Chciała odbić mi męża, ale miała poczucie winy fot. Adobe Stock, Inna Vlasova

„Kiedyś za wszelką cenę chciała odbić mi męża. Nie spodziewałam się, że akurat ona poda mi pomocną dłoń”

„– Przepraszam, ale pani Teresa nie żyje… Dwa lata temu miała wypadek – odparła sekretarka. Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi przez plecy. Bez słowa odłożyłam słuchawkę. Powoli docierało do mnie, co kilka dni temu wydarzyło się w lesie”.
/ 23.05.2022 13:30
Chciała odbić mi męża, ale miała poczucie winy fot. Adobe Stock, Inna Vlasova

To było pierwsze tak ciepłe popołudnie, chociaż mieliśmy już połowę maja. Przez otwarte okno wpadł do pokoju przyjemny podmuch wiatru. Przyniósł ze sobą oszałamiającą woń kwitnącego bzu. Uśmiechnęłam się chyba po raz pierwszy od śmierci męża. Marek tak kochał te kwiaty i ich zapach. Zakręciły mi się w oczach łzy.

Wróciło poczucie winy...

Czy dostrzeganie urody życia można było uznać za zdradę pamięci o mężu? Długi czas siedziałam, wpatrując się w półmrok pokoju. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie jego twarz. Całą sobą tęskniłam za jego obecnością, za ciepłem ciała, do którego przytulałam się, siedząc na kanapie. Czy poddanie się urokowi tego majowego wieczora i pójście na spacer oznaczałoby, że już nie cierpię, że nie pamiętam? Czy byłby to krok oddalający mnie od mojego życia z Markiem?

Nie miałam wyjścia, musiałam żyć bez niego. Musiałam powoli wracać do żywych. Marek odszedł trzy miesiące temu. A ja wciąż siedziałam w domu pogrążona w rozpaczy. Nagle wstałam, włożyłam na siebie płaszcz i wyszłam na dwór. W powietrzu czuć było wyraźnie wiosnę. Spojrzałam w niebo, na którym słońce chyliło się ku zachodowi, topiąc wszystko wokół w ciepłych odcieniach różu i pomarańczy.

„Życie toczy się nadal, nawet jeśli mi się wydaje to niemożliwe” – pomyślałam.

Ruszyłam przed siebie. Minęłam kilka domków jednorodzinnych, które stały na końcu mojej ulicy, i skierowałam się do lasu. Pachniało w nim obłędnie. Promienie słońca przeciskały się pomiędzy liśćmi. Tu było mi lepiej niż w pustych czterech ścianach, łatwiej się oddychało. Poczułam się lżejsza, mniej samotna.

„Dlaczego wcześniej nie urządzałam sobie takich spacerów?” – pomyślałam. „W domu co krok potykam się o nieobecność ukochanego”.

Szłam w głąb lasu, zachwycona wszystkim, co mnie otaczało. Ten entuzjazm, który poczułam wraz z zapachem bzów, pchał mnie jakąś niepojętą siłą przed siebie. Wsłuchiwałam się w śpiew ptaków. Ogarnęła mnie nadzieja, że ból, który czułam od trzech miesięcy w sercu, w końcu trochę osłabnie. I pozwoli mi żyć dalej. Nagle stanęłam krzywo na omszałym konarze, leżącym na ziemi. Zachwiałam się. Nie udało mi się odzyskać równowagi i runęłam jak długa na ścieżkę. Poczułam przejmujący, ostry ból w stopie. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Nawet chyba na chwilę straciłam przytomność.

Kiedy się ocknęłam zapadał zmrok. Spróbowałam wstać, ale noga okropnie mnie bolała. Przerażona rozejrzałam się po okolicy. Wokół ani żywej duszy. Nie miałam przy sobie komórki. Nie wzięłam jej nie tylko przez roztargnienie i przez to, że na spacer wybrałam się pod wpływem impulsu. Po prostu w ogóle starałam się unikać tego przedmiotu.

Od momentu, kiedy zadzwonili do mnie ze szpitala z wiadomością, że Marek po polepszeniu stanu zdrowia nagle w nocy zmarł, nie potrafiłam patrzeć na komórkę bez przykrych emocji. Zaraz przypominałam sobie tamten moment, gdy naciskam zieloną słuchawkę. I już rozpacz wracała. Dlatego wszystkie sprawy starałam się załatwiać przez telefon stacjonarny, a wysłużona Nokia leżała głęboko w szufladzie komody.

„Tu pewnie i tak nie ma zasięgu” – pomyślałam, uświadamiając sobie, jak daleko zapuściłam się w las.

Poczułam, że robi się coraz chłodniej i ciaśniej otuliłam się płaszczem. Wokół mnie zapadał zmrok, a ja wciąż leżałam na ziemi i nie byłam w stanie się podnieść. Zbierało mi się na płacz.

Jak ja się stąd wydostanę?

Przecież o tej porze nikt tutaj nie przyjdzie! Będę musiała leżeć na tej wilgotnej, zimnej ściółce do rana! A co potem? Wzięłam kilka głębokich wdechów, usiłując uwolnić się od ogarniającej mnie z każdą chwilą paniki. Ze strachem myślałam o niskiej temperaturze w nocy i zwierzętach, które na pewno żyją w tych leśnych ostępach. Czy grozi mi jakieś niebezpieczeństwo z ich strony? A może wyziębienie? Nie wiem, ile czasu mogło minąć. Godzina, może dwie…

Zaczęłam dygotać na całym ciele. Nie wiedziałam, czy to z zimna czy ze stresu. Za pomocą łokci próbowałam się nieporadnie przesuwać w stronę, z której przyszłam. Niewiele to dawało, ale było lepsze niż bezczynne tkwienie w beznadziejnej sytuacji. Rozejrzałam się bezradnie dookoła. Drzewa i zarośla zaczęła zasnuwać mgła. Nagle wśród krzaków dzikich malin zamajaczyła jakaś postać. W tych białych oparach wyglądała jak z innego świata.

„Pewnie mam już majaki z tego wycieńczenia” – przeszło mi przez myśl.

Przymknęłam powieki i zaraz ponownie spojrzałam przed siebie. Nadal pośród zarośli ktoś stał. Nie wiedziałam, czy go wołać, czy wręcz przeciwnie – próbować się schować pod stojącym obok świerkiem. To mógł być przecież jakiś bandyta. Kto normalny o tej porze chodzi po lesie?!

Postać powoli zbliżała się w moją stronę. Krok po kroku. Serce biło mi coraz mocniej. Bałam się, że echo niesie jego odgłos między drzewa i zdradza moją obecność. Nagle zorientowałam się, że osoba, która podąża w moim kierunku, to kobieta. Kamień spadł mi z serca. Jakoś trudno było mi wyobrazić sobie, że ta pani mnie nagle zaatakuje. Zbliżała się bez słowa, nabierała coraz wyraźniejszych kształtów. Widziałam wyraźnie jej długie włosy.

– Pomocy! – zawołałam do niej.

Kobieta przez chwilę przyglądała mi się w milczeniu. Pomyślałam, że chyba kiedyś już ją gdzieś widziałam. Może mieszkała u nas na wsi? Była jakaś dziwna, bardzo skupiona i blada.

– Jakie to szczęście, że pani tędy przechodziła! – zawołałam. – Upadłam i chyba zwichnęłam nogę. Nie mogę wstać.

– Jestem tutaj, żeby pani pomóc – powiedziała z namaszczeniem.

Zdjęła z siebie długą, grubą, kurtkę, pościeliła ją na ziemi.

– Proszę się na niej położyć – wskazała.

Przyjęłam jej propozycję z wdzięcznością i najsprawniej jak umiałam, wypełniłam polecenie. Kobieta zaczęła mnie ciągnąć po ziemi. Była w zbliżonym do mnie wieku. Z pewnością przekroczyła pięćdziesiątkę. Mimo to wydawało się, że wlecze mnie bez żadnego wysiłku. A ja przecież ważę przeszło sześćdziesiąt kilo! Nie było po niej widać zmęczenia ani że jest jej zimno. Została w cienkim sweterku, lecz sprawiała wrażenie, że nie czuje panującego w zagajniku chłodu.

Szła dziarskim krokiem, nie zatrzymując się ani nie pytając o nic. W krótkim czasie zdołała dociągnąć mnie na podwórko pierwszego domu stojącego na skraju lasu. Zapukała do drzwi. Otworzyła je sąsiadka.

– Mój Boże! – wykrzyknęła na mój widok zdziwiona. – Pani Wandziu! Co pani tutaj robi o tej godzinie?

– Chyba złamałam nogę i ta pani… – rozejrzałam się nagle zdezorientowana.

Nigdzie nie było kobiety, dzięki której się tutaj dostałam

Moja wybawczyni raptem rozpłynęła się we mgle. Zapewne bardzo się spieszyła.

– Tak? – sąsiadka patrzyła na mnie, czekając na dalsze wyjaśnienia. Nagle pomyślałam, jak idiotycznie to zabrzmi, że przywlokła mnie tu jakaś nieznajoma kobieta i niespodziewanie zniknęła. Sąsiadka to straszna plotkara. Potem gadałaby po całej wsi, że ja halucynacje mam albo że po śmierci Marka na głowę mi się rzuciło. Wolałam powiedzieć, że sama się doczołgałam do jej gospodarstwa. I tak zrobiłam.

Sąsiadka natychmiast wezwała karetkę. W szpitalu okazało się, że złamałam dwie kości śródstopia i zwichnęłam kostkę. Włożyli mi nogę w gips i nazajutrz mogłam wrócić do domu. przez kolejnych kilka dni myśl o mojej wybawczyni nie dawała mi spokoju. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdybym została na całą noc sama w lesie. Przecież gdyby nie ta obca kobieta, mogłabym już nie żyć. Nie opuszczał mnie obraz jej twarzy. Cały czas o niej myślałam, zastanawiając się, gdzie może mieszkać. Nie miałam pomysłu, jak rozwikłać zagadkę, kim ona jest.

Bardzo chciałam jej podziękować

No i zwyczajnie byłam ciekawa, skąd się tam wzięła. Niestety, wyglądało na to, że nie uda mi się znaleźć odpowiedzi na te pytania. Ze względu na gips nie mogłam wychodzić z domu, więc znowu siedziałam w nim całymi dniami i szaleńczo tęskniłam za zmarłym mężem. Wyciągnęłam stare albumy i oglądałam nasze wspólne zdjęcia. Rozpamiętywałam wakacje, zimowe wyjazdy, przyjęcia, rodzinne uroczystości. Wspominałam szczęśliwe chwile. Z jednej strony ciężko było mi patrzeć na Marka, na jego kochaną, uśmiechniętą twarz. Ale z drugiej to patrzenie sprawiało, że czułam jego obecność albo chociaż jej namiastkę. W albumie było także kilka kartek ze zdjęciami z imprez służbowych Marka. Zwykle szybko je przerzucałam. Ale tego wieczora przyjrzałam się im uważnie.

I nagle poczułam, jak włosy stają mi dęba. Na jednej z fotografii, przedstawiającej przyjęcie bożonarodzeniowe, była kobieta, która wyciągnęła mnie z lasu! Miała dobrych kilka lat mniej, ale to była na pewno ona! Co robiła w naszej wiosce? Pani Teresa była kiedyś kierowniczką Marka. Zakochała się w nim bez pamięci. Jak nastolatka. Nie obchodziło jej to, że jest żonaty. Narzucała mu się długi czas. A on grzecznie, ale stanowczo odrzucał jej zaloty. Od samego początku o wszystkim mi opowiadał.

Teresa nie mogła znieść upokorzenia, czuła się odrzucona i zwolniła Marka z pracy pod byle pretekstem. Wyrzuciła go z dnia na dzień. Zostaliśmy tylko z moją pensją. Mąż nie mógł się pozbierać. Miał już swoje lata i trudno mu było znaleźć nową pracę. To wtedy zaczęły się jego problemy z sercem, które doprowadziły do operacji, którą przechodził trzy miesiące temu. Ja nigdy nie obwiniałam Teresy. Nie mogła wiedzieć, że tak potoczą się nasze losy i zwolnienie Marka w tragiczny sposób zmieni nasze życie. A teraz bardzo mi pomogła. Musiałam jej podziękować. Następnego dnia zadzwoniłam do biura, w którym kiedyś pracował mąż. Poprosiłam o telefon do Teresy.

– Do pani Teresy...? – zapytała zdziwiona sekretarka.

– Wiem, że nie może pani podawać numeru szefowej byle komu. Ale proszę powiedzieć, że dzwoniłam ja i bardzo proszę, żeby oddzwoniła. Ona będzie wiedziała, o kogo chodzi.

W słuchawce zaległa cisza.

– Halo? – upomniałam się o odpowiedź.

Przepraszam, ale pani Teresa nie żyje… Dwa lata temu, miała wypadek, jej auto wpadło w poślizg na drodze do miasta – odparła sekretarka.

Poczułam, jak zimny dreszcz przebiega mi przez plecy. Bez słowa odłożyłam słuchawkę. Zaczęłam dygotać na całym ciele. Powoli docierało do mnie, co kilka dni temu wydarzyło się w lesie.

Może ja nie obwiniałam Teresy za to, jak potoczyło się nasze życie. Ale ona sama najwidoczniej tak. Prawdopodobnie dręczyły ją wyrzuty sumienia. Wróciła i znalazła sposób, żeby odpokutować winę, która ją dręczyła po śmierci.

Czytaj także:
„Gdy zmarł teść, teściowa się zmieniła. Obsesyjnie interesowała się naszym życiem, nieproszona cerowała moje majtki”
„Czułam, że to dziecko musi żyć. Próbowałam odwieść Kasię od usunięcia ciąży i miałam rację. To dziecko uratowało jej życie”
„Adrian miesiącami mnie dręczył i prześladował. Policja mnie zbyła. Zainteresują się dopiero, gdy zrobi mi krzywdę”