sołtyska, która próbuje działać we wsi, ale spotykają ją same oszczerstwa fot. Adobe Stock, olgavolodina

„Jako sołtyska próbuję coś robić dla wsi, ale mam dość. Nikt nie pomaga. Ostatnio wszyscy gadali, że ukradłam 200 zł”

– A bo to mało mamy roboty? – burknął Stasiek. – Poza tym ja się na innych nie będę pocił. – Na jakich innych?! – nie wytrzymałam. – Na wszystkich, całą wieś! – Czasy kolektywu minęły – odburknął. – A zresztą, jak tak, to co z pieniędzmi za pierwsze miejsce?
/ 28.07.2021 10:31
sołtyska, która próbuje działać we wsi, ale spotykają ją same oszczerstwa fot. Adobe Stock, olgavolodina

Co roku ten sam kłopot – robić wieniec czy nie? Bo tak naprawdę to mam wrażenie, że tylko mnie z całej wsi na tym zależy… Kiedy puściłam po wsi kulę, znaczy kartkę z informacją, że zwołuję zebranie w sprawie dożynek, mój mąż popatrzył na mnie z politowaniem.

– Znowu chcesz się w to pakować? – zapytał. – Mało ci było w zeszłym roku? Zobaczysz, znowu z tym wszystkim zostaniesz sama.
– No wiem, ale jak tak, bez wieńca? – martwiłam się. – Każda wieś wystawi, a my nie?
– A to twój problem? – wzruszył ramionami.
– Mój. Sołtyską jestem.

Machnął tylko ręką i nic więcej nie powiedział. Ale miał rację i dobrze o tym wiedziałam

Kiedyś nasza wieś, mało zorganizowana i jakaś taka leniwa, nie wystawiała wieńca. Ale kiedy to ja zostałam sołtysem, ambitnie postanowiłam, że Zalesie też zacznie się w gminie liczyć. Siedziałam nocami i rozpisywałam projekty, co możemy wyszarpać z urzędu, co sami zrobić, jakie imprezy zorganizować. No i jak zaistnieć. Od razu pomyślałam, że wieniec musimy mieć obowiązkowo. Bo jak to? Wszystkie wsie wokół wystawiają, a nasze Zalesie, gdzie rolników chyba się jeszcze najwięcej ostało, nie?

Kiedy ogłosiłam swoje propozycje na pierwszym zebraniu, wszyscy kiwali głowami z aprobatą, przyklasnęli. Starsi zaczęli wspominać, jak to kiedyś było, zaraz po wojnie; ile nagród za najpiękniejsze dożynkowe wieńce zgarnęliśmy. Ucieszyłam się. Naiwna! Bo już w tym pierwszym roku się okazało, że do gadania i doradzania to wielu jest chętnych. Ale jak przyszło co do czego, to się razem ze mną raptem trzy baby zebrały. A od innych nie szło się doprosić żadnej pomocy! Nawet chleba dożynkowego nie miał kto upiec! A że my trzy, dość młode, doświadczenia nie miałyśmy, więc ten pierwszy wieniec furory nie zrobił. Za to stałyśmy z rozdziawionymi gębami, podziwiając dzieła innych wsi.

Postanowiłam, że za rok to my będziemy wieść prym. Przekopałam się wtedy przez internet, przejrzałam tysiące zdjęć wieńców. Z dzieciakami zrobiliśmy projekt. Znajomy wydrukował mi najpiękniejszy, pokazałam na zebraniu.

– Piękny – orzekli wszyscy.
– To rozumiem, teraz na pewno wygramy!

No, tyle że znowu prawie sama z całą robotą zostałam

Co prawda, ludzie chociaż się na tyle zmobilizowali, że jeden przyniósł małe kukurydze, któraś zadeklarowała, że zrobi chleb, prawdziwy, dożynkowy. Ale pleść warkocze, upinać kwiaty i przyczepiać warzywa to już sama z mężem musiałam. Zajęliśmy wtedy, w tym drugim roku mojej kadencji, trzecie miejsce. No, to już było coś, bo dziesięć wsi brało udział w konkursie! Dostaliśmy 200 złotych nagrody.

– I co ja z tym zrobię? – zastanawiałam się. – Na inwestycję za mało, co najwyżej kiełbasę na wiejską zabawę przy ognisku mogę kupić.
– Zwariowałaś? – skrzywił się Bartek. – To twoje przecież. Ktoś ci pomagał przy tym wieńcu czy jak? Tylko ja!
– Ale to wieś dostała, nie my – broniłam się przed taką „malwersacją”. – Wszystko jedno, kto pracował, to nie nagroda dla wykonawcy.
– A właśnie, że tak – upierał się mój mąż. – Daj spokój, Iwona, zresztą, sama powiedziałaś, że i tak na nic nie starczy.
– To wiesz co? – wpadłam na pomysł. – Ja puszczę kulę po wsi z oficjalną informacją, że zdobyliśmy trzecie miejsce, a nagrodę przeznaczam na przyszłoroczny wieniec. Będzie za co kupić materiały.
– Jak uważasz – powiedział zniechęcony. – Ja bym na twoim miejscu sobie darował. Poza tobą nikt nie jest zainteresowany ani robotą, ani nawet pomocą w wiezieniu wieńca. A do udziału w splendorze to każdy się pcha.
– Zobaczą, że ja jestem w porządku i praca przynosi efekty, to też się wkręcą – przekonywałam chyba bardziej siebie niż jego.

Ale, oczywiście, rok temu po raz kolejny się przekonałam, że za dobre chęci i ciężką pracę co najwyżej można po głowie dostać. Ludzie nie dość, że znowu do pomocy nie byli skorzy, to jeszcze zaczęli marudzić, że pieniądze sobie przywłaszczyłam. Pewnie nawet bym się o tym nie dowiedziała, gdyby nie moja przyjaciółka – jedna z tych dwóch kobiet, co przy robieniu wieńca mi pomagała. To ona opowiedziała mi, co we wsi gadają.

– Mówią, że nikt nagrody nie widział, rachunków nie sprawdzał – wyznała. – I że wszystkie sukcesy sobie przypisałaś.
– A czyje te sukcesy były?! – zdenerwowałam się. – No, ty i Miśka mi jeszcze pomagałyście. A reszta co? A pieniądze to proszę bardzo – na dyplomie jest napisane, ile i za co dostaliśmy, każdy może sprawdzić. A pieniądze też poszły na zakup. O – zerwałam się i wyjęłam rachunki z szuflady. – Tu za kwiaty, za gwoździe, za wstęgi. Na wszystko mam papierek.
– Ale uspokój się, Iwonka, przecież mi się nie musisz tłumaczyć – Hanka odepchnęła moją rękę z rachunkami. – Ja cię tylko uprzedzam, że ludzie szumią. A że nie ma o co i racji nie mają, to już inna sprawa.
– Cholera – zmartwiłam się. – I co ja mam zrobić? Przestać pleść te wieńce? Szkoda mi.
– Ty rób swoje i się nie przejmuj – poradziła. – Pogadają i przestaną, zaraz jakiś nowy temat się narodzi. A poza tym, mimo wszystko są dumni, że wieś się wreszcie w gminie liczy!

Ty chamie! Zarzucasz mi, że pieniądze ukradłam?!

No i zrobiłyśmy w zeszłym roku ten wieniec. Oczywiście, znowu tylko we trzy, ale tym razem przynajmniej nie musiałyśmy same inwestować czy prosić się o materiały, bo kasa była. I, prawdę mówiąc, sama byłam dumna i zaskoczona efektem. Zeszłoroczny wieniec, a tak naprawdę wiatrak ze zbóż i kwiatów, okazała się najpiękniejszy ze wszystkich, jakie do tej pory robiliśmy! Zdobyliśmy pierwszą nagrodę.

– No, sołtyska, gratulujemy – na dożynkowym festynie zaczęłam zbierać komplementy. Ale nie obyło się bez złośliwości.
– To ile wieś dostała pieniędzy? – zapytał mnie następnego dnia sąsiad, gdy spotkał mnie w sklepie.
– Gdybyś był na festynie, tobyś nie musiał pytać – odcięłam się. – A swoją drogą, zdobylibyśmy jeszcze więcej, gdybyśmy wzięli udział w zawodach sportowych. Wystarczyłoby jedenaście osób – do drużyny piłkarskiej, do przeciągania liny, do skoków w workach. Ale wam się oczywiście nie chce.
– A bo to mało mamy roboty? – wzruszył ramionami Stasiek. – Poza tym ja się na innych nie będę pocił.
– Na jakich innych?! – nie wytrzymałam. – Na wszystkich, na całą wieś!
– Czasy kolektywu minęły – odburknął. – A zresztą, jak tak, to co z pieniędzmi za pierwsze miejsce? Też dla wszystkich powinny iść.
– To idą! – zaperzyłam się. – Na materiały na kolejny wieniec, na poczęstunek podczas zebrania. Na wszystko mam rachunki.
– A kto je widział? – zapytał drwiąco.
– No, wiesz co?! – wkurzyłam się. – Oskarżasz mnie o oszustwo?! To proszę bardzo, idziemy do mnie, pokażę ci papiery.
– Już dobrze – wycofał się. – Ja tylko uważam, nie tylko ja, że są pilniejsze potrzeby we wsi, i można by było tam kasę wyłożyć.
– Na inne rzeczy to ja w gminie się staram – oznajmiłam z godnością. – A to, to nasze własne, wypracowane. Chcesz, przyjdź na zebranie, ustalimy, na co ta kasa ma pójść.

Jednak jak zwykle na zebraniu może było z pięć osób

I wszyscy się zgodzili, że prestiż wsi ważny, więc niech pieniądze idą na wieniec. Ale ja sobie wtedy obiecałam, że to koniec. Mam dość – sama wszystko robię, po nocach haruję, wozimy z mężem te wieńce do kościoła i na festyny, a w zamian zbieram tylko podejrzenia i zarzuty. W nosie mam! Jednak, oczywiście, w tym roku znowu się złamałam. To dlatego mój mąż uważa, że nie mam silnej woli, i że sama się wsi podkładam. 

– Słuchaj, zobaczymy, ile osób na zebranie przyjdzie – zadecydowałam. – Jak znowu będziemy we trzy, tylko ja, Hanka i Miśka, to sobie daruję – obiecałam. – Ale może się jednak wszyscy przekonają, może przyjdą?

Bartek nic nie powiedział, tylko się w czoło popukał. I jak zwykle miał rację. Na zebraniu oprócz naszej „świętej trójcy” była jeszcze tylko sąsiadka i pan Mietek, staruszek z końca wsi. Oni chcieli wieniec.

– Zrobimy, Iwonka, naprawdę warto – przekonywały mnie dziewczyny.
– Ja dam kłosy, małe dynie i gałązki borówek – obiecywał pan Mietek.

No tak. Tylko że teraz to już nie o robotę chodzi ani nawet o to, żeby wieś była za to wdzięczna. Tylko, żeby mi nie zarzucali, że pieniądze dla siebie zabieram. No i dylemat pozostał. Siedzę i patrzę na te wszystkie materiały, na kłosy, na warzywa do dożynkowego kosza – i sama już nie wiem. Bo z jednej strony, podkładać się nie chcę, ale z drugiej… jak tak bez wieńca?

Czytaj także:
Mój były mąż okazał się mordercą, ale to na mnie wszyscy wydali wyrok
Jestem samotną matką i mam raka. Jeśli umrę, syn trafi do domu dziecka
Iwona prawie rozwiodła się z mężem, ale zrezygnowała. Nie chciała wstydu