Przelałam oszczędności życia na złe konto fot. Adobe Stock, Valerii Honcharuk

„Mąż harował i oszczędzał każdą złotówkę na naszą rodzinę, a ja w tajemnicy przed nim... wydawałam wszystko na ciuchy”

„I po co to poczucie winy? W końcu oni też chcą, żeby ich kobiety wyglądały pięknie. Poza tym z powodu jednej pary butów albo jakiejś nadprogramowej kiecki nikt z głodu nie umrze. No nie? Tak sobie dumałam, a reklamówka z butami ciążyła mi coraz bardziej i bardziej. Bo faktem było to, że kupiłam coś nieplanowanego, na dodatek wyłącznie dla siebie”.
/ 24.01.2023 16:30
Przelałam oszczędności życia na złe konto fot. Adobe Stock, Valerii Honcharuk

Kryzys kryzysem, oszczędzanie oszczędzaniem, ale ja – chyba jak każda normalna kobieta – raz na jakiś czas muszę sobie coś ładnego kupić. Po prostu muszę, inaczej chybabym pękła! Albo wpadła w dołek. Były naprawdę niedrogie – kosztowały tylko 220 złotych (wyprzedaż kolekcji), no i… cudne! Co więcej, te buty rozwiązałyby kilka dylematów z serii „z czym to nosić”. Pasowały zarówno do eleganckiej spódnicy czy spodni, jak i do dżinsów Na dodatek okazały się wygodne, no i wykonane ze skóry świetnej jakości. Próbowałam znaleźć powód (oprócz oczywistego: brak forsy,) aby ich nie kupić, lecz go… nie znalazłam.

Trzeba było kupić i już

„Właściwie – tłumaczyłam sobie, stojąc w kolejce do kasy – kupując je, sporo zaoszczędzam. Raz, że takie wielozadaniowe, dwa, po okazyjnej cenie”. Więc zapłaciłam kartą, robiąc debet na koncie. W końcu raz się żyje, prawda? Wychodząc ze sklepu z reklamówką w dłoni, byłam absolutnie szczęśliwa. Jednak po przejściu kilku kroków poczułam, jak włoski jeżą mi się na karku. Co ja wyprawiam? Bolek się wścieknie! Planujemy wydawanie niemal każdej złotówki, on jeszcze dorabia chałturami, a ja teraz taki numer wykręcam! Przecież w zeszłym miesiącu kupiłam sobie spódnicę i sweter. To nic, że w lumpeksie. Liczy się fakt, że „co miesiąc coś sobie kupuję”. Jednak, co tu kryć, czasem wyrywa się dusza do raju, czy też raczej ciało do normalnego centrum handlowego z butikami. A ja od czterech lat, czyli od momentu zajścia w ciążę i urodzenia Tomcia, właściwie nie byłam na prawdziwych zakupach, takich tylko dla siebie, dla przyjemności.

Naturalnie od czasu do czasu kupuję sobie krem, puder, dezodorant, czyli absolutnie bazowe kosmetyki, plus jakiś ciuch – najczęściej, niestety, w ciuchlandzie. Ale żeby przepuścić połowę pensji na jakąś sukienkę, płaszczyk, torebkę czy buty – no nie, do tej pory nie mieściło mi się to w głowie. Spłacamy przecież kredyt, są rachunki… Przez cały mój urlop wychowawczy żyliśmy z jednej pensji. Zdecydowaliśmy, że dziecko powinno być ze mną w domu, aż dojrzeje do przedszkola. Mąż nie zarabia kokosów, wielu znajomych dziwiło się nawet, że decydujemy się aż tak zacisnąć pasa. My byliśmy jednak zgodni, że synkowi damy wszystko, co najlepsze. I nie chodziło o pieniądze, ale o poświęcenie mu czasu. Macierzyństwo to cudowne doświadczenie, lecz dla młodej kobiety ważne jest również poczucie, że wciąż może być atrakcyjna. Chce podobać się swojemu facetowi, innym zresztą też, bo to bardzo poprawia samopoczucie. Problem w tym, że później trzeba się temuż facetowi z owego zakupowego wybryku tłumaczyć. I to nawet jeśli – jak w wypadku moich butów – był on naprawdę wyjątkową okazją.

I po co to poczucie winy?

W końcu oni też chcą, żeby ich kobiety wyglądały pięknie. Poza tym z powodu jednej pary butów albo jakiejś nadprogramowej kiecki nikt z głodu nie umrze. No nie? Tak sobie dumałam, wracając do domu, a reklamówka z pantoflami ciążyła mi coraz bardziej i bardziej. Bo faktem było to, że kupiłam coś nieplanowanego, na dodatek wyłącznie dla siebie. Nagle zrobiło mi się naprawdę przykro. Gdyby nie to, że butik został daleko w tyle, wróciłabym i oddała te buty. Pal licho, że okazja, że pasują do wszystkiego, i że są naprawdę świetne. Przecież jeszcze pół godziny temu nie istniały w mojej świadomości. I nie miałam debetu na koncie! Zgnębiona, ledwo dotarłam do domu (Tomaszka tego dnia odbierał z przedszkola mój mąż), zadzwoniłam do koleżanki, żeby się z zakupowych dylematów wyżalić. Ula wykazała się nadzwyczajną znajomością rzeczy.

Kochana, nie ma co przesadzać ze szczerością. Przecież sama powiedziałaś, że w sumie nikt z głodu nie zemrze. Więc jeśli Bolek zacznie marudzić, że znowu wydałaś na ciuchy, to nie miej skrupułów. Jeśli twój własny facet nie rozpieszcza cię w tej materii, to jest to jego wielki grzech. Bo ukochane kobiety należy rozpieszczać! – stwierdziła z mocą. – A dla świętego spokoju powiedz, że kupiłaś te buty za dziesięć złotych w szmateksie. Tylko pudełka nie pokazuj… Albo w ogóle nic Bolkowi nie mów, tylko wkładaj buciki jakby nigdy nic. Nie zauważy.

– No dzięki, właśnie w tym sęk, że ma zauważyć – powiedziałam speszona. – Po co ja to właściwie kupuję? Kupiłam je dla siebie, dla niego i… dla nas!

Ula i na tę wątpliwość miała odpowiedź:

– Kochana, on zauważy, że fajnie wyglądasz, albo że masz zgrabne nogi…

– A jeśli jednak na pantofle zwróci uwagę? – niepokoiłam się.

– Pamiętaj, że najlepszą obroną jest atak! – podpowiedziała mi koleżanka. – Oburzysz się wtedy: „No wiesz? Przecież od dwóch lat je noszę! Przykro mi, że w ogóle na mnie nie patrzysz”. Jeszcze ci w ramach skruchy coś do tego dokupi.

– Oj, Ula, straszny cynizm przez ciebie przemawia – roześmiałam się. – Ale ja nie chcę go oszukiwać.

– Zaraz tam oszukiwać… A w ogóle to macie wspólne konto czy oddzielne?

– Oddzielne.

– No to zawsze możesz powiedzieć, że coś tam zaoszczędziłaś. A debet później po trochu się spłaci…

Ulka była już chyba zmęczona naszą rozmową, bo stwierdziła w końcu, że sama nie wiem, czego chcę, podobać się facetowi czy być z nim do bólu szczera.

– W naszej sytuacji materialnej czasem trzeba wybierać… I przestań wreszcie mieć wyrzuty sumienia. Mówię ci, dobrze zrobiłaś. Ciesz się nimi, pa!

Spojrzałam na swoje nowe buty. Były naprawdę piękne. Uśmiechnęłam się.

– Tak. Masz rację, Ula. A co do Bolka, to… na pewno mnie zrozumie. 

Czytaj także:
„Miałam jedną zasadę: nigdy nikomu nie pożyczam pieniędzy. Złamałam ją raz. Straciłam kasę i przyjaciółkę”
„Mąż dawał mi 200 zł miesięcznie, a resztę pieniędzy wydawał na kochankę. Nie pracowałam, więc nie miałam głosu”
„Koleżanka zazdrościła mi pieniędzy i pozycji. Sama nie umiała zapracować na swój sukces, więc odebrała wszystko mnie”