnie na spacer z dziećmi, wykręcam się, jak mogę. O mojej fobii nikomu nie powiedziałam. Mam taki charakter, że nie lubię okazywać słabości. Udaję, że jestem silna, odporna, ze wszystkim sobie poradzę. Mój mąż to uwielbia. Jak więc się przyznać, że zwykły wróbel wzbudza we mnie strach? Fobia nie istniała zawsze, pojawiła się cichaczem, gdzieś w okresie dojrzewania, wpierw w formie dziwnej niechęci do ptaków. Nie chciałam na nie patrzeć. Czasami czułam nieprzyjemny dreszcz. Ten paraliżujący, prawdziwy lęk pojawił się później.

Wróble, gołębie, nieważny gatunek. Wszystkie miały ohydne skrzydła i dzioby

Podobno takie lęki powstają w dzieciństwie, powodowane jakimś traumatycznym wydarzeniem. Jednak nie pamiętałam, by jakiś ptak kiedyś mnie przestraszył, zaatakował. Żadnych scen wyjętych z filmu Hitchcocka… Podpytałam nawet mamę, czy we wczesnym dzieciństwie miałam może jakiś incydent, ale nie. A może ją w ciąży przestraszył jakiś ptak? Nie. Generalnie w rodzinie nie mieliśmy zatargów ze skrzydlatym bractwem. Ślepa uliczka.

Starałam się nie zdradzać z fobią przed najbliższymi, bo to jest banda panikarzy, z moim mężem włącznie. Zaraz byłyby rodzinne narady, jak mi pomóc. Znając mojego ojca, wygrałby konkurs przerzucania się pomysłami i zamknęliby mnie w ptaszarni z kanarkami (bo to takie śliczne, niegroźne ptaszki), żebym behawioralnie pokonała lęk. Na samą myśl o tym czułam mdłości i miałam ochotę schować się w szafie.

Niestety, im miałam więcej lat, tym lęk był silniejszy. Zaczęłam mieć w końcu opory przed wychodzeniem z domu. Tam, za murami bezpiecznej przystani było wrogie królestwo skrzydlatych potworów. Każde wyjście okupowałam wewnętrzną walką. W końcu przyznałam sama przed sobą, że potrzebuję pomocy. Poszłam więc do psychologa. Po kilku seansach, z których nic nie wynikło, zmieniłam go na psychiatrę. Ten chciał mnie faszerować lekami, więc podziękowałam.

Załamana wreszcie powiedziałam mężowi o moim problemie

Musiałam, bo planował wyjazd całej rodziny na łono natury. Las, łąki, stada ptaków. Rozumiecie. Nie pozwoliliby mi siedzieć w namiocie. Już mu wcześniej powiedziałam, żeby na mnie nie liczył, bo szukam pracy. Asia idzie do szkoły, więc czas, żebym i ja powróciła do społeczeństwa. Jakoś nie był zbyt przekonany, że mówię prawdę, i atmosfera w domu nieco się skwasiła.

Zacząłem podejrzewać, że masz kochanka – powiedział z wyraźną ulgą, gdy wyjaśniłam mu prawdziwy powód niechęci do wyjazdu. – Zrobimy rodzinną naradę. Znajdziemy sposób, by ci pomóc.

„Tak, wielka klatka z kanarkami” – pomyślałam z rezygnacją. A jednak nie. Owszem, tata walczył dzielnie o swój pomysł, ale wygrała babcia Stasia. Babcia ma już prawie dziewięć krzyżyków na karku, ale umysł wciąż sprawny i rozległe zainteresowania. Ma trudności z chodzeniem, więc całymi dniami czyta i ogląda telewizję, zazwyczaj kanały edukacyjne. Lubimy z nią rozmawiać, bo zawsze opowiada nam ciekawe historie, o których się właśnie dowiedziała. I podczas tamtej rodzinnej narady też zabrała głos. Wszyscy natychmiast umilkli.

– A ja myślę, że to może być strach z poprzedniego wcielenia – powiedziała. – Niedawno przeczytałam w książce o eksperymentach z hipnozą regresywną. Nie wiem, czy teoria poprzednich wcieleń jest sensowna, ale ta terapia pozwala pozbyć się lęków, które, jak się wydaje, nie mają źródła w naszym obecnym życiu. Warto spróbować.

Zdecydowanie pomysł babci przebijał dzień w klatce z ptakami

Poszukaliśmy więc jakiegoś polecanego fachowca od tego typu terapii. Ku mojemu zaskoczeniu okazał się dyplomowanym psychiatrą w wieku emerytalnym.

– Szkoda, że nie przyszłam do pana wcześniej – powiedziałam, siadając w fotelu.
– Wszystko dzieje się w wyznaczonym czasie, miła pani – odparł.
– Jest pan fatalistą?
– Każdy, kto żyje wystarczająco długo, staje się fatalistą – uśmiechnął się.
– A ja nie wierzę, że ktoś lub coś układa nasze życie – stwierdziłam.
– Najwyraźniej za krótko pani żyje.

No i kółko się zamknęło. Ale nie przyszłam na towarzyskie pogawędki. Opowiedziałam o problemie, psychiatra skinął głową i zaczął swoje sztuczki, by wprowadzić mnie w trans. Wydawałoby się, że mamy pełną kontrolę nad naszą wolą, że co jak co, ale mózg jest nasz. Nic bardziej błędnego. Zanim się zorientowałam, byłam jedynie marionetką w rękach mego pana i władcy.

– Zamknij oczy, oddychaj głęboko. Wyobraź sobie, że idziesz w głąb długiego, ciemnego korytarza… Na końcu zobaczysz drzwi. Otwórz je i przejdź przez próg.

Głos zanikał i potężniał. Kiedy zrobiłam, co nakazał, znalazłam się w lesie. Potężne drzewa szumiały, ale nie czułam na skórze powiewu wiatru.

– Powiedz, co widzisz, kim jesteś, gdzie jesteś, kiedy jesteś…

Opowiadałam. Byłam kobietą, niedługo, w październiku, miałam skończyć trzydzieści pięć lat. Miałam długie rozpuszczone włosy i szarą lnianą suknię do kostek. Stopy o twardych podeszwach, przyzwyczajone do chodzenia po ziemi boso. Nie lubiłam ciżem, ocierały moją skórę i blokowały dostęp do energii Matki Ziemi. Byłam w chacie pachnącej rozwieszonymi ziołami, warzoną zupą. Za lasem była wioska, a w niej ludzie, którym pomagałam w chorobach. Byłam zielarką, mądrą, wiedzącą. Tak jak moja matka i jej matka.

One już nie żyły, a ja przejęłam ich „praktykę”. Ludzie mnie szanowali, dbali o mnie, jak ja dbałam o nich. Ale tego dnia bałam się – Kościół katolicki rozpoczął polowanie na uzdrowicielki, twierdząc, że jesteśmy kochankami diabła i trzeba nas zabić w imię jedynego Boga. Duchowni grzmieli z ambon, wzbudzając w sercach wiernych lęk i niechęć. Podejrzliwość. Odczuwałam to na co dzień – niechętne, nawet wrogie spojrzenia, czasem ktoś splunął, ktoś rzucił kamieniem. Pomyślałam, że czas odejść. Tylko dokąd? Nagle z drzewa zerwało się stado ptaków i odleciało z szumem skrzydeł. Drgnęłam przestraszona. Ktoś nadchodził…

– Jesteś bezpieczna, nic ci nie grozi. Co dalej? – odległy głos podziałał jak balsam.

Była noc. Wieczorem spakowałam się do drogi, miałam ruszyć nad ranem. Nie zdążyłam. Wpadli do chaty, z zasłoniętymi twarzami, bym ich nie rozpoznała i nie rzuciła na nich klątwy, jak przestrzegał proboszcz.

Jakbym znała jakieś klątwy, to już dawno bym ich użyła na tym wrednym człowieku…

Napastnicy – pewnie ci, których leczyłam ja i moja matka – wyciągnęli mnie z łóżka, pobili, zawlekli w głąb lasu i przywiązali do drzewa. I tam cierpiącą zostawili na śmierć. To było straszne. Nad ranem zleciały się ptaki – wrony, kruki – i zaczęły się mną pożywiać. To było takie realne, czułam powiew wzbijany ich skrzydłami, twarde, ostre uderzenia dziobów. Wypadłam z transu z krzykiem i płaczem. Psychiatra trzymał mnie za rękę i mruczał uspokajająco.

– Już koniec. Już po wszystkim, pamięć odchodzi, rany się leczą. Rozdział zamknięty.

Powoli uspokajałam się. Dostałam kieliszek koniaku i gorącą herbatę. Zanim minął kwadrans, wspomnienie zblakło, straciło swoją realną ostrość. Uspokoiłam się.

– To było takie prawdziwe…
– Zawsze takie jest.
– Poprzednie wcielenia istnieją?

Stary lekarz milczał przez chwilę.

– Według mnie tak. Zbyt wiele widziałem i słyszałem, by w to wątpić. Tak jak i w to, że tego typu traumatyczne przeżycia w jednym życiu wpływają na kolejne. Karma.
– Znów ten fatalizm – uśmiechnęłam się i wstałam z fotela.
– 17 października kończy pani trzydzieści pięć lat, prawda? – dodał.
– Tak – odparłam i olśniło mnie. Tamta ja, z przeszłości, też urodziła się w tym dniu. Zginęła na tydzień przed trzydziestymi piątymi urodzinami, ósmego października. Dzisiaj…

Czytaj także:
Zosia myślała, że to wyrostek. Nikt nie wpadł na to, że dziewczynka rodzi - miała 14 lat
Moja żona była w dzieciństwie molestowana. Wyparła te zdarzenia i doszło do rozdwojenia jaźni
Podczas operacji przeżyłem śmierć kliniczną. Nie boję się śmierci - już byłem po drugiej stronie