Praca mnie zniszczyła fot. Adobe Stock, Anna Jurkovska

„Kochałem moją pracę, ale mnie zniszczyła. Przez 16 lat nie wziąłem zwolnienia, byłem przemęczony i wpadłem w obłęd”

– Nie mów do mnie jak do wariata! Bo nic nie wiesz! Nie wiesz, jak to jest, gdy praca, którą kochasz ponad wszystko, niespostrzeżenie cię zżera i pali od środka. Mogę sobie jeszcze strzelić w łeb! Chcesz?
/ 24.11.2021 09:19
Praca mnie zniszczyła fot. Adobe Stock, Anna Jurkovska

Jak to się mogło stać? Przecież z pozoru wszystko w moim życiu układało się świetnie, czyli dokładnie tak, jak sobie wymarzyłem. A jednak, z jakiegoś powodu nie byłem szczęśliwy... O co chodzi?

Jako prawnik bardzo poważnie podchodziłem do swoich obowiązków zawodowych; zawsze starałem się wykonywać je jak najlepiej, choćby kosztem prywatnego życia. Dzięki temu odnosiłem sukcesy, i to nawet spore. Czy one przesłoniły mi prawdę, że cena była za wysoka, a demon wciąż chciał więcej?

Pewnego dnia poczułem się tak, jakby bateria mi siadła, a w głowie pojawiły się dziwne myśli, niefajne, niebezpieczne. Nie chciało mi się wstawać, myć, jeść, iść do pracy, by zajmować się cudzymi kłopotami. Zarazem nie mogłem nie iść, odpuścić, bo co innego będę robił? Przecież nic innego nie umiałem.

Praca była moim nałogiem

Demonem, który mnie wykańczał. Nie rozumiałem sam siebie i nie spałem już kolejną noc z rzędu. Zwierzyłem się koledze.

– Brak rodziny, stary, brak drugiej nogi, albo jak to niektórzy mówią: podpory życiowej – zawyrokował.

– Raczej kamienia młyńskiego u szyi – zakpiłem.

– Śmiej się, śmiej, ale źle masz poustawiane priorytety, stary. Gdyby cię dzieciak przemaglował, zadał milion pytań, na które nie znasz odpowiedzi, jakbyś nosił przez pół nocy drugiego, który ryczy, bo wyżynają mu się ząbki, jakby w weekend żona przegnała cię przez całą galerię handlową, nie zadręczałbyś się wątpliwościami o sens istnienia. Marzyłbyś o świętym spokoju.

Kolega, który zasypiał ostatnio na stojąco, patrzył na mnie z politowaniem. No tak, syty głodnego nie zrozumie. Z braku innych opcji wybrałem się do lekarza rodzinnego, licząc na jakieś pigułki. Lekarz – siwy, brodaty, który już niejedno widział, a mnie znał niemal od pieluch – zamiast pigułek na sen przepisał mi odpoczynek i wystawił zwolnienie lekarskie na dwa tygodnie.

Pigułki to doraźna sprawa. Psychiatrą ani psychologiem nie jestem, ale cię znam i od lat proszę: zwolnij, chłopcze. Nie słuchałeś, no i cię dopadło.

– Co?

– Wypalenie. Chcesz czy nie, musisz wyluzować. Zajmij się czymś, co lubisz, co cię odpręża. I wróć tu za dwa tygodnie.

Łatwo powiedzieć… Zapomniałem już, jak to jest mieć wakacje albo hobby niezwiązane z pracą. Poniewczasie dotarło do mnie, że robota nie zastąpi miłości, przyjaciół, zainteresowań, którymi się zajmujesz, bo lubisz, nie dla pieniędzy, kariery czy z powodu ambicji.

Kiedy zawód, który kochałem, stał się moim przekleństwem, dyktatorem panoszącym się w każdym aspekcie mojego życia? Nie pamiętam…

Co ja właściwie lubię?

Kiedyś pochłaniałem książki, wszelakie, zanim skupiłem się wyłącznie na prawniczych podręcznikach. Zatem czytanie. Wybrałem kryminał. Było nieźle, póki nie zacząłem wyłapywać nieścisłości i absurdów. Autor nie zadał sobie trudu, by zrobić porządny research i sprawdzić, jakie mamy prawo w Polsce oraz na jakich zasadach działają nasze sądy, policja, prokuratura, nawet zakłady pogrzebowe.

Zmieniłem więc lekturę na coś innego, niemającego nic wspólnego z moim zawodem. Kupiłem polecaną powieść fantasy – jako nastolatek uwielbiałem fantastykę, ale teraz przewracając stronę, zapominałem, co właśnie przeczytałem, i musiałem zaczynać od nowa. Po trzech godzinach przebrnąłem ledwie przez pół pierwszego rozdziału.

Postanowiłem się nie poddawać, tylko przerzucić na literaturę mniej szlachetną, czyli gazety. Niestety i tym razem zostałem pokonany, nie brakiem czy nadmiarem skupienia, lecz potokami wylewającej się z prasy żółci, co wcale nie polepszyło stanu mojej duszy.

Sport. Nigdy nie unikałem lekcji wuefu, ale jaki teraz sport mógłbym uprawiać? Bieganie wydawało mi się bez sensu. Biec, żeby biec? A na maratony nie miałem kondycji ani ochoty. Znowu miałbym się ścigać? O nie. No to może siłownia? Jeszcze gorsza opcja. Na samą myśl o wyciskaniu ciężarów i nieśmiertelnych pytaniach, co robię: masę czy rzeźbę, robiło mi się słabo. Cel.

Moje działania musiały mieć jakiś konkretny cel, który uznam za istotny, wart machania rękami czy nogami.

Wreszcie mnie olśniło

Że też nie pomyślałem o tym od razu. Nie zastanawiając się wiele, pojechałem do sklepu, kupiłem dwa baniaki białej farby, pędzle i od razu po powrocie do domu zabrałem się za robotę.

Ściany w kuchni odrapane, poplamione, wręcz błagały o odmalowanie. Ale w tym pędzie i amoku nawet gdybym coś zauważył, pewnie i tak nic bym nie zrobił. Z kuchnią uporałem się szybko, ale chęć do działania mi nie minęła, przeciwnie, nabrałem jeszcze większej ochoty na odnawianie. Wreszcie widziałam jakiś oczywisty sens w swoich poczynaniach.

Malowałem brudną ścianę, która stawała się czysta. Broniąc przed sądem swoich klientów, zbyt często miałem wrażenie, że niczego nie zmieniam, tylko tuszuję, że nikogo nie ratuję, tylko pomagam mu uniknąć odpowiedzialności. Adwokat z sumieniem? Może właśnie to mi dolegało? Mocowałem się z oporną puszką farby, której nie mogłem otworzyć.

Akurat sięgnąłem po nóż, kiedy rozległ się dzwonek. Podszedłem i otworzyłem szeroko drzwi, nie zastanawiając się, jak wyglądam. Ujrzałem młodą kobietę.

– Dzień dobry, ZUS, kontrola. Pan, jak widzę – poczęstowała mnie ironicznym tonem i spojrzeniem – intensywnie się leczy. Można?

Zerknąłem do lustra, które wisiało obok drzwi wejściowych. Włosy i twarz miałem w białych kropkach; moje robocze ogrodniczki, całe w smugach i kleksach, prezentowały się jeszcze gorzej. Tymczasem kobieta, mimo braku wyraźnego zaproszenia, ominęła mnie zgrabnie i weszła do środka mieszkania.

Przekroczyła próg mojego domu, mojego azylu – by dowieść, że naciągam ZUS na fałszywe zwolnienie lekarskie. Poczułem, że taka postawa bardzo mi się nie podoba.

Bardzo, ale to bardzo mi się nie podoba

Moje ledwie ustabilizowane psyche przełączyło się na tryb awaryjny. Zamknąłem drzwi. Na klucz. Szczęk zamka chyba zaalarmował urzędniczkę. Obróciła się, spojrzała na mnie, w jasnych oczach błysnęła niepewność. Zrobiłem krok w jej stronę. Cofnęła się. Zrobiłem kolejny. Znowu się cofnęła. Wskazałem jej ręką kierunek.

– Zapraszam do pokoju.

Widziałem, że się waha, że walczy ze sobą, ale mimo narastających obaw posłuchała. Cóż, w dłoni, którą pokazałem jej salon, wciąż trzymałem nóż. Z wariatami lepiej nie dyskutować, zwłaszcza gdy są uzbrojeni.

Gdy weszliśmy do środka, kobieta jakby zadrżała. Spojrzałem na pokój jej przestraszonymi oczami i... nagle wyłożony folią salon przestał wyglądać niegroźnie, jak pomieszczenie przygotowane do malowania, a zaczął się kojarzyć z filmami o psychopatach. I bardzo dobrze.

– Niech pani siada – nożem wycelowałem w przykryty folią fotel.

Przycupnęła sztywno na brzeżku siedzenia.

– Po co tu pani przyszła?

Przełknęła ślinę. Widziałem, że się boi, że nie bardzo wie, co się dzieje, ale była ulepiona z twardej gliny. Szybko wzięła się w garść. Uniosła głowę i powiedziała:

– To jest rutynowa kontrola. Wyrywkowa. Trafiło na pana, to nic osobistego. Wziął pan zwolnienie lekarskie, więc powinien się pan liczyć z tym, że ktoś pana sprawdzi.

– Co pani powie – zakpiłem. – A czy zanim się tu pani pofatygowała, ktoś raczył sprawdzić, ile razy dotąd brałem zwolnienie lekarskie? No, niech pani strzela, ile razy?

Zamrugała powiekami niepewnie.

– Aha, czyli nie wie pani. Oczywiście. Bo po co? Więc już wyjaśniam: zero. Tyle razy brałem zwolnienie w ciągu szesnastu lat pracy. Teraz pierwszy raz mi się zdarzyło i od razu kontrola. To dopiero jest podejrzane, nie uważa pani?

– To po prostu przypadek. Proszę zrozumieć…

– Nic nie muszę zrozumieć! – warknąłem, zbliżając się do niej.

Moja dłoń bezwiednie zacisnęła się na trzonku noża. Kobieta zbladła, a jej usta wykrzywił lekki grymas. Udawała twardą, ale musiała być przerażona. Nie zważałem na to. Po prostu miała pecha, że ów nieosobisty przypadek skierował ją do mnie.

Napatoczyła się ze swoim urzędniczym śledztwem, gdy znalazłem się na krawędzi.

– Proszę pana… – powiedziała cicho, powoli – tylko spokojnie…

Nie mów do mnie jak do wariata! Bo nic nie wiesz! Nie wiesz, jak to jest, gdy praca, którą kochasz ponad wszystko, niespostrzeżenie cię zżera i pali od środka. Lekarz zamiast pigułek przepisał mi wypoczynek i jakieś niestresujące zajęcie, ale nie będę siedział na kanapie i gapił się w telewizor, bo urzędnikom nie mieści się w głowie, że malowanie ścian może działać leczniczo...

Spojrzała na pomieszczenie i zbadała moje pędzle, farbę i inne przybory. Nie rozluźniła się ani na chwilę.

– Mogę sobie jeszcze strzelić w łeb! Chcesz? Takie rozwiązanie zadowoli instytucję, którą reprezentujesz? Nie ma człowieka, nie trzeba mu nic płacić. Jego rodzinie też nie, żadnych rent, bo nie ma żadnej rodziny. Czysta sprawa. Może zaczniecie promować samobójstwa jako sposób rozwiązania…

– Przestań! – krzyknęła.

Spojrzałem na nią. Po bladych policzkach płynęły łzy. otrzeźwiałem. Dziwny amok, w jakim trwałem, minął. Cofnąłem się znad krawędzi. Poczułem zmęczenie, nawet nie wstyd, tylko potworne zmęczenie.

– Niech pani sobie idzie, niech pani robi, co chce. Zgłosi, nie zgłosi… Wszystko mi jedno.

Usiadłem na kanapie, położyłem głowę na oparciu i zamknąłem oczy. Folia zaszeleściła, gdy urzędniczka wstała z fotela, a potem zastukały jej buty. Kiedy dźwięki ucichły, pomyślałem, że wyszła. Ale nie, niespodziewanie poczułem jej dłoń na swojej dłoni. Folia znów zaszeleściła, gdy kobieta usiadła obok mnie.

– Już dobrze – powiedziała łagodnie. – Może pan nie uwierzy, ale wiem, jak to jest. Niestety wiem aż za dobrze...

– A więc jednak coś osobistego – mruknąłem drwiąco.

Chwilę milczała, nim westchnęła ciężko.

– Ma pan rację, czasem łatwiej zasłonić się formułką, zapomnieć, że wszystko jest w mniejszym lub większym stopniu osobiste. Zależy od punktu widzenia. Dla jednego sprawa zawodowa, jedna z wielu, dla drugiego osobista tragedia. Mój brat… – zawahała się.

Nie poganiałem. Nie otwierałem oczu

Po chwili kontynuowała.

– Mój brat miał podobny problem jak pan teraz, ale nikt niczego nie podejrzewał. Przecież wszystko było z pozoru idealne. Dobra praca, wysokie stanowisko, sukcesy, pieniądze. Wszyscy byliśmy z niego tacy dumni, rodzice, dziadkowie, narzeczona, przyszli teściowie, ja, wszyscy... Byliśmy głusi i ślepi. Do końca grał swoją rolę człowieka sukcesu, a my zgodnie ignorowaliśmy sygnały, które musiał wysyłać.

– Do końca? – spytałem, otwierając oczy i unosząc głowę z oparcia.

– Tak, do końca. Wjechał samochodem w drzewo.

– Celowo?

– Tak, to nie był wypadek, zostawił list.

– Przykro mi – powiedziałem.

Naprawdę było mi przykro

Współczułem siostrze, która straciła brata, i facetowi, którego nie znałem, ale doskonale rozumiałem, przez co przechodził.

– Dziękuję. To było parę lat temu, już się uporałam z żałobą, ale nadal ciężko mi się pogodzić z tym, że… – pokręciła głową. – Proszę, niech pan nie funduje tego najbliższym.

– Nie mam rodziny. Już mówiłem.

– To może pora się za nią rozejrzeć – uśmiechnęła się, a mnie się przypomniały słowa kumpla o podporze, o zadających setki pytań dzieciach, o zakupach z żoną. – Co do kontroli, potwierdzę, że zwolnienie się panu należało i spędza je pan zgodnie z zaleceniami lekarza. Szkoda, że mój brat nie trafił na równie mądrego doktora.

Odprowadziłem ją do drzwi.

– Będzie dobrze – powtórzyłem na pożegnanie jej własne słowa.

– Pociesza mnie pan czy składa obietnicę? – uśmiechnęła się.

– Jedno i drugie.

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”