mąż namawia żonę na dziecko fot. Adobe Stock, FS-Stock

„Mamy z żoną wymarzony dom, pozycję, pieniądze, brakuje tylko dziecka. Ja bym chciał, ale ona ma w głowie karierę i kasę”

„– Jak ty to sobie wyobrażasz? – spytała. – Mam kierownicze stanowisko, na które poluje wiele osób. Nie wiadomo, jak będę znosić ciążę, załóżmy, że dobrze i dam radę pracować do końca. To potem i tak przez rok jestem wyjęta. A jak ktoś to wykorzysta? Ja sama tak awansowałam. Kaśka poszła na macierzyński…”.
/ 25.09.2022 07:15
mąż namawia żonę na dziecko fot. Adobe Stock, FS-Stock

Kiedy miałem 16 lat, moja starsza o dwa lata siostra zaszła w ciążę. Co się wtedy w domu działo! Płacz, kłótnie, narzekania. Mama ubolewała, że życie sobie zmarnowała, ojciec krzyczał, że jak serce nad rozumem przejmuje władzę, to tylko nieszczęście się z tego rodzi. Magda wzięła ślub w klasie maturalnej, ale już jej nie ukończyła. Na początku była jeszcze mowa, że zrobi maturę, jak dziecko się urodzi. Guzik. Siedziała w domu i zajmowała się moją siostrzenicą, sfrustrowana i wściekła, że koleżanki się bawią, a ona musi karmić piersią.

Jej mąż pracował, ale choć myślał o studiach, to na nie nie poszedł, bo zabrakło mu czasu i pieniędzy. Teraz klepią biedę, kłócąc się i zrzucając jedno na drugie winę za zmarnowane życie. Dlatego kiedy ja się zakochałem w Kindze, postawiłem na rozsądek. Może gdyby Magda z rodziną nie mieszkali z nami, gdybym codziennie nie musiał przysłuchiwać się awanturom i patrzeć na ich wegetację, też popełniłbym „błąd”. Ale dzięki siostrze zrozumiałem, że w życiu najważniejsze jest racjonalne myślenie.

Na początku wszystko szło zgodnie z planem

Na szczęście Kinga podzielała moją opinię. Sama pochodziła z wielodzietnej rodziny. Może nie tyle patologicznej, co niezbyt odpowiedzialnej. Jej rodzice zajmowali się głównie zabawą i robieniem kolejnych dzieci, a nie pieniędzy i kariery. A przecież żeby coś w życiu osiągnąć, trzeba się najpierw napracować. Dlatego dość późno zdecydowaliśmy się na seks, a potem zadbaliśmy o zabezpieczenia. Od razu zaplanowaliśmy, że o ślubie pomyślimy dopiero po studiach. Ja wybrałem zarządzanie, Kinga ekonomię. Dobre kierunki, może mało fascynujące, ale przyszłościowe.

Nie powiem, że nie mieliśmy chwil zwątpienia, w końcu jesteśmy normalnymi ludźmi, a nie cyborgami. Zdarzyło nam się zawalić jeden czy drugi egzamin, bo woleliśmy wyjechać na romantyczny weekend do Kazimierza albo po prostu się zabawić. Na szczęście potrafiliśmy się nawzajem wspierać i oboje wiedzieliśmy, która droga jest właściwa.

Tak jak planowaliśmy, po studiach wzięliśmy ślub. I od razu wyznaczyliśmy sobie nowy cel: domek pod miastem. Pieniądze z wesela wepchnęliśmy na lokatę, razem z tymi, które miałem z wynajmu kawalerki. Żyliśmy z ołówkiem w ręku, odkładaliśmy każdy grosz. Dzięki temu już po dwóch latach mogliśmy kupić wymarzony domek. Oczywiście kredyt musieliśmy wziąć, bo pieniędzy ze sprzedaży kawalerki i z naszych oszczędności by nie starczyło. Przynajmniej nie na to, co sobie wymyśliliśmy. A chcieliśmy mieć wszystko dopracowane, wymuskane. Po prostu takie, jak sobie wymarzyliśmy.

Gdy tylko się wyprowadziliśmy, rodzina zaczęła przebąkiwać o dziecku. Bo w sumie tak wcześniej mówiliśmy – najpierw studia, potem dom, żeby dziecko miało od początku odpowiednie warunki. Ale akurat w tym czasie Kinga dostała propozycję nowej pracy, na wyższym stanowisku, za dużo lepsze pieniądze. I właściwie od razu podjęła decyzję, a mnie nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. Na dziecko przecież jeszcze przyjdzie czas, a gdyby teraz odrzuciła tę propozycję, to nie wiadomo, kiedy trafiłaby się kolejna taka szansa. To stanowisko było ukoronowaniem jej studiów i pracy. Jak mogła je odrzucić?

A ponieważ wraz z lepszym stanowiskiem przyszły większe pieniądze, mogliśmy wykończyć dom tak, jak sobie wymarzyliśmy i jeszcze zmieniliśmy samochody na nowe. Wreszcie zaczęliśmy żyć i odcinać kupony od naszej pracy. Co prawda, wisiał nad nami kredyt, ale co jakiś czas spłacaliśmy większe raty, więc obliczyłem, że jak nic się nie zmieni, to za pięć lat będziemy wolni. Bez kredytu, z domem, z pozycją.

Dobrze nam się żyło. Raz w roku wyjeżdżaliśmy na wakacje za granicę. W weekendy czasem wyskoczyliśmy do spa pod miasto. No i spotkania… Niby służbowe, ale po części towarzyskie. Jak się już wejdzie w pewne środowisko, to trzeba „bywać”.

Ja miałem swoich klientów, Kinga swoje spotkania. Wszystko kosztowało i zajmowało czas. Do domu zjeżdżaliśmy zwykle wieczorem, a zdarzało się, że i w weekendy mieliśmy jakieś służbowe wypady. Na przykład ja musiałem zagranicznemu kontrahentowi pokazać Kraków, Kinga znów szła na aukcję czy bankiet dobroczynny, bo wypadało się pokazać. Praca powoli zaczęła się mieszać z naszym prywatnym życiem, ale z początku tego nie zauważaliśmy.

Uważała, że ma za dużo do stracenia

Prawdę mówiąc, nie wiem, kiedy wreszcie to do nas dotarło. W sumie to rzadko się widywaliśmy i rzadko ze sobą rozmawialiśmy. Ba, my nawet razem nie prowadziliśmy domu! Zakupy zamawiała Kinga przez internet, do sprzątania raz w tygodniu przychodziła Ukrainka, obiady jadaliśmy na mieście, w pracy. W weekend, jeżeli spędzaliśmy go razem w domu, to albo ja siedziałem przed telewizorem, a Kinga u kosmetyczki czy fryzjera, czasem szliśmy do znajomych.

W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że zrealizowaliśmy z Kingą nasz plan, z wyjątkiem jednej rzeczy. Mieliśmy przecież mieć dziecko. Gdzieś nam to umknęło.

– Ale jak ty to sobie wyobrażasz? – zdziwiła się moja żona, gdy w kolejną sobotę mieliśmy okazję porozmawiać. – Przecież ja pracuję…

– Jak wiele kobiet – zauważyłem kwaśno. – Kinga, odkładaliśmy tę decyzję, ale wiesz, czas leci.

Chcesz mi powiedzieć, że się starzeję, tak?– nastroszyła się.

– Nie złość się – westchnąłem.

– Sama kiedyś mówiłaś, że trzeba się spieszyć, bo jesteś po trzydziestce.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? – powtórzyła, ochłonąwszy nieco. – Mam kierownicze stanowisko, na które poluje wiele osób. Nie wiadomo, jak będę znosić ciążę, załóżmy, że dobrze i dam radę pracować do końca. To potem i tak przez rok jestem wyjęta. A jak ktoś to wykorzysta?

– Jesteś dobra, prezes wyznaczy kogoś na zastępstwo i wrócisz.

– To teoria – wzruszyła ramionami. – I dobrze o tym wiesz. Mało to mieliśmy takich sytuacji w pracy? Właściwie, to ja sama tak awansowałam. Kaśka poszła na macierzyński…

– Na wychowawczy – sprostowałem. – Czyli nawet trzy lata…

Czy my się jeszcze kochamy?

Do tej rozmowy wróciliśmy jeszcze dwa razy. Kinga strasznie się denerwowała, mówiła, że owszem, dziecko będzie nasze, ale to ona zapłaci za to większą cenę. I w sumie miała rację. Mogłem obiecywać, że razem będziemy się dzielić obowiązkami, oczywiście wzięlibyśmy od razu nianię, ale w ciąży za nią nikt chodzić nie mógł. Nie miałem prawa naciskać.

Kinga nie odrzuciła zupełnie pomysłu zostania mamą. Wiedziałem, że się nad tym zastanawia. Kiedyś przyłapałem ją, jak przegląda zdjęcia dzieci w internecie. Mam więc nadzieję, że jeszcze nic straconego. Bo obawiam się, że w tym naszym planowaniu zabrnęliśmy zbyt daleko. Mamy wymarzony dom, pozycję, pieniądze. Ale właściwie nie mamy już siebie. Bo kim teraz jesteśmy? Tylko parą współmieszkańców…

Ostatnio na jakiejś firmowej imprezie chłopaki się popili i zaczęli gadać o swoich małżeństwach. A to jeden się w kimś zakochał i prowadzi podwójne życie, a to jeden kłóci się z żoną, ale ją kocha, więc się nie rozwiodą… A ja nawet nie wiem, czy my się kochamy. Jesteśmy bardzo poprawnym, statecznym małżeństwem. Uczciwie zarabiamy i płacimy podatki. Ale to chyba za mało. Czegoś w naszym życiu brakuje. Dziecka. Może gdyby ono się pojawiło, odnaleźlibyśmy naszą miłość, którą po drodze gdzieś zatraciliśmy. Chyba że się mylę i jesteśmy ze sobą tylko z wygody, a o miłości i tak nie ma już od dawna mowy.

Czytaj także:
„Chciałem zaimponować ukochanej, więc zacząłem kraść. Teraz gniję za kratkami i boję się, że nie mam już u niej szans”
„Szef postawił mi ultimatum: albo pójdę z nim do łóżka, albo wylatuję z pracy. Postanowiłam pogadać sobie z jego żoną…”
„Ojca uważałem za wzór cnót, ale nie zawsze był świętoszkiem. Ukrywał prawdę przed rodziną, bo wstydził się przeszłości…”