mężczyzna, który się rozleniwił fot. Adobe Stock, Jelena

„Mąż dostał spadek po matce i niemal od razu rzucił pracę. Rozpił się i rozleniwił, sam sprowadził na siebie nieszczęście”

„Tomek wstawał rano do pracy w szkole z wyraźnym rozdrażnieniem. Coraz częściej narzekał, że ma dość użerania się z rozwydrzonym stadem młodzieży. Wreszcie, kiedy rok szkolny dobiegł końca, zdecydował, że po wakacjach podziękuje za etat nauczyciela w liceum”.
/ 22.05.2022 16:15
mężczyzna, który się rozleniwił fot. Adobe Stock, Jelena

Alejka prowadząca od bramy wzdłuż cmentarza tego dnia skąpana była w ciepłych promieniach jesiennego słońca.

– Mama uwielbiała październik – odezwał się mój mąż. – Pamiętam, z jaką chęcią zabierała swoje koleżanki na długie spacery po parku. Mówiła, że takich kolorów nie ma nigdzie na świecie. Dobrze się składa, że w jej ostatniej drodze… – Tomek nie dokończył.

– A czy babcia widzi nas teraz? – zapytała drepcząca między nami Oleńka.

– Na pewno, skarbie – odpowiedziałam. – Babcia patrzy na nas z góry i jest szczęśliwa…

Nie wiedział, że pieniędzy będzie aż tyle

Kancelaria prawna mieściła się na pierwszym piętrze śródmiejskiej kamienicy. Zatopieni w głębokich fotelach, czekaliśmy na mecenasa. Wreszcie w drzwiach ukazał się niski siwy mężczyzna.

– Dzień dobry, państwu. Mam nadzieję, że nie musieliście długo czekać – przywitał nas, podchodząc do swojego biurka.

Postawił na nim teczkę i wyjął z niej plik dokumentów.

– Przed ogłoszeniem testamentu muszę jeszcze potwierdzić państwa tożsamość. Wymogi proceduralne – dodał, jakby się usprawiedliwiając.

Podaliśmy mu nasze dowody osobiste, a on je przestudiował.

– Dziękuję – powiedział po chwili. – Wszystko się zgadza. Przystępuję zatem do odczytania testamentu pani Łucji… zmarłej 21 września 2017 roku… Zgodnie z jej wolą mieszkanie znajdujące się przy ulicy Nobla 24 przechodzi na własność jej wnuczki Aleksandry, gdy ta osiągnie pełnoletność, a udziały, akcje i gotówka zdeponowane w banku dziedziczy jej syn, Tomasz.

– No i jak to jest być bogatym człowiekiem? – zapytałam męża, gdy wyszliśmy na ulicę.

– Ciągle jeszcze jestem oszołomiony. Przed śmiercią mama mówiła mi o mieszkaniu dla Oli i oszczędnościach, ale nie przypuszczałem, że jest tego aż tak dużo! Gdyby to dzisiaj spieniężyć, wyszłoby ponad milion złotych, wyobrażasz sobie?! – westchnął.

– No, nieźle... – mruknęłam.

– Mama zawsze miała dobrą rękę do inwestowania – ciągnął Tomek. – Pamiętam, jak kiedyś kupiła jakąś budę na Mokotowie. Ojciec się wściekał, że wyrzuca pieniądze w błoto, a jednak to ona miała rację. Po dwóch latach ceny gruntu poszły w górę o czterysta procent. Potem część z tego zainwestowała na giełdzie, kiedy akcje były tanie jak barszcz. Ojciec znowu się wściekł. Tymczasem mama po trzech latach dorobiła się fortuny…

– Jaka szkoda, że ty, mój drogi, nie odziedziczyłeś po niej smykałki do interesów – rzuciłam z nieco drwiącym uśmiechem. – Pamiętasz swój złoty interes, czyli sprzedaż wysyłkową podręczników? Po pół roku miałeś same straty.

– Czy musisz mi o tym zawsze przypominać? – wkurzył się.

– Przecież żartowałam! Ale teraz poważnie. Co zamierzasz zrobić z tymi pieniędzmi?

– Część od razu pójdzie na bieżące potrzeby. Musimy zmienić samochód, kupić nowe meble, wyremontować kuchnię. A resztę trzeba będzie zainwestować – dodał niepewnie.

– Tylko błagam cię, nie rób tego sam. Wpłać na jakiś fundusz inwestycyjny albo lokatę.

– O rany, dlaczego ty w ogóle we mnie nie wierzysz?

Coraz częściej przychodził pijany

Euforia związana z nagłym przypływem gotówki trwała około miesiąca. Potem przyzwyczailiśmy się do nowej sytuacji. Ja nie zamierzałam rezygnować z pracy w szpitalu i prowadziłam życie zawodowe jak dawniej. Natomiast Tomek wstawał rano do pracy w szkole z wyraźnym rozdrażnieniem. Coraz częściej narzekał, że ma dość użerania się z rozwydrzonym stadem młodzieży. Wreszcie, kiedy rok szkolny dobiegł końca, zdecydował, że po wakacjach podziękuje za etat nauczyciela w liceum.

– Bożena, mamy w sumie ponad milion złotych oszczędności – stwierdził. – Nie widzę sensu pracy za trzy tysiące.

– No dobrze, ale co zamierzasz robić? Chyba nie będziesz się bawić w inwestora?

– Nie martw się. Będę wypłacać tylko odsetki od kapitału. To z pewnością starczy nam na życie.

Nie chcesz chyba cały czas siedzieć w domu? Nie zniosłabym takiego safanduły – dodałam niby żartem, lecz naprawdę zaczęłam się tego obawiać.

– Zacznę studia podyplomowe! – oznajmił ku mojemu zdumieniu Tomek. – Może potem uda mi się znaleźć pracę w innym zawodzie?

– Nie zapominaj, skarbie, że stuknęła ci już czterdziestka.

– Mimo to spróbuję.

Wybrał studia z dziedziny ochrony środowiska, coś bardzo na czasie. I przystąpił do nich z  niebywałym entuzjazmem. Kupował książki, zawierał nowe znajomości, brał udział w żywych dyskusjach. Jednak w miarę upływu czasu zaczęła dopadać go rutyna, a chęć studiowania coraz bardziej słabła. Wykłady, dyskusje i zakuwanie materiału traciły nimb nowości, stając się jedynie obowiązkiem.

Myślę, że nie miał też wystarczającej motywacji do wysiłku. Pieniądze ze spadku po mamie dawały mu poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie bardzo rozleniwiały. Przy oszczędnym trybie życia – a Tomek zawsze liczył każdą złotówkę – mógłby w ogóle obejść się bez pracy.

– Kochanie, nie wstajesz? Już po siódmej. Spóźnisz się na zajęcia – pochyliłam się nad mężem i poczułam wyraźny odór alkoholu. – Ty wczoraj piłeś?

– Zaledwie parę drinków, kiedy wkuwałem do kolokwium – przyznał niechętnie.

Przyjrzałam mu się uważnie.

– Chyba więcej niż parę – zauważyłam rzeczowo. – Spójrz w lustro. Okropnie wyglądasz. Musisz mieć potężnego kaca.

– Mam. Sam nie wiem, jak to się stało… Głowa mi pęka. Daruję sobie dzisiejszy wykład. Zamknij drzwi, kiedy będziesz wychodzić z małą…

„Niepracujący mąż to jednak spore ułatwienie. Przynajmniej Ola ma opiekę” – pomyślałam, gdy po wieczornym obchodzie wróciłam do swojego gabinetu.

I wtedy zadzwoniła komórka.

– Halo, mama? – usłyszałam.

– Tak, kochanie. Co się stało? – zapytałam z niepokojem.

– Tata powiedział, że wychodzi tylko na chwilę do sklepu, a nie ma go już bardzo długo. Robi się ciemno. Boję się…

– Jak to? Zostawił cię samą?

– Tak. Ja się boję.

Spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwudziesta!

– Córeczko, teraz nie mogę wyjść ze szpitala, ale zadzwonię do pani Lusi i powiem jej, żeby zaraz do ciebie przyszła, dobrze? Nie martw się, Oleńko.

To musiało się źle skończyć

Rozłączyłam się i ze złości uderzyłam pięścią w stół. Dwa dni temu, gdy namawiałam męża na terapię, powiedział, że jest dość silny, żeby samemu z tym skończyć. Znów pusta obietnica! „Jeszcze niedawno planował zmianę zawodu. Dziś nie byłby w stanie wytrzymać bez alkoholu nawet jednego dnia – pomyślałam z goryczą.”.

Tomek wrócił nad ranem. Obudził mnie głośnym waleniem w drzwi. Spojrzałam przez wizjer. Stał, chwiejąc się na boki.

– Otwórz, Bożenko, to ja! Tomuś! – wybełkotał.

Otworzyłam drzwi, nawet na niego nie patrząc. Wiedziałam, czego się spodziewać. Ostatnio oglądałam to co drugi dzień.

– Śpisz w salonie – warknęłam na odchodnym. – I ani mi się waż obudzić dziecko!

Ktoś, kto był wtedy w barze, opowiedział mi, jak wyglądał  ostatni wieczór Tomka:

– Panowie, za zdrowie naszego najlepszego przyjaciela!

Czterej mężczyźni przy barze unosili w górę kieliszki wódki.

– Moje zdrowie! – wrzeszczał Tomasz. – Oby nam się…

Jakiś gość przypatrywał się tej scence z zainteresowaniem.

– Co to za okazja? – zapytał nawet kelnera.

– Żadna. Ten facet stale tu przychodzi i stawia każdemu.

Mąż wyszedł z knajpy dobrze po północy. Tymczasem z pętli właśnie ruszył kierowca nocnej linii. Do świateł miał ze trzysta metrów. Przyspieszył, bo zielone paliło się już długo. Jednak na skrzyżowanie wjechał już na żółtym. O tej porze to miejsce zwykle świeciło pustkami. To, co tej nocy wziął z daleka za cień słupa ogłoszeniowego, okazało się żywym człowiekiem. Kiedy kierowca zorientował się, że pieszy ruszył po pasach przed siebie, wiedział, że to koniec.

Odruchowo i zupełnie bez sensu wcisnął pedał hamulca i klakson. Przed szybą mignęła mu twarz mojego męża. Zamknął oczy i usłyszał głuchy huk.

Kolejka wiodąca wzdłuż cmentarza tonęła w strugach deszczu. Trzymając parasol w jednej ręce, drugą ściskałam łapkę Oli.

– Czy tata nas teraz widzi? – zapytała moja córka.

– Tak, patrzy na nas z góry. Razem z babcią…

Czytaj także:
„Teść nie tolerował naszego małżeństwa, bo w jego oczach byłem nikim. Dopiero łzy wnuczki zmiękczyły jego serce”
„Mąż zdradził mnie po 25 latach małżeństwa. Pojechałam nad morze i również poszłam na całość. Skoro on może, to ja też”
„Mąż tracił każdą pracę przez alkohol. Żył i pił za moje pieniądze, a ja nie umiałam od niego odejść”