mężczyzna, który został porzucony fot. Adobe Stock, Photographee.eu

„Gdy Wiesiek wrócił z USA, Zuza rzuciła mnie i syna jak zużyte opakowanie. Czy pachniały jej dolary, czy dawna miłość?”

„Kochałem ją jak wariat. Poświęciłem dla niej wszystko, chociaż widywaliśmy się rzadko. Wiedziałem jednak, że związek na odległość się nie uda, chciałem być przy niej i przy Ksawciu. Tymczasem ona spakowała jedną walizkę i porzuciła nas dla Wieśka. Albo jego dolarów...”.
/ 28.09.2022 12:30
mężczyzna, który został porzucony fot. Adobe Stock, Photographee.eu

Wuj Narcyz był niezwykle przystojnym, wysokim mężczyzną. Trzymał się prosto niczym wojskowy. Nie było w mieście kobiety, która nie zwróciłaby na niego uwagi, zwłaszcza że ubierał się z nieco staroświecką elegancją. Nigdy nie nosił kapelusza. Za to nieodłącznym elementem jego stroju w chłodne dni był baskijski beret założony fantazyjnie na bok. Wuj Narcyz był z niego bardzo dumny.

Ciocię Karolinę, żonę wuja, uwielbiała cała rodzina. Kochali ja wszyscy za jej dobroć, nieustanną chęć niesienia pomocy bliźnim, poczucie humoru i dystans do rzeczywistości. Karolina nie grzeszyła nadmierną urodą, ale miała w sobie to coś, co przyciągało mężczyzn. Gdy się uśmiechała, wszystko w koło jaśniało niczym oświetlone południowym słońcem.

Wbrew pozorom ciocia Karolina twardo stąpała po ziemi i żelazną ręką prowadziła dom. Wszyscy w rodzinie zgodnie twierdzili, że wuj Narcyz miał wyjątkowe szczęście w życiu, żeniąc się z Karoliną. Karolinę i Narcyza uważałem przez lata za zgodne, kochające się małżeństwo.

– Gdyby jej nie było – twierdziła moja mama, siostra wuja – Cyzik (tak w dzieciństwie zdrabniano imię wuja Narcyza) zaginąłby niechybnie we własnym bałaganie. On ma artystyczną duszę i nie potrafi utrzymać porządku. Nigdy niczego nie odłożył na miejsce.

Rzeczywiście wuj słynął z bałaganiarstwa

Mogło to wydawać się dziwne, bowiem wuj był uznanym krawcem męskim. Miał liczne grono stałych klientów, wśród których było kilku dyplomatów, dwóch czy trzech znanych aktorów, a także słynny prezenter telewizyjny. Nigdy nie zdarzyło się, by ktokolwiek dostał nie swoją marynarkę lub spodnie zamówione przez innego klienta. Moja mama uważała, że wszystko to zasługa cioci Karoliny, która dbała o porządek w krawieckiej pracowni męża.

Ze względu na dużą liczbę klientów, a także na renomę pracowni, wuj miał do pomocy dwóch czeladników i trzech uczniów. Ciocia Karolina dyrygowała nimi niczym orkiestrą dętą. Najwcześniej zaczynali pracę uczniowie. Już o 6 rano stawiali się w pracowni. Zawsze czekała na nich Karolina. Dzień zaczynano od sprzątnięcia lokalu. O 7, gdy pojawiali się czeladnicy, każdy z nich miał przy swojej maszynie do szycia już przygotowaną pracę na dziś. Ten system działał doskonale przez długie lata.

Wuj Narcyz nie mógł narzekać na brak pracowników. Wielu starało się o terminowanie w jego pracowni. A ci, którzy u niego wyuczyli się zawodu, gdy zakładali swoje pracownie, chwalili się dopiskiem na szyldzie „uczeń Narcyza P.”. Była to bardzo dobra rekomendacja.

Karolina i Narcyz byli zgodnym i kochającym się małżeństwem. Tak wydawało mi się przez lata. Owocem ich związku była moja kuzynka Laura, nieco młodsza ode mnie, ale mimo tej różnicy fajnie się razem bawiliśmy, gdy nasi rodzice razem spędzali wakacje.

Okazało się, że wuj przeżył miłosny zawód

Gdy Laura skończyła dwadzieścia jeden lat, wuj Narcyz wziął pod pachę swego ulubionego singera, jak twierdził najlepszą maszynę do szycia na świecie i wyprowadził się z domu. Zamieszkał z Melanią, która była miłością jego życia. Jak twierdziła moja mama, Cyzik kochał się w Melanii niemal przez całe życie. To uczucie było rodzinnym sekretem. Narcyz i Melania mieszkali kiedyś w tej samej kamienicy i chodzili do tej samej szkoły. Melania była córką lekarza, ojcem Narcyza był zwykły krawiec. Rodzice Melanii niezbyt chętnie patrzyli na Narcyza. Tolerowali fakt, że dzieci razem się bawią.

Gdy jednak oboje ukończyli szkołę, wysłali Melanię do Paryża. Mieli tam kuzynkę, która obiecała, że będzie się dziewczyną opiekować. Narcyz uczył się krawiectwa w pracowni ojca. W tajemnicy przed rodzicami młodzi pisali do siebie płomienne listy. Zapewniali się w nich wzajemnie o swoim dozgonnym uczuciu. Taka wymiana korespondencji trwała kilka lat. Pewnego dnia Narcyz nie otrzymał odpowiedzi. Minął miesiąc, a odpowiedź nie nadchodziła. Narcyz postanowił zatelefonować do Melanii, ale po drugiej stronie ktoś odezwał się po francusku. Tego języka nie znał, więc odłożył słuchawkę.

Namówił znajomą, która mówiła po francusku, by ona zatelefonowała do Paryża i dowiedziała się, co dzieje się z jego ukochaną Melanią. Okazało się, że Narcyzowa miłość życia wyszła za mąż i nie zamierza wracać do ojczyzny. To był dla wuja cios w samo serce. Jak opowiadała moja mama, Cyzik nie uwierzył w to, co usłyszał. Postanowił porozmawiać z Melanią twarzą w twarz. W tym celu musiał pojechać do Paryża. W tamtych czasach, aby wyjechać na tak zwany Zachód, trzeba było mieć zaproszenie, najlepiej od kogoś z rodziny. Wuj wykupił w Orbisie wycieczkę i wyjechał nad Sekwanę. Wrócił po dwóch tygodniach. Przez tydzień nie odzywał się do nikogo i nie wychodził z mieszkania.

Po tygodniu wyczyścił wizytowe buty tak, że błyszczały niczym lakierki, założył białą koszulę i garnitur i, włożywszy baskijski beret na głowę, wszedł z domu. Po czterech dniach pojawił się w domu z Karoliną.

– Chciałem wam przedstawić – zwrócił się do domowników – moją żonę. To jest Karolina!

Według opowiadania mojej mamy po tych słowach babcia Leokadia zemdlała. Dziadek milczał przez chwilę, po czym objął nową synową, przytulił i powiedział:

– Witaj w rodzinie!

Babcia Leokadia, gdy odzyskała kontakt ze światem, także serdecznie powitała Karolinę. Od tamtej chwili była dla niej najlepszą teściową na świecie. Dopiero po wielu latach wyszło na jaw, jak Cyzik poznał Karolinę. Podobno wyszedł z domu z zamiarem zakończenia życia. Chciał rzucić się pod pociąg, zamiast jednak wejść na tory wsiadł do pierwszego z brzegu wagonu. Kupił bilet u konduktora do najbliższej stacji. Nie interesowało go dokąd. Pociąg stanął w Łodzi.

Karolinę poznał w dworcowej poczekalni

Miała niewielką walizeczkę i była zapłakana. W odruchu serca wziął ją pod rękę i zaprowadził do restauracji. Siedzieli tam kilka godzin i rozmawiali. Karolina była sierotą. Wiele lat spędziła w domu dziecka. Potem pracowała w sklepie. Mieszkała w wynajętym pokoiku przy rodzinie. Gdy zwolnili ją z pracy, nie miała gdzie się podziać, poszła na dworzec i tam się spotkali. Wuj, niewiele myśląc, oświadczył się Karolinie i został przyjęty. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, jak wujowi udało się w ciągi kilku dni załatwić ślub. Ani on, ani ciocia Karolina nigdy o tym nie opowiadali. Nikt z rodziny nie śmiał pytać i tak zostało.

Małżeństwo z Karoliną miało być dla Narcyza lekarstwem na miłość do Melanii. Sądził, że wyleczy się z tego uczucia, że o niej zapomni. Że zapomni o krzywdzie, jaką mu wyrządziła. Wuj nigdy się nie przyznał, jak wyglądała rozmowa z ukochaną, gdy pojechał do Paryża. Jak się okazało po latach, lekarstwo na miłość nie działało. Wbrew wszystkiemu uczucie do Melanii przetrwało. Okazało się, że Cyzik po kilku latach ponownie nawiązał kontakt z ukochaną . Ta zaś po dwóch dekadach postanowiła wrócić do Polski. Gdy wuj się o tym dowiedział, porzucił rodzinę.

Ciocia Karolina przyjęła odejście męża z godnością. Nie rozpaczała, nie próbowała go zatrzymać, rzucając mu się na szyję, patrzyła tylko smutnym wzrokiem, jak zabiera swego singera. Wystawiła na schody walizkę z jego ubraniami i spokojnie zamknęła drzwi. Nikt nigdy nie widział cioci Karoliny płaczącej z powodu rozstania z mężem. Nie załamała się, nie rozpaczała. Nie złorzeczyła na Melanię, że zabrała jej męża. Nie robiła awantur. Laura była już dorosła.

Ciocia Karolina zajęła się prowadzeniem pracowni krawieckiej Narcyza bez Narcyza. Zastąpił go najlepszy z czeladników. Z czasem Karolina zdała egzamin mistrzowski i zmieniła szyld w bramie. Szybko przybyło jej klientów płci obojga. Przez prawie 10 lat Narcyz nie odzywał się do rodziny. Mieszkał ze swą Melanią w innym mieście. I praktycznie nie było o nim żadnych wiadomości. Po latach wyszło na jaw, że kontaktował się z Laurą. Ona jednak nie pisnęła nikomu, a w szczególności swej matce, ani słówka. Zapewne bała się, że Karolina będzie miała jej za złe kontakty z ojcem. Myliła się bardzo. Ciocia zachowywała się jakby Narcyz nigdy nie istniał.

Teraz opowiem swoją historię

Zuzanna zawsze mi się podobała, ale nigdy nie miałem śmiałości, by jej to powiedzieć. Chodziliśmy do tej samej szkoły i razem zdawaliśmy maturę. Potem każde poszło w swoją stronę. Ja wybrałem politechnikę, Zuzanna uniwersytet i psychologię. Przypadkowo spotkaliśmy się na ulicy. Poszliśmy na kawę i… Siedzieliśmy w tej kawiarni ze trzy godziny i nie mogliśmy się „nagadać”. Odprowadziłem ją pod dom i spacerowaliśmy jeszcze chyba do północy. Żadne z nas nie chciało powiedzieć do widzenia.

Właśnie tego wieczora „trafiła nas strzała Amora”, jak czasami mawiał wuj Narcyz, zanim odszedł do Melanii. To było cudowne uczucie. Wracałem do domu radosny i szczęśliwy. Byłem pewien, że spotkałem miłość swego życia. Chodziliśmy z Zuzanną przez całe studia. To był piękny czas. Każde wakacje spędzaliśmy razem. Miesiąc albo dłużej pracowaliśmy za granicą. W Szwecji albo w Niemczech. Pozostały czas spędzaliśmy na włóczędze po Mazurach. Oboje pokochaliśmy ten region. Ładowaliśmy plecaki i autostopem gnaliśmy do Olsztyna, Mrągowa lub Węgorzewa, a stamtąd gdzie oczy poniosą. Mieliśmy swoje ulubione miejsca. Znajomych gospodarzy nad jeziorem Probarskim. Zaprzyjaźnione małżeństwo nad Jukstami.

Uwielbialiśmy łazić po lasach wokół jeziora Bełdany, wtedy leśniczówka Śniardwy była naszą bazą. Pobraliśmy się, gdy oboje mieliśmy dyplomy w kieszeni. To był dla mnie czas wielkiej miłości. W podróż poślubną pojechaliśmy do… leśniczówki Śniardwy. Czułem się największym szczęściarzem na świecie. Miałem przy sobie ukochaną kobietę i cudowną przyszłość przed sobą. Tak przynajmniej wtedy sądziłem.

Dziewięć miesięcy po ślubie przyszedł na świat nasz syn. Po dziadku Zuzi daliśmy mu na imię Ksawery. Wszystko układało się po mojej myśli. Nadeszły tłuste lata. Dzięki pomocy obu babć, które w ciągu dnia opiekowały się Ksawusiem, mogliśmy z Zuzanną poświęcić się pracy zawodowej. Oboje robiliśmy kariery w swoich zawodach. Ja pracowałem jako kierownik budowy, Zuzia była psychologiem terapeutą. Widywaliśmy się wieczorami. Choć nie zawsze. Po pewnym czasie moi pracodawcy przenieśli swoje inwestycje w inne rejony kraju. Dobrze płacili, więc nie szukałem innej pracy tylko wyjechałem. W domu bywałem raz w tygodniu w weekendy.

Bywało, że nie przyjeżdżałem przez kilka tygodni, bo tego wymagała sytuacja na budowie. Zuzanna nigdy nie narzekała, że mnie nie ma pod ręką. Byłem przekonany, że rozumie. Zresztą była zajęta własną karierą. Wraz z przyjaciółką otworzyła prywatny gabinet psychologiczny. Najbardziej na tym cierpiał Ksawery. Rodziców widywał rzadko. Mnie raz w tygodniu lub rzadziej, mamę czasami wieczorem, czasami rano. Dobrze że babcie porozumiały się między sobą i wzięły na siebie ciężar prowadzenia domu.

Zdawałem sobie sprawę, że nie da się na dłuższą metę żyć na odległość. Nie chciałem, by rozpadła się moja rodzina i znalazłem pracę blisko domu. Powodziło nam się na tyle dobrze, że zaczęliśmy myśleć o budowie domu blisko miasta, ale w ładnej okolicy. Chcieliśmy mieć swoje miejsce na ziemi. Czułem się szczęśliwy. Wszystko szło zgodnie z planem.

Najbardziej zabolało to, co Zuza rzuciła na odchodne

Pewnego dnia wieczorem w mieszkaniu cioci Karoliny zadzwonił dzwonek. Ktoś mocno naciskał guzik, bo wszystkie pokoje wypełniły się przeraźliwym dźwiękiem. Ciocia nie spodziewała się gości. Od lat nie prowadziła życia towarzyskiego, z nikim nie była umówiona. Zawsze najpierw patrzyła przez judasza, „kogo diabli niosą”, ale tym razem nie! Zdenerwowana natarczywym dźwiękiem podbiegła do drzwi i je otworzyła! Na wycieraczce stał dorodny singer – ulubiona maszyna do szycia wuja Narcyza, zaś za nią on sam z miną zbitego psa. W rękach miął swój, niegdyś okazały, baskijski beret. Wuj nie był sam. Przyprowadziła go ukochana Melania. Była ubrana w elegancką suknię, buty na obcasie, a całość podkreślała krwistoczerwona szminka na ustach.

– Bardzo panią przepraszam – zwróciła się grzecznie do stojącej w drzwiach Karoliny – czy zechce pani przenocować Cyzia, bo ja wyjeżdżam do Francji?

Nie czekała na odpowiedź, odwróciła się i dostojnie zeszła po schodach. I tak oto wuj Narcyz, jak sam stwierdził, z „podkulonym ogonem” wrócił na łono rodziny. Karolina przyjęła go bez emocji jakby godzinę wcześniej wyszedł po papierosy. Przypomniałem sobie tę rodzinną historię, gdy tydzień temu opuściła mnie ukochana Zuzanna. Bez uprzedzenia, spakowała jedną walizkę i wyjechała.

– Wrócił ze Stanów Wiesiek, zawsze się kochaliśmy, ty byłeś tylko „opakowaniem zastępczym” – powiedziała już w drzwiach i wyszła.

Stałem w przedpokoju z otwartą gębą, a w uszach dźwięczały mi słowa: „byłeś tylko opakowaniem zastępczym”.

– A nasz syn?! A Ksawery? On też…?! – chciałem krzyknąć, ale Zuzi już nie było!

Czytaj także:
Moja babcia przypadkowo wyszła za zabójcę swojego ukochanego. Zemściła się po latach
Miałam składać papiery rozwodowe, gdy mąż uległ wypadkowi. Marzenia o rozwodzie się nie spełniły
Mój mąż postanowił zabawić się w obrońcę czci jedynaczki. Chciał wybrać nam zięcia