Kobieta w czerwonej sukience fot. Adobe Stock, Kzenon

„Mąż sprzedawał mnie swoim szefom, by dostawać awanse. Byłam tylko ślicznym dodatkiem, teraz jestem śmieciem”

„– Jak tu nie kochać Heńka – śmiałam się, pokazując prezent od męża siostrze. – On tak o mnie dba. – Tak, jak gospodarz o swojego konia, żeby mu nie padł przed orką – mruknęła Isia. Tak, byłam jego klaczą, zakładałam czerwone kieckę i zdradzałam samą siebie”.
/ 13.09.2021 22:29
Kobieta w czerwonej sukience fot. Adobe Stock, Kzenon

Nazwał mnie dziwką. Zrobił to przed sądem, gdy zabierał mi wszystko – dom, oszczędności, moją przyszłość. Nawet psa! Zostałam z niczym.

Najpierw – a było to 22 lata temu – mieliśmy kawalerkę po mojej babci, z wielkim piecem, w którym zimą paliłam z samego rana, żeby Heniuś nie musiał drżeć z zimna, gdy odrzuci kołdrę. Potem szłam do sklepu po bułki i robiłam śniadanie. Na ósmą biegłam do pracy, byłam kasjerką w markecie. Dorabiałam jeszcze, pilnując dzieci sąsiadki. A co robił mój mąż? Uczył się.

Każdego dnia rano, gdy zmuszałam się do wstania o świcie – i każdej nocy, gdy waliłam się niemal martwa ze zmęczenia do łóżka, powtarzałam to sobie – to tylko pięć lat. Wytrzymam.

– Głupia jesteś – mówiła mi mama. – Takich jak ty są tysiące. Odsuwają na bok swoje życie, by mąż rozwijał skrzydła. A potem on, wykształcony, wychuchany, popatrzy na swoją steraną żonę, popatrzy na młode wypieszczone panienki i odleci do nich na tych swoich wypasionych na twojej krwawicy skrzydłach.

– Nie Heniek – powtarzałam.

Miałam rację. Heniek skończył studia na architekturze jako pierwszy na roku, był w zespole, który wygrał jakiś konkurs na osiedle, więc od razu dostał etat w dość dobrej pracowni.

– Musisz znaleźć coś bardziej eleganckiego – powiedział. – Kasjerka w markecie i wschodząca gwiazda polskiej architektury? Nie pasuje… Uśmiechnął się tym swoim czarującym, uwodzicielskim uśmiechem, który rozgrzewał mnie od środka. – Wiesz – kiedyś założymy własne biuro, przydałaby się zaufana księgowa. A komu innemu mógłbym bardziej zaufać niż własnej żonie?

No to zapisałam się do liceum ekonomicznego

Cały czas pracowałam – najpierw na poczcie, a potem w urzędzie skarbowym. zrobiłabym dla niego wszystko Kiedy byłam na trzecim roku studiów, zaczęłam myśleć o dziecku.

– Byłoby cudowne – mruczał Heniuś, rozpinając mi sukienkę. – Ale ty studiujesz, pracujesz, ja walczę o przetrwanie. Poczekajmy jeszcze trochę.

Miał rację. To nie był czas na dziecko. Więc gdy bardzo chciałam być mamą, szłam do siostry i jej maluchów.

– Uwielbiam, jak przychodzisz – mówiła, patrząc, jak przewijam, karmię i bawię się z siostrzeńcami. – Jesteś stworzona na matkę.

– Będę matką – zapewniałam.

– A kiedy? Jak Heniuś przestanie robić karierę? To się nie doczekasz. On zawsze będzie głodny sukcesów.

– Naprawdę, nie rozumiem, dlaczego tak nie lubisz Heńka. Jesteś do niego po prostu uprzedzona.

– A ty jesteś ślepa i nie widzisz, co on naprawdę robi.

Nie chciałam z nią dyskutować, nienawidziłam kłótni

Nasz ojciec, zanim zginął w wypadku, sporo pił i robił mamie awantury. Może to dlatego? Isia jednak miała rację – jakoś nigdy nie nadszedł odpowiedni czas na dziecko. Zawsze było coś, o co należało zawalczyć, i co pochłaniało cały nasz czas i uwagę. Ale mój mąż kochał mnie i wiedział, że pragnę się kimś opiekować, więc na urodziny kupił mi szczeniaka labradora.

– Jak tu nie kochać Heńka – śmiałam się, pokazując pieska mamie i siostrze. – On tak o mnie dba.

– Tak, jak gospodarz o swojego konia, żeby mu nie padł przed orką – mruknęła Isia, a mama spojrzała na nią strofująco, ale po jej uśmiechu poznałam, że popiera zdanie Isi. „Nie rozumieją, na czym polega moje małżeństwo” – myślałam wtedy. Myliłam się. To ja nie rozumiałam.

Heniek miał duże ambicje

Po pięciu latach pracy w firmie, zdobyciu kilku nagród za projekty, poczuł, że jest gotowy zostać kierownikiem sekcji. Kiedy szykowaliśmy się do noworocznego przyjęcia firmowego, Heniek, zapinając suwak mojej sukienki, powiedział:

– Mam piękną żonę – i pocałował mnie w kark. Uwielbiałam to. Objął mnie w pasie. – Ładnie pachniesz. Wiesz, Karpiński powiedział, że jesteś szalenie seksowna i elegancka.

– Dziękuję – mruknęłam, rozkoszując się pieszczotą. Karpiński był jednym z właścicieli biura projektów, w którym pracował Heniek. Czyli od niego zależała jego przyszłość. Nasza przyszłość. – Powiedział mi to już kilka razy. Strasznie podobałaś się mu w tej czerwonej kiecce, tej z gołymi plecami.

– Mam ją włożyć?

– Za miesiąc wspólnicy będą wybierać kierownika sekcji projektów terenowych, przyda mi się każdy głos. Ubrałam się w czerwoną sukienkę i cały wieczór znosiłam śliskie umizgi starego satyra. Patrzyłam na męża i widziałam w jego oczach aprobatę. Gdzieś koło północy Karpiński podczas tańca wyszeptał:

– Heniek ma silną opozycję, jego awans nie jest pewny. Ale mógłbym przechylić szalę na jego korzyść…

Wiedziałam, czego chce. Ale są pewne granice…

Powiedziałam o tym Heńkowi po powrocie do domu.

– Wyobrażasz sobie? Złożył mi propozycję! – zaśmiałam się. Heniek zdejmował w milczeniu marynarkę, krawat, koszulę.

– Chodź spać, już późno – powiedział. – Jutro mam kupę pracy, nie tylko ja staram się o awans. Przez kolejne dni słuchałam, jak silna jest konkurencja. Kto jakie ma plecy. I ile stracimy, jeśli awans przemknie mu koło nosa. Jego kariera się załamie. Ani słowa o Karpińskim. Zrozumiałam, że to moja decyzja.

Tak bardzo kochałam mojego męża, że zrobiłabym dla niego wszystko. Dlatego niczego nie narzucał. Nie sugerował. To miał być mój wybór. Zostałam okazjonalną (kilka razy do roku, na wyjazdach czy imprezach firmowych) kochanką Karpińskiego. A Heniek – kierownikiem sekcji. Jakieś cztery lata później pojawiła się szansa, by po śmierci jednego z właścicieli zostać starszym wspólnikiem. Karpiński powiedział wtedy:

– Hela, nie to, żebym cię do czegoś namawiał, ale Witkowski mi cię zazdrości. Chciałby spróbować choć raz. Jego głos bardzo się liczy, wiesz, że jest jeszcze dwóch kandydatów. A miejsce tylko jedno.

Mam nadzieję, że kiedyś zapomnę o nocy z Witkowskim…

Kiedy Heniek został wspólnikiem, z radości kupił mi samochód. Byliśmy już zamożni, ja nie pracowałam, zajmowałam się domem, opiekowałam psem i prowadziłam rachunki. Od czasu do czasu popychałam karierę męża do przodu. Fakt, jestem ładna, więc podobałam się kontrahentom, zwłaszcza z południa Europy, napalonym na blondynki.

Niekiedy trzeba coś więcej niż doskonały projekt, by dostać odpowiedni kontrakt. Ja bywałam tym dodatkiem. Zdarzyło się to może trzy, cztery razy, ale w mojej pamięci teraz, kiedy przestałam to wypierać, zdaje mi się, że było to o wiele częściej. Jakby raz wystarczał za sto razy. Byłam po prostu niewierną żoną?

Czas jednak biegnie do przodu, mimo kosmetyczek, ćwiczeń i zdrowej diety. W kulturze, w której panuje kult młodości, czterdziestoletnia kobieta w pewnych sytuacjach traktowana jest jak babcia. Uwierzcie mi – cieszyłam się z tego. Już nie byłam dodatkiem, który mógł popędzić karierę męża. Heniek zdobył wszystko, co chciał. Pomyślałam też, że może wreszcie nadszedł czas na dziecko.

– Nie – powiedział Heniek. – Nie jestem gotowy na dziecko.

– Nie jesteś gotowy? Jeśli nie teraz, to kiedy? Przecież dla mnie to ostatni dzwonek. Marzę o dziecku.

– Marzenia są dobre. Gorzej, kiedy się spełniają.

Chyba wtedy pękła tama, której istnienia nawet nie podejrzewałam, i wszystko się ze mnie wylało. Powiedziałam, że całe życie pomagałam mu w karierze, wszystko podporządkowałam jemu. Nawet się kurwiłam, byleby zapewnić mu awanse.

– Gdyby nie ja – wykrzyczałam, płacząc – nie byłbyś ani kierownikiem sekcji, ani wspólnikiem. Nie miałbyś włoskich kontraktów…

Heniek stał i patrzył na mnie w milczeniu. Po czym odwrócił się i wyszedł z domu. To był piątek. A w poniedziałek dostałam pozew o rozwód.

Że niby go wielokrotnie zdradzałam, do czego sama się przyznałam. Ze wstydem przyznaję, że na początku myślałam, że on ma rację. Że nie wiedział, co robiłam. Że wyobraziłam sobie coś, wyszłam przed szereg… w pewnym momencie zaczęłam nawet podejrzewać, że chciałam się puszczać, ale musiałam znaleźć usprawiedliwienie. Że niby pomagam mężowi, a on to akceptuje.

Mama i Isia próbowały wybić mi to z głowy, ale nie dały rady. Jednak pewnego dnia spotkała się ze mną Wanda, wieloletnia sekretarka Heńka, z którą się lubiłyśmy. Powiedziała, że mój mąż wiedział, co się dzieje. Dobijał targu z Karpińskim. Moje spotkania z kontrahentami były aranżowane…

– Nie potwierdzę tego w sądzie, pani Helenko, bo mam rodzinę na utrzymaniu. I nie mam pisemnych dowodów. Przepraszam. Mówię to, żeby pani znała prawdę. Żeby pani przestała się obwiniać, a poczuła gniew. Gniew jest dobry, daje siłę. A pani potrzebuje dużo siły.

Podczas procesu mój mąż nazwał mnie dziwką. Sąd uznał jego racje. Straciłam wszystko. Nawet psa. Kiedy spytałam Heńka, dlaczego się na mnie mści, bo przecież o wszystkim wiedział, odparł:

– Dopóki tego nie powiedziałaś, to było tak, jakbyś nie wiedziała, że ja wiem. Wtedy to nie istniało. Jak mogę ci teraz spojrzeć w oczy? Patrzyłam na niego jak na kosmitę. Jego logika była porażająca.

Czyli czujesz się winny… To dlaczego zabierasz mi wszystko, nawet psa?

– Żeby świat wiedział, jaka była prawda.

– Ale to nie jest prawda!

Uśmiechnął się, nie patrząc mi w oczy, wzruszył ramionami i odszedł.

Wciąż próbuję zrozumieć, co mi się przytrafiło i dlaczego. Jednego się nauczyłam – tak naprawdę winna tej sytuacji rzeczywiście jestem ja – bo zdradziłam sama siebie. Nie zapominajcie o sobie, o swoich planach i marzeniach. Nie są mniej warte od planów waszych bliskich – rodziców, małżonków, dzieci. Nie dajcie się zamienić w cienie czy podnóżki, bo to zawsze się zemści.

Czytaj także:
Zosia myślała, że to wyrostek. Nikt nie wpadł na to, że dziewczynka rodzi - miała 14 lat
Moja żona była w dzieciństwie molestowana. Wyparła te zdarzenia i doszło do rozdwojenia jaźni
Podczas operacji przeżyłem śmierć kliniczną. Nie boję się śmierci - już byłem po drugiej stronie