Kobieta ofiarą męża fot. Adobe Stock, Denys

„Mam męża kanalię. Wyrzuciłam go z domu za zdradę, a on się jeszcze raczył za to obrazić i zaplanował zemstę”

Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że prócz głupoty powoduje nim podłość i mściwość. Zaciągnął długi, by obarczyć mnie spłatą, bo przecież się nie rozwiedliśmy. Ma w nosie nasze dzieci.
/ 20.07.2021 10:13
Kobieta ofiarą męża fot. Adobe Stock, Denys

Niedawno skończyłam 40 lat. Kiedy patrzę w lustro, widzę kobietę o zgaszonym wzroku, z posiwiałymi włosami i widocznymi zmarszczkami na twarzy. Koleżanki w moim wieku wciąż są młode i przyciągają spojrzenia mężczyzn. Przynajmniej raz w miesiącu chodzą do kosmetyczki, stać je na różne kremy, a mnie nie jest stać nawet na najtańszą farbę do włosów, żeby jako tako wyglądać.

I pomyśleć, że jeszcze 15 lat temu byłam pewna, że zawojuję świat, i do końca życia będę piękna, bogata, a obok mnie będzie stał cudowny, ukochany mężczyzna. Cztery lata po ślubie i po urodzeniu drugiego dziecka przyszło otrzeźwienie.

Mąż stracił pracę. Później dowiedziałam się, że niezbyt się starał, żeby go nie wywalono na bruk. Jak mu szef zwracał uwagę, to mówił: „Nie podoba się, to mnie zwolnij”. Był pewien, że nikt go nie ruszy. A jednak pewnego dnia ochroniarz na bramce odebrał mu przepustkę i wskazał korytarz, który prowadził do kadr. Tam dostał wypowiedzenie.

Krystian wrócił do domu obrażony na cały świat. Jeszcze przed ślubem mama ostrzegała mnie, że jako jedynak może mieć trudny charakter. Myliła się – doszłam do wniosku, że on nie miał żadnego charakteru. Ja też byłam jedynaczką, ale nie traktowałam świata jak swojej własności. On pozostał rozkapryszonym smarkaczem, który sprytnie maskował swoje pretensje, żale i dąsy, jeśli na czymś mu zależało.

Ale kiedy już owo coś osiągnął…

Co wam będę dalej tłumaczyła „oczywistą oczywistość”. Tak więc mąż stracił pracę, ale ja liczyłam na to, że wkrótce znajdzie nową, i chociaż chwilowo zjechaliśmy na pobocze autostrady, to wkrótce na nią wrócimy… Nie wróciliśmy. Przez pół roku wmawiał mi, że codziennie wystaje w urzędach pracy. Pewnego dnia przez przypadek wpadłam do domu z pracy na chwilę po jakąś zapomnianą rzecz. Mój pan i władca siedział przed komputerem, popijał kawę i grał w jakąś grę.

Wytłumaczył, że dziś chwilowo, no rozumiesz sama, tak to czasami jest, i takie tam duperele. Uwierzyłam, bo chciałam uwierzyć. Miesiąc później wpadłam do domu z premedytacją. Krystian wyglądał na zdenerwowanego.

Dlaczego się z nim nie rozwiodłam?!

Znowu tłumaczył się, że urząd był zamknięty, a on postanowił posprzątać dom – stąd ta pościel w naszej sypialni. Chwilę potem z łazienki wyszła golusieńka panienka. Spakowałam męża do dwóch walizek, wystawiłam je na werandę. I zażądałam zwrotu kluczy – to moi rodzice na dwa lata przed śmiercią w wypadku zapisali mi dom w prezencie.

Krystian wyprowadził się z obrażoną miną. Nim trzasnął za sobą drzwiami, miał jeszcze czelność powiedzieć mi w twarz: „Nigdy ci tego nie wybaczę”.

Nic, tylko zdzielić pacana w łeb i patrzeć, jak będzie spadał po schodach. Zamiast jednak zrobić tę pożyteczną dla rodzaju ludzkiego rzecz, odwróciłam się na pięcie z lekceważącym wzruszeniem ramion. Już wiedziałam, że mam głupiego i lekkomyślnego męża, z którym muszę się jak najszybciej rozwieść. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że prócz głupoty powoduje nim podłość i mściwość.

Cóż, niedaleko pada jabłko od jabłoni – teściowie, gdy pogoniłam ich synalka, uznali mnie za wroga numer jeden, a wnuki za istoty, których ojcem z pewnością nie jest ich syn.

Rok później Zosia zapadła na przewlekłe zapalenie płuc. Ledwo z tego wyszła, przyplątało się zapalenie oskrzeli. Potem był nawrót z płucami. Lekarze nie wiedzieli, co się dzieje, i zapisywali coraz to nowe lekarstwa. Na szczęście mój synek trzymał się dzielnie i nawet nie marudził, że musi wcześnie wstawać, żebym zdążyła odprowadzić go do żłobka.

Gdy skończyło się szaleństwo z chorobami i myślałam, że już wypłynęłam na spokojniejsze wody, okazało się, że dach domu wymaga remontu. Jakoś przebiedowaliśmy zimę, ale fachowiec powiedział, że następnej zmurszałe belki nie wytrzymają. Wzięłam więc dodatkowe pół etatu i kredyt w banku. Przeprowadziłam remont za 20 tysięcy.

Po niecałym roku zostało mi do spłaty jeszcze około 10 tysięcy złotych włącznie z odsetkami. Wtedy nieoczekiwanie ja sama zapadłam na grypę. Nie byłoby tak, gdybym miała cieplejsze ubranie. Niestety, raty kredytu, opłaty, jedzenie, pochłaniały wszystkie pieniądze. I jak tu chorować, kiedy trzeba zarabiać na dom, a dzieci nie dadzą wyleżeć się w łóżku. No i trafiły mnie pogrypowe powikłania. Najpierw dostałam zapalenia płuc, potem przerzuciło mi się na żołądek i narządy wewnętrzne. W efekcie pół roku później musiałam przejść na rentę.

Miałam cudowne dzieci, a w domu panowała miłość

Co prawda dorabiałam jeszcze na pół etatu, lecz musiałam się liczyć z ewentualnością, że te kilkaset złotych dodatkowego zarobku do 800 złotych renty, w każdej chwili może się skończyć. Mimo to starałam się ze swojego życia wykrzesać trochę radości. Czułam się okropnie, wiedząc, że nie mogę dać Zosi i Maciusiowi tyle, ile chciałabym, ile potrzebują poza miłością. Taki głupi przykład: kiedyś zostałam poczęstowana w supermarkecie czekoladką. Udałam, że wkładam ją do ust.

W rzeczywistości schowałam do kieszeni. Ekspedientka to zobaczyła i dała mi jeszcze trzy kawałeczki. Potem w domu oddałam wszystko dzieciom. Choć tej słodyczy było niewiele, zobaczyłam na ich buziach promienne uśmiechy. Płakać mi się chciało. Tydzień później dostałam z urzędu pismo. Od razu wyczułam, że to nic dobrego. Miałam rację. Okazało się, że z mojej renty będzie mi zabierana jedna czwarta sumy. Dlaczego?

Oto mój mąż zaciągnął dług w banku. Ponieważ nigdzie nie miał stałego zameldowania i nie można go było znaleźć, odgrzebano w papierach, odkryto, że jeszcze się nie rozwiedliśmy, no i obciążono mnie spłatą jego zadłużenia. Spytacie, dlaczego się nie rozwiedliśmy? Ten drań przed sądem powtarzał, że kocha swoje dzieci nad życie i nadal uważa mnie za swoją żonę.

Na korytarzu zaś szeptał ze złośliwym uśmiechem, że mi nie popuści i jeszcze 10 lat będziemy spotykać się na rozprawach rozwodowych. A ten jego bankowy dług był zemstą. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że on nie tylko mścił się na mnie, ale również na swoich dzieciach, do których przed sądem deklarował taką miłość. Kiedy spytałam, dlaczego im to robi, spojrzał na mnie zdziwiony i syknął:

- To nie moje bachory. Od zawsze wiedziałem, że puszczasz się z innymi. Patrzył przy tym na mnie z taką pewnością, że wręcz zbaraniałam. Tak więc obciążono mnie spłatą długu męża, a przecież miałam do spłacenia jeszcze 3 tysiące pożyczki, którą wzięłam na naprawę dachu. W tej nowej sytuacji nie byłam w stanie oddawać po 200 złotych.

Ja już dawno nie wierzę w prawo

Tu muszę przyznać, że schowałam głowę w piasek. Liczyłam, że może w banku mnie nie zauważą, a gdy przyjdzie lepszy czas, znowu zacznę płacić. Liczyłam na cud, który w normalnym życiu się nie zdarza. Trzy miesiące później dostałam pismo, w którym zostałam poinformowana, że zalegam z ratami. Ale co ja mogłam poradzić, jak nie miałam skąd wziąć pieniędzy.

Wyrzuciłam list. Rok później z firmy odzyskującej długi przyszło powiadomienie, że bank uznał mnie za „wierzytelność straconą” i sprzedał moje długi. Zostałam wezwana do natychmiastowego podjęcia spłaty 5 tysięcy złotych – tak, pięciu, bo firma doliczyła sobie odsetki, które naliczył bank. Rozłożyli mi na raty po 200 złotych miesięcznie. Przestraszyłam się.

Tyle okropnych rzeczy nasłuchałam się o tych firmach. Zawzięłam się i przez pierwsze dwa miesiące płaciłam. Chciałam wynająć komuś jeden pokój, niestety, nie było chętnych. I nagle podrożały moje lekarstwa. Postanowiłam, że zadzwonię i poproszę o prolongatę, choćby półroczną, żebym mogła odbić się od mulistego dna, w którym tkwiłam już zagłębiona po szyję. Udało mi się skontaktować z właścicielem firmy.

Szczegółowo wytłumaczyłam, w jakiej jestem sytuacji.

– Rozumie pan, ja muszę mieć na lekarstwa dla siebie i jedzenie dla dzieci – zakończyłam proszącym tonem. – Staram się, chcę wynająć pokój, ale muszę znaleźć lokatora…

– Pani sytuacja to pani problem – usłyszałam. – Nasz problem to odzyskanie pieniędzy. A może woli pani rozmawiać z komornikiem? On nie będzie sobie zawracał głowy ratami.

Poczułam się jak śmieć – a nie jak człowiek żyjący podobno w cywilizowanym, demokratycznym państwie, w którym, jak twierdzą politycy, pomyślność jednostki jest pomyślnością narodu. To prawda – mam długi. Jeden mój, drugi zaciągnięty przez męża kanalię.

Jestem przewlekle chora, mam dwoje małych dzieci. Próbuję się uśmiechać, lecz powoli zapominam, jak to jest choć przez chwilę nie czuć lodowej kuli w żołądku i ściśniętego strachem serca. Wiem, że jeśli nie uda mi się wynająć pokoju, będę musiała sprzedać domek. Inaczej pewnie zabiorą mi dzieci do bidula, bo nie będzie mnie stać na ich utrzymanie. I wiem, że wtedy mąż natychmiast zechce się ze mną rozwieść, by powalczyć o połowę. Nie ma do domu prawa, ale ja już nie wierzę w prawo. A tym bardziej w sprawiedliwość.

Czytaj także: 
„Po rozwodzie wszystkie przyjaciółki się ode mnie odsunęły. Bały się, że... ukradnę im mężów"
„Od 20 lat mam kochanki w całej Europie. Myślałem, że Zosia nic nie wie. Miałem ją za głupią gęś”
„Kiedy tata trafił do domu opieki, mama znalazła sobie kochasia. Byłam na nią wściekła. Przecież to zdrada!"