Zdradzona kobieta fot. Adobe Stock, Igor

„Mąż tak bardzo szukał mojej atencji, że zdradził mnie z moją przyjaciółką. Nakryłam go z kochanką na gorącym uczynku”

„Zaintrygowana chodziłam po pokojach, aż wreszcie dotarłam do pracowni. Tam byli, częściowo tylko ukryci za sztalugami. Nawet mnie nie zauważyli. Obróciłam się na pięcie gwałtownym, niezgrabnym ruchem i jakieś płótno spadło z łoskotem. Zamarłam. Marta wyprostowała się, a Mirek odskoczył od niej jak oparzony. Oboje mieli na twarzach całe mnóstwo czerwonej szminki”.
/ 24.11.2022 19:15
Zdradzona kobieta fot. Adobe Stock, Igor

Malowałam przez całą niedzielę, kolejne arkusze papieru lądowały w koszu, a ja wciąż byłam niezadowolona. Mirek od czasu do czasu próbował odciągnąć mnie od rozchlapanych akwareli, ale uparcie odmawiałam.

– Muszę to skończyć.

Nie szło mi. Czułam się coraz bardziej zniechęcona i wkurzona, machałam pędzlem z pasją, ale to nie przekładało się na zamierzony efekt.

– Nigdy nie skończysz, skoro co chwilę zaczynasz od nowa.

– Skończę. Namaluję to tak, żeby bez wstydu pokazać Marcie.

– Strasznie ci zależy.

Dosłyszałam kąśliwy ton, jakżeby nie.

– A żebyś wiedział, zależy. Ona uważa, że jestem bardzo zdolna.

– Pewnie każdą swoją kursantkę uważa za „bardzo zdolną” i sączy jej to w różowe uszko – stwierdził Mirek z krzywym uśmiechem.

– Żyje z tego. Musi was umiejętnie podkręcać, byście się nie zniechęcały i płaciły za lekcje.

Dzięki, kochanie. Przynajmniej wiem już, co myślisz o moich obrazkach.

– Co myślę, to myślę. Pewnie, że możesz sobie czasem w wolnych chwilach pomalować, czemu nie, to szlachetna pasja. Ale żeby psuć jedyny dzień w tygodniu, który możemy spędzić razem? No, nie przesadzaj, Monia. Rzuć to w cholerę i chodźmy coś zjeść.

– Nie jestem głodna. Odgrzej sobie pierogi i zajmij się czymś wreszcie, błagam.

– Myślałem, że po to ma się kobietę, by czasem zrobiła coś do jedzenia, przynajmniej w niedzielę. A już chociaż żeby dotrzymała człowiekowi towarzystwa.

– Och, nie marudź! Te twoje gadki mnie rozpraszają, to dlatego nic mi nie wychodzi. I wydzielasz złą energię. Zostaw mnie samą!

Zostawił. Nadął się i poszedł, nie mówiąc gdzie, a ja dalej walczyłam pędzlem. Obraz, który stał mi przed oczami, nie chciał się zmaterializować.

– Nie od razu Kraków zbudowano, Moniko, żeby coś osiągnąć, trzeba popracować, pomęczyć się. Nie tylko talent się liczy, zapewniam cię, sztuka żywi się ludzkim potem.

Pewnie wie lepiej, ale nie do końca jej wierzę

Moja pracowitość powinna się była już lepiej przełożyć. Z drugiej strony to trochę wszystko jedno. Od początku bardziej zależało mi na samych lekcjach z Martą, niż na ich efektach. Fascynująca kobieta: piękna, utalentowana, inteligentna, do tego obdarzona poczuciem humoru. Jak na artystkę przystało, wiedzie szalone życie, bywa na wernisażach, zna mnóstwo ludzi. Imponowało mi to bardzo, a fakt, że wyróżniała mnie spośród swoich uczennic, mile łechtał próżność.

Z każdym spotkaniem byłyśmy trochę bliżej siebie, uśmiechałyśmy się porozumiewawczo, mrugała do mnie okiem. A potem zaczęła zatrzymywać mnie po lekcji: „zjedzmy coś razem”. „chodźmy na spacer”, „pogadajmy”. Rozmawiałyśmy o życiu, głównie moim. Żadne tam ble ble ble. Sama nie wiem, kiedy zaczęłam się jej zwierzać. Rozumiała mnie jak nikt inny. Było w niej coś, co mnie otwierało na oścież.

Mogłam jej mówić rzeczy, których nie powiedziałabym nikomu innemu, ani Mirkowi, ani żadnej przyjaciółce. Miałam ich kilka i pojęcie przyjaźni dawno mi się zdewaluowało. Zajmowałyśmy się głównie plotkowaniem na temat dziewczyn akurat nieobecnych, miałam świadomość, że gdy nie ma mnie w ich gronie – tak samo bezlitośnie obgadują mnie.

Bardzo mi to nie przeszkadzało, przyjęłam konwencję, ale na wszelki wypadek pilnowałam języka. Pragnęłam być taka jak one, swobodna, nowoczesna, cool. Pochodzę z małego miasteczka i trochę się tego wstydzę, więc uwielbiam dziewczyny pewne siebie, bezczelne, złośliwe. I moje przyjaciółki takie są, i za to je podziwiam, ale kontakty z nimi pozostawiały zawsze jakiś niedosyt.

Skoro mnie kocha, ta moja pasja powinna go cieszyć

Marta wypełniła tę lukę. Była inna, dojrzała, mądra, doświadczona. Absolutnie obce były jej wszelkie pozy, popisy, przeglądanie się w czyichś oczach. Ta szczerość i otwarcie na ludzi zachwyciły mnie.

– Mirek nie lubi, jak malujesz?

Nie chciałam jej o tym mówić, ale w końcu to ze mnie wyciągnęła.

– Zasadniczo nie ma nic przeciwko temu, tylko czasem… – zawiesiłam głos, próbując odnaleźć odpowiednie słowa.

– Czasem co? Przecież z tego, co mówisz, wynika, że to niegłupi facet. I kocha cię. Powinno mu zależeć na tym samym co tobie. Na twoim rozwoju. Jeśli się spełnisz jako artystka…

– …ale jaka tam artystka, co ty mówisz, Marta, ja jestem zwykłą amatorką.

– Właśnie wiem, co mówię. Masz w sobie to coś, co każe ludziom chwytać za pędzel albo pióro, albo gitarę czy co tam jeszcze. Wielką wrażliwość, kreatywność i takie wewnętrzne rozedrganie, niepokój.

– I to mnie czyni artystką? – mruknęłam z powątpiewaniem.

– Tak. Jeśli uda ci się osiągnąć pewne umiejętności, opanować technikę, będziesz malować wspaniałe obrazy. Nie twierdzę, że zawisną one w muzeach, ale i tak warto je namalować. Będziesz wtedy szczęśliwsza, lepsza dla siebie, zatem i dla innych. Również dla tego twojego Mirka. Dlatego nie powinien ci przeszkadzać.

Chyba jest zazdrosny o moją nauczycielkę

– To ja mu przekażę twoje słowa.

– Zrób to.

Zrobiłam, ale wcale swojego chłopaka nie przekonałam.

– Mów, co chcesz, ale ja wyczuwam w niej zwykłą interesowność. Jej obrazy też nie wiszą w muzeach i może jest szczęśliwa, że je maluje, ale na pewno musi jeszcze coś jeść, płacić rachunki, utrzymywać dom. Kadzi wam, dziewczyny, a wy głupie jej wierzycie.

– Wcale nie nam, tylko ze mną się przyjaźni.

– Taka tam przyjaźń!

Mirek robił się zły, kiedykolwiek tylko rozmawialiśmy o Marcie. Nie lubił jej, choć nawet osobiście jej nie znał. Nie przeszkadzałoby mi to, gdyby nie atakował jednocześnie moich ambicji. Czynił to podstępnie. Ciągle coś wymyślał, żebym zwyczajnie nie miała wolnych chwil na malowanie.

A to wyjazd w jakieś cudowne miejsce, o którym mówią wszyscy znajomi („No i co, nie warto było?” – pytał potem triumfalnie, a ja nie mogłam zaprzeczyć), a to zakupy („Przydałaby ci się jakaś fajna kiecka”), a to grill u przyjaciół („Od pół roku nas zapraszają”), a to wizyta u rodziców, jednych, drugich („Całe lato na nas czekali”). Katusze cierpiałam, gdy chciałam mu odmówić, w końcu rezygnowałam dla dobra naszego związku. Marta wzdychała.

– Szkoda, bo inne dziewczyny dużo malują i robią postępy, a ty zaniedbujesz wszystko. Ale trudno, skoro go kochasz, skoro ci z tym dobrze… Twój wybór.

– Kocham go. Chciałabym wszystko pogodzić, a tu się nie bardzo daje… – przyznawałam.

– Mogłoby się dawać. Nie chcę ingerować w twoją prywatność, ale Moniko, na miłość boską, zawalcz o siebie. Ten facet traktuje cię jak własność, jak maskotkę, którą chce się nosić w kieszeni. Kompromis jest fajny, jeśli uznają go obie strony, a nie tylko zawsze jedna. Zawsze ty.

Dziecko to najlepsze hobby dla kobiety – powiedział

Gadałyśmy o tym dużo, ale nie tylko o tym. Z czasem tak to się poukładało, że chociaż przestałam być jej „najlepszą uczennicą”, to stałam się „najlepszą przyjaciółką”. Coraz później wracałam z lekcji do domu, nieraz zjadałyśmy razem kolację, piłyśmy wino. Mirek wznosił oczy do nieba.

– Ta baba przypięła się do ciebie jak rzep. 

– Po prostu lubimy się, rozumiemy. Powinieneś być zadowolony, że spędzam czas z nią, a nie tymi wariatkami, które mają na mnie zły wpływ.

– „Te wariatki” to twoje sprawdzone kumpele. A tej nie wiadomo, o co chodzi. Najlepiej daj sobie spokój z tym całym malowaniem. Co byś na przykład powiedziała o dziecku? Dziecko to najlepsze hobby dla kobiety, urodzisz, a wtedy głupie myśli z głowy ci wywieje. Jak każdej kobiecie.

Dziecko? Zadrżałam. Pewnie, że chcę zostać matką, ale żeby już teraz? Nie czuję się gotowa.

– Mam pomysł, Moniczko – Marta wyglądała na podekscytowaną – skoro ten twój tak mnie nie znosi, może się wreszcie poznamy, przełamiemy lody. Urządzam w sobotę maleńkie party. Bardzo maleńkie, z wiadomych powodów, ach, żebyś mogła zobaczyć, jakie imprezy się tu odbywały! Przyjdźcie koniecznie.

– Pewnie, że bym chciała, ale nie wiem, czy się Mirek zgodzi.

– Trochę go pourabiaj. Zdaje się, że taka cię czeka w życiu rola.

Odrobinkę to było złośliwe, ale machnęłam ręką. Chyba miała rację. Pogadałam z Mirkiem…

– Party u tej wiedźmy? Jeszcze czego. Przyjdą jakieś stare ciotki i ich dziady, co my tam będziemy robić, umrzemy z nudów.

– Będą tylko jacyś artyści. Marta jest fantastyczna, jej znajomi też, nieraz mi o nich opowiadała. Zobaczysz!

– Uhmmm. Jaka ty głupia jesteś, Monia, łatwowierna, naiwna gąska. Że też ja jeszcze z tobą wytrzymuję! W końcu sobie znajdę jakąś ciepłą kobitkę, co się artystycznie wyżywa w kuchni i piecze szarlotki.

– Proszę bardzo, znajdź sobie.

Przytulił mnie.

– Nie muszę, głuptasie. Wystarczy, że tobie wybiję z głowy te debilne pomysły. Dobra, pójdźmy tam. Ale następny weekend spędzimy z Robertami.

– Okej.

Wyglądała tak ślicznie, moja Marta, zawsze nieco zaniedbana, w dżinsach ubrudzonych farbą, a teraz w butach na wysokich obcasach i zwiewnej sukience podkreślającej kobiece kształty. Mirka lekko przytkało, inaczej sobie ją wyobrażał.

Przyszliśmy pierwsi, prowincjusze, reszta towarzystwa solidnie się spóźniła. Mirek i Marta przekomarzali się, żartowali i wygłupiali roznosząc jeszcze jakieś półmiski. Chyba naprawdę ją polubił, i to od pierwszego wejrzenia… Normalnie nie spuszczał z niej wzroku. I dobrze, pomyślałam.

W jednej chwili cały mój świat runął

W pewnym momencie straciłam ich z oczu. To było już pod koniec imprezy, trochę wypiłam, pozwoliłam się adorować jakiemuś starszemu panu, rzeźbiarzowi, było miło, ale nagle poczułam się zniecierpliwiona, znudzona. Chciałam wracać do domu. Gdzie ten Mirek, denerwowałam się.

Zaintrygowana chodziłam po pokojach, aż wreszcie dotarłam do pracowni. Tam byli, częściowo tylko ukryci za sztalugami. Nawet mnie nie zauważyli. Obróciłam się na pięcie gwałtownym, niezgrabnym ruchem i jakieś płótno spadło z łoskotem. Zamarłam. Marta wyprostowała się, a Mirek odskoczył od niej jak oparzony. Oboje mieli na twarzach całe mnóstwo czerwonej szminki. Marta odezwała się bardzo spokojnie.

– Wbrew temu, co teraz myślisz, nie uwiodłam go, Moniko.

Dalej stałam jak wryta.

– To nie ja za nim, to on latał za mną jak pies za suką przez cały wieczór. Aż mnie wreszcie dopadł, jak widzisz.

Nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam i usłyszałam. Nie mogłam też wydobyć z siebie głosu. Stałam jak słup jakiś.

– Nie słuchaj wiedźmy, Monia – mój narzeczony i niedoszły ojciec mojego dziecka usiłował zapiąć rozporek, ale ręce mu się trzęsły. – To stara k**** jest. 

Marta roześmiała się szyderczo.

– Może i jestem, ale ten twój chłopak to niezły kogut, jeśli wiesz, co chcę powiedzieć. Dobrze wiedział, jak się zabrać do rzeczy. Monika, uciekaj od niego. Szkoda cię, dziewczyno. Sama widzisz, ile jest wart.  Właśnie tyle – teatralnym gestem wskazała na Mirka, który dalej szarpał się z rozporkiem.

Czytaj także:
„Wdałem się w romans ze słodką grzesznicą. Byłem durniem, który stracił wspaniałą dziewczynę dla wyuzdanej kochanki"
„Siostra znalazła szemranego kochanka, który obiecał jej gwiazdkę z nieba. Wystarczy, że da mu kasę, którą weźmie... ode mnie”
„Chciałem zabrać żonę na wakacje, lecz do akcji wkroczyła teściowa. Ta wścibska baba wyrzuciła moje oszczędności do śmieci”