wredna szefowa fot. Adobe Stock, ZoomTeam

„Ludzie gardzili mną, bo pochodzę ze wsi. Dokuczali mi w pracy, a potem rzucił mnie facet. Teraz przyszedł czas zemsty...”

„Coś się we mnie zacięło. Przestałam mieć jakiekolwiek skrupuły i wyrzuty sumienia. Zupełnie, jak w bajce o Królowej Śniegu, jakby kawałek lodu wpadł mi w serce. Pracowałam, robiłam karierę i szłam po trupach do celu. Musiałam udowodnić, chyba jemu, Darkowi najbardziej, że jestem go warta i umiem zadbać o siebie”.
/ 01.10.2022 18:30
wredna szefowa fot. Adobe Stock, ZoomTeam

Pochodzę ze wsi i całe życie mi się za to obrywa. Uważają mnie za gorszą, niegodną mojego stanowiska. Więc się odgrywam. Słoik, karierowiczka, ze wsi przyjechała – co ja się w życiu nasłuchałam! Ale jestem uparta, a tyłek mam twardy, nie dałam się. I teraz wszystko sobie odbijam!

– Zimna suka – usłyszałam za plecami, lecz nawet się nie odwróciłam.

Wiem, że to było o mnie i wiem, że dziewczyna, która to powiedziała, długo tu nie popracuje. Bo to ja zatrudniam ludzi i ja ich zwalniam.

– Cicho, usłyszy cię – syknęła inna.

To Magda, poznałam po głosie. Średnio lotna, ale pracowita dziewucha. No i zna swoje miejsce w szeregu.

– Jest za daleko, zobacz, nawet się nie odwróciła. A poza tym, co mi zrobi?

Uśmiechnęłam się pod nosem. Co jej zrobię? Pokażę, kto tu rządzi!

Wiem, co ludzie o mnie sądzą, uważają mnie za zimną i pozbawioną skrupułów. Kiedyś taka nie byłam, ale to życie i oni, ci ludzie, którzy teraz mnie tak nienawidzą, zmusili mnie do tego.

Wszystko zaczęło się, gdy awansowałam

Przyjechałam do miasta, bo… się zakochałam. Mój facet wyjeżdżał akurat na studia, a ja nie wyobrażałam sobie życia bez niego. Namówił mnie, żebym i ja studiowała. Rodzice byli nawet zadowoleni i dumni – natychmiast się zaoferowali, że mi pomogą. Opłacili studia, wspierali mnie finansowo. No i zawsze, jak od nich wracałam, to przywoziłam wałówkę. Wtedy jeszcze nie było takiego określenia jak „słoik”, ale ja idealnie się w nie wpisywałam.

Zaraz po studiach znalazłam pracę w niewielkiej firmie. To były lata 90., powstawało mnóstwo prywatnych inwestycji i pierwsze korporacje. Byłam szczęśliwa, że mam pracę, tym bardziej że musiałam radzić sobie sama. Z chłopakiem się rozstałam, a rodzice na tej całej prywatyzacji stracili i nie mogli mnie już wspierać. Łatwo nie było – wynajmowałam mieszkanie, utrzymywałam się i… musiałam znosić nieustanne upokorzenia.

Wszystko zaczęło się, kiedy awansowałam na kierownika sekcji. Było wielu kandydatów, więc tym bardziej byłam z siebie dumna, że to mnie wybrano. Ale to wzbudziło zawiść innych. Nie wiem, jak dziewczyny dowiedziały się, że pochodzę ze wsi, ale natychmiast zaczęły mi to wypominać.

– Jak szłaś na studia, to dostawało się punkty za pochodzenie, nie? – zagadnęła mnie jedna z koleżanek, z którą jeszcze niedawno siedziałam w pokoju. – To ci jakoś pomogło?

– Wtedy nie było już punktów za pochodzenie. Zresztą studiowałam prywatnie – odparłam na własną zgubę.

Tatuś badylarz, to posmarował, miał jak i czym – drwiły. – No i pewnie przepychał z roku na rok córeczkę.

– Dobrze się uczyłam – protestowałam, ale mnie nie słuchały.

Upatrzyły mnie sobie jako ofiarę, a ja mogłam tylko gryźć palce ze złości. Pracowały w innym dziale, nie musiały się mnie bać ani słuchać. Ale nie odpuściły żadnej okazji, żeby mi dokuczyć. I komu się dało, opowiadały o mnie różne rzeczy – że pochodzę ze wsi, że dzięki pieniądzom ojca robię teraz karierę, że słoma mi z butów wychodzi. Może mimo wszystko jakoś bym to przebolała, gdyby nie fakt, że moi podwładni zaczęli się ze mnie podśmiewać. Za plecami, oczywiście, ale słyszałam, co mówią. I bolało mnie to. Wystarczyło moje najdrobniejsze potknięcie, żebym była wytykana palcami.

Wsiowa babka, to skąd ma wiedzieć, co robić – mówili.

Zaczęłam się odgrywać. Najpierw podświadomie, bardziej gnębiłam te osoby, które mnie krytykowały. Potem z premedytacją dawałam im najmniej wdzięczne prace i zajęcia. Premie rozdzielałam ja – ci, o których wiedziałam, że mnie lekceważą, nigdy nic nie dostali. Zaczęły się sypać skargi na mnie. Za drugim razem, gdy wylądowałam u dyrektora i musiałam się tłumaczyć, usłyszałam, że to ostatnie ostrzeżenie. Jeszcze jedna skarga na mnie i wylecę.

– Kierownicze stanowisko, oprócz kompetencji i wiedzy, wymaga także umiejętności kierowania ludźmi – powiedział mój szef. – Kierownicy w mojej firmie muszą to potrafić. Może pomyśli pani o studiach podyplomowych? Z zarządzania zasobami ludzkimi.

Zwyczajnie mnie okłamał...

Wybąkałam wtedy jakieś przeprosiny i postanowiłam, że zacisnę zęby, nie będę zwracała uwagi na to, co kto mówi. I postaram się być bezstronna. Musiałam przecież utrzymać tę pracę! Niestety, nie dałam rady. Ludzie chyba specjalnie mnie prowokowali, musiało do nich dotrzeć, że dostałam ostrzeżenie. A niektórzy zrobiliby wszystko, żeby się mnie pozbyć!

Wyleciałam z wilczym biletem. Na szczęście nie miałam nic wpisane w papierach. Tylko dzięki temu szybko znalazłam robotę. Co prawda nie na kierowniczym stanowisku, ale też nie jako szeregowy pracownik. Miałam pieniądze i wielkie aspiracje. Musiałam udowodnić światu i sobie, że jestem dobra. Rzuciłam się na robotę jak zgłodniały wilk na owcę. Brałam wszystkie nadgodziny i zlecenia, podejmowałam każde wyzwanie. Nic dziwnego, że szybko mnie zauważono i znowu awansowałam. Nie zapomniałam poprzedniej lekcji i faktycznie poszłam na studia…

To tam poznałam Darka. Dużo starszy ode mnie, menedżer, na wysokim stanowisku. Chciał uzupełnić wykształcenie, jak powiedział, bo o zarabianiu pieniędzy wiedział już wszystko, a o ludziach niewiele. Imponował mi, podobał mi się – no i znowu się zakochałam. Kompletnie mi nie przeszkadzało, że jest dużo starszy ode mnie.

Rok po naszej obronie w mojej firmie zawrzało. Miała nas przejąć inna korporacja. Kiedy okazało się, że to firma Darka, byłam w szoku. Ale o ile reszta kadry nie była pewna, czy ich nie zwolnią, to ja nie musiałam się obawiać. Darek co prawda od razu ustalił, że w pracy zachowujemy służbowe relacje. Rozumiałam to i popierałam. Lecz po jakimś czasie doszłam do wniosku, że to bez sensu. Spędzamy ze sobą dwa czy trzy wieczory w tygodniu, jesteśmy już prawie dwa lata ze sobą – po co to ukrywać? Zaczęłam go namawiać, żebyśmy zalegalizowali nasz związek, ale wtedy wylał na mnie kubeł zimnej wody.

– Zalegalizowali? Kobieto, przecież ja mam żonę – powiedział beznamiętnie.

– Jak to? Nic nie mówiłeś? – jęknęłam.

– Nie mówiłem, bo po co? Nie zastanowiło cię, że spotykamy się tylko u ciebie i to zaledwie dwa razy w tygodniu? A prawie każdy weekend spędzamy osobno – patrzył na mnie zdumiony.

– Mówiłeś, że masz zajęcia, że nie możesz – jąkałam się. – Wierzyłam ci. Myślałam, że mnie kochasz…

– Oj, ty głupia gąsko – powiedział po swojemu, ale tym razem nie zabrzmiało to tak czule jak zwykle. – Ja miałbym się z tobą wiązać? Przecież muszę dbać o swoją reputację! No wiesz, ja jestem prezesem, ty zwyczajną panną ze wsi…

Dwa tygodnie później wręczył mi wypowiedzenie. Tak po prostu.

– Nie możemy razem pracować, to zbyt niebezpieczne, a poza tym szkodliwe dla firmy – powiedział.

– Nie rób mi tego – z trudem powstrzymywałam łzy. – Przecież zawsze dobrze pracowałam…

W firmie zaczynają plotkować, nie mogę sobie na to pozwolić – pokręcił głową. – I nie próbuj się odgrywać czy mnie szantażować. Jestem za mocny. Mogę ci dać list polecający do firmy, która szuka teraz menedżera. Dasz radę. Ale o mnie zapomnij.

Nie muszę być podła. Ale jestem

Byłam na niego wściekła i w pierwszej chwili chciałam wsadzić mu do gardła ten list polecający. Ale na szczęście opanowałam emocje.

Kiedy odchodziłam, nikt mnie nie żałował. Wprost ze mnie kpili.

– Myślałaś, że przez łóżko zrobisz karierę? – zapytała drwiąco koleżanka, która miała chrapkę na moje stanowisko.

Pracowałam tu, zanim on nastał – odparłam, patrząc na nią dumnie. – A poznałam go w szkole, nie w pracy.

– I myślałaś, że dla takiej prowincjuszki jak ty rzuci żonę? – zaśmiała się.

Nic jej nie powiedziałam, wyszłam z wysoko podniesioną głową.

Popłakałam się dopiero w domu. Upiłam się i przez cały wieczór ryczałam jak bóbr. W swoich czterech ścianach wyzywałam wrednych współpracowników i jego. Gdyby chociaż jedna dziesiąta tego, czego mu życzyłam, się spełniła, miałby facet ciężkie życie. Ale nie zemściłam się na nim. Nie szantażowałam, nie pisałam, nie dzwoniłam. Za niego oberwali inni…

To właśnie wtedy się zmieniłam. Coś się we mnie zacięło. Przestałam mieć jakiekolwiek skrupuły i wyrzuty sumienia. Zupełnie, jak w bajce o Królowej Śniegu, jakby kawałek lodu wpadł mi w serce. Pracowałam, robiłam karierę i szłam po trupach do celu. Musiałam udowodnić, chyba jemu, Darkowi najbardziej, że jestem go warta i umiem zadbać o siebie. Z firmy, w której mnie polecił, sama się zwolniłam po dwóch latach. Dostałam lepszą propozycję. A z kolejnej firmy też mnie podkupiono za ciężkie pieniądze…

Wszędzie się mnie boją. Znam się na swojej robocie, umiem każdą firmę wyprowadzić ze skraju bankructwa na finansowe wyżyny. Nie muszę robić tego kosztem ludzi, ale robię. Gdy ktoś się nie nadaje – zwalniam. Gdy nie spełnia moich oczekiwań – zwalniam. I gdy mnie krytykuje – zwalniam. I nie interesuje mnie, czy to samotna matka z dzieckiem, czy facet w wieku przedemerytalnym, który jeszcze nie wszedł w okres ochronny.

Na mieście mówią o mnie z szacunkiem, ale i ze strachem. Zimna suka to chyba jedno z delikatniejszych określeń. Nienawidzą mnie kobiety i mężczyźni. Ci ostatni głównie za to, że dostaje im się za Darka. Ja już nikomu nie ufam. Chcę tylko jednego – udowodnić, że dziewczyna ze wsi potrafi zrobić karierę, nie jadąc na czyichś plecach. Właściwie, już to udowodniłam. Ale wciąż mam poczucie niedosytu…

Czytaj także:
„Gdy Wiesiek wrócił z USA, Zuza rzuciła mnie i syna jak zużyte opakowanie. Czy pachniały jej dolary, czy dawna miłość?”
„Choć nie oszalałam z miłości, oddałam Jackowi swe ciało, bo imponował mi kasą. To jego syn przyprawiał mnie o dreszcze”
„Ciotka z wujkiem odebrali mi dziecko i wychowali jako swoje. Po 30 latach syn poznał prawdę i chce się ze mną spotkać”