kobieta która ma ośmioro rodzeństwa fot. fizkes; Adobe Stock

„Mam ośmioro rodzeństwa. Na wiele lat straciliśmy kontakt, ale zjednoczył nas... nagrobek rodziców”

Rodzice mieli nas całą gromadkę - 6 chłopców i 3 dziewczynki. Już samo podanie wszystkich imion brzmi niczym dziwna wyliczanka. Chłopcy otrzymali imiona: Franciszek, Edward, Wacław, Czesław, Stanisław, i Mirosław. Dziewczynki to: Wiesława, Krystyna i ja, czyli Grażyna.
/ 04.05.2021 15:14
kobieta która ma ośmioro rodzeństwa fot. fizkes; Adobe Stock

Rodzice mieli nas dziewięcioro: sześciu chłopców i trzy dziewczynki. Już samo podanie wszystkich imion brzmi niczym dziwna wyliczanka. Chłopcy otrzymali imiona: Franciszek, Edward, Wacław, Czesław, Stanisław, i Mirosław. Dziewczynki to: Wiesława, Krystyna i ja, czyli Grażyna. Wszyscy wołali na mnie Grażynka, i chociaż dawno jestem dorosła, pozostało tak do dziś.

Tatę straciliśmy zdecydowanie za szybko

Był z zawodu kierowcą w firmie transportowej. Wracał w zimie do domu, śpiesząc na urodziny pierwszej wnuczki, gdy nagle na drogę wtargnął przechodzień. Tata próbował go wyminąć, ale nie dał rady, ciężarówka wpadła w poślizg i przewróciła się. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat i chociaż wszyscy byliśmy już dorośli, to wydarzenie wstrząsnęło nami.

Poczuliśmy się kompletnie rozbici. Mama była bardzo dzielna, nie pozwoliła, żeby więzy rodzinne pomiędzy rodzeństwem osłabły. Chociaż założyliśmy już swoje rodziny, nadal często się spotykaliśmy, i to nie tylko w czasie świąt, wystarczały nam jakieś niewielkie rodzinne okazje. Pomagaliśmy też sobie nawzajem i wiedzieliśmy, że możemy na siebie liczyć. Gdy zabrakło mamy, tradycja wspólnych spotkań zaniknęła. To naturalna kolej rzeczy – uznałam, choć bardzo brakowało mi tamtej bliskości.

Wspominałam to wszystko, stojąc obok pomnika rodziców na naszym niewielkim cmentarzu

Wokół rosło mnóstwo zieleni, świeciło słońce, a ja zapaliłam już świeczki i teraz z nostalgią patrzyłam na tablicę z wyblakłymi literkami. Przyglądałam się uważnie staremu pomnikowi. Lastrykowa płyta wraz z upływem lat poczerniała i wyszczerbiła się w niektórych miejscach, litery na tablicy coraz bardziej się rozmywały i blakły. Przecież tyle nas jest, może uda się coś z tym zrobić? – zastanawiałam się.

Rodziców już od dawna nie było z nami, ale wiedziałam, że miałoby to dla nich duże znaczenie. Tata z mamą co roku jeździli na groby swoich rodziców, czasem im towarzyszyliśmy. W domu porozmawiałam z mężem.

– Pomnik moich rodziców jest już mocno podniszczony, jak sądzisz, czy dałoby się coś z tym zrobić, jakoś go odnowić? – zagaiłam.

Eryk przejechał ręką się po swojej całkowicie łysej, idealnie wygolonej głowie. Często żartował, że łysina nadaje mu mądrzejszy wygląd. Uwielbiałam jego poczucie humoru, zawsze potrafił mnie rozbawić. Tym razem jednak sprawa była poważna.

– Nie przyglądałem mu się ostatnio zbyt zbyt uważnie, Grażynko, ale pewnie masz rację. W końcu pomnik ma już swoje lata – stwierdził. – Jesteś pewna, że chcesz coś wymieniać? To może sporo kosztować, a ostatnio nie mamy za wiele gotówki.

To prawda, żyjemy z niewielkich emerytur, a w ostatnim czasie mieliśmy spore wydatki. Nasz dwudziestoletni samochód doczekał się wreszcie kapitalnego remontu. Jakby tego było mało, w ubiegłym miesiącu Erykowi uszkodziła się proteza zębowa i byliśmy zmuszeni zapłacić za jej naprawę. Te wydatki mocno nadszarpnęły nasz skromny budżet. Miałam, co prawda, trochę oszczędności, co miesiąc odkładałam z emerytury sto złotych, ale to mogło nie wystarczyć.

Od wczesnych lat młodzieńczych nie cierpiałam kredytów i unikałam ich jak ognia, a myśl o tak zwanych chwilówkach przepełniała mnie grozą. Pomimo braku pieniędzy myśl o pomniku mnie nie opuszczała, po prostu czułam, że muszę coś z tym zrobić ze względu na pamięć o rodzicach.

Wieczorem przed snem wracały do mnie wspomnienia związane z naszą rodziną

Nie było im łatwo, ale wychowali całą naszą dziewiątkę i nigdy nie uskarżali się na swój los. Przewracałam się z boku na bok i nie mogłam zasnąć. Muszę w jakiś sposób okazać im wdzięczność – zdecydowałam. Wszyscy powinniśmy to zrobić! Następnego dnia odwiedziłam zakład kamieniarski, zapoznałam się z ofertą i wybrałam nową płytę do pomnika rodziców.

Ustaliłam też, że łączne koszty wyniosą około tysiąc pięćset złotych. Marka i Stasia postanowiłam wyłączyć z tego przedsięwzięcia. Obaj mieli problemy finansowe, życie osobiste posypało im się w związku z nadużywaniem alkoholu. Byli budowlańcami, dobrymi fachowcami i w przeszłości dobrze zarabiali, ale teraz ledwo wiązali koniec z końcem. Zdarzało się nawet, że pożyczali ode mnie drobne sumy.

Po ich wykluczeniu razem ze mną zostało siedmioro rodzeństwa. Jeżeli sześcioro zapłaci po dwieście złotych, a ja dołożę trzysta, to sprawa będzie załatwiona. Pełna optymizmu zadzwoniłam do Edzia i przedstawiłem mu swój pomysł. Zawsze był moim ulubionym bratem i byłam pewna, że mi nie odmówi. Nie pomyliłam się. Po krótkim namyśle brat obiecał:

– Cóż, Grażynka, nie mamy co prawda nadmiaru pieniędzy, ale możesz na mnie liczyć, w przyszłym miesiącu przekażę ci dwieście złotych.
– Dobrze, dziękuję, kochany braciszku, w takim razie dzwonię do pozostałych – odpowiedziałam zadowolona.

Po kolejnych rozmowach mój optymizm się nie zmniejszał, okazało się, że nikt nie odmówił mi pomocy. Jeden z braci, Czesio, zaoferował się nawet, że kupi ławeczkę i zamontuje ją obok miejsca spoczynku rodziców. Niestety, pojawiły się też poważne przeszkody. Kiedy już doszło do realizacji zamówienia, okazało się, że koszty znacząco wzrosły. Trzeba było praktycznie przebudować cały pomnik. Zdecydowałam się nie wycofywać.

Często myślałam o tacie, o tym, jak wyjeżdżał w delegacje, i choć pewnie był kompletnie wyczerpany, brał nadgodziny, żebyśmy mieli wszystko, co potrzebne. Przypominałam sobie mamę, która prowadziła dom, dbała o nas każdego dnia, prała, gotowała, a później jeszcze pilnowała, żebyśmy odrabiali lekcje po szkole.

Być może robię to bardziej dla siebie niż dla nich, sama nie wiem – myślałam czasem. To już nie miało znaczenia, teraz nie byłabym już w stanie pogodzić się z myślą, że nie doprowadzę całego przedsięwzięcia do końca.

I udało się! Trzy miesiące po tym, jak podjęłam wyzwanie, nowiutki, całkowicie odmieniony pomnik został ukończony. Dopiero co wykonana marmurowa płyta i nowa tablica pięknie lśniły w słońcu, a ja poczułam się spokojniejsza.

Uznałam, że moja trudna misja została zakończona

Sześcioro spośród mojego rodzeństwa przekazało mi po dwieście złotych, a ja dołożyłam resztę. Co prawda, wydałam praktycznie wszystkie swoje oszczędności, ale pieniądze nigdy nie były dla mnie najważniejsze. Postanowiłam, że będę oszczędzać od początku i powolutku odłożę sobie jakąś niewielką sumkę.

Myślałam, że na tym sprawa się zakończy, ale okazało się, że prawdziwy ciąg dalszy nastąpił po kolejnych dwóch miesiącach. Któregoś dnia ktoś zapukał do drzwi, a kiedy je otworzyłam zobaczyłam swoich starszych braci: Mirka i Staszka.

– Wejdźcie, macie może ochotę napić się kawy? – zaproponowałam.

Pewnie biedacy wpadli w tarapaty i chcą pożyczyć pieniądze – przyszło mi do głowy. Wszyscy ich odtrącili, ale mnie było ich po prostu żal. Pomimo ich kłopotów osobistych i nadużywania alkoholu, nie byłam w stanie o nich zapomnieć. Być może dlatego, że nikomu poza sobą i swoimi rodzinami nie zaszkodzili. Ich picie, a nawet alkoholowe ciągi, nigdy nie zamieniały się w agresywne ataki.

To mama i tata sprawili, że znów chcemy się spotykać

Teraz kiedy siedzieli ze mną przy kuchennym stole, ostrożnie, małymi łyczkami popijając kawę, wydali mi się nawet jacyś tacy biedni…, a może bezradni? Oni jako jedyni nie dali pieniędzy na pomnik rodziców, ale przecież nie miałam o to do nich pretensji. Znając trudną sytuację rodzinną, nawet nie poprosiłam braci o składkę.

– Dowiedzieliśmy się, Grażynko, o pomniku dla rodziców, i o tym, że postawiłaś nowy – zaczął Mirek. – Byliśmy zresztą na cmentarzu. Widzieliśmy. Jest piękny. Tacie by się podobał…
– Tak, ale was nie chciałam w to mieszać. Wiem, że nie macie pieniędzy.
– Ale my chcemy być w to wmieszani – odezwał się Staszek.

Zawsze był śmielszy i bardziej gadatliwy od swojego brata bliźniaka.

– Tak. Chcemy być zamieszani i coś przynieśliśmy – Mirek położył na stole wymiętą kopertę.
– Co to jest? – zdziwiona sięgnęłam po kopertę i otworzyłam ją. Wewnątrz były dwa banknoty po pięćdziesiąt złotych.
– Na razie tylko tyle, ale dołożymy ci resztę. Wiemy, że pozostali zapłacili po dwieście złotych.

Uśmiechnęłam się w duchu. Co prawda, dałabym sobie radę bez tych pieniędzy, ale przecież tu nie chodziło tylko o nie – bardziej o gest solidarności ze strony braci. Po namyśle i uzgodnieniu swojego pomysłu z Erykiem, zaproponowałam całemu rodzeństwu, żebyśmy raz w roku spotykali się na mojej działce. Pomysł im się spodobał i pierwsze spotkanie już się odbyło. Były kiełbaski, pieczona papryka, jarzynowe sałatki, ale przede wszystkim było mnóstwo śmiechu i rozmów.

Wiele cudownych wspomnień o naszych dziecięcych latach. O pysznościach mamy i poczuciu humoru taty. Dzień, w którym się spotykamy, to rocznica ślubu naszych rodziców. Teraz czuję, że rodzina jest znowu razem. Tak jak za starych, dawno już minionych czasów. Być może to rodzice znowu nas połączyli. Jakimś cudem, siłą swojej miłości.

Czytaj także:
Mój syn ma 23 lata i nie rozumie, że ma jeszcze czas na amory
Moja córka ma 3 dzieci. Nie poświęca im uwagi, bo ciągle siedzi w telefonie
Mam 4 synów. I dzięki Bogu, bo z córkami to tylko problemy