W Grażynie miałem powiernicę i przyjaciółkę. Lubiłem z nią rozmawiać, przy niej czułem się kimś. Sabina była zwyczajnie moją kochanką. Wszyscy troje pracujemy w jednej restauracji.
Grażyna obsługuje, zawsze na pierwszej zmianie, piwny bar, Sabina jest barmanką w nocnym klubie, w którym ja pracuję jako kelner.
Grażyna to moja dziewczyna, Sabina - kochanka
Trzy lata temu mąż Grażyny zginął w wypadku samochodowym, wtedy rzuciła studia. Dziewczyna wychowuje samotnie dwóch chłopców – Olka i Alka. Pomagam jej trochę, lubię chłopaków, zabieram ich czasem na męskie wyprawy albo na mecze piłki nożnej.
Chłopcy do mnie lgną, widać, że brakuje im ojca. Gdy wracamy, Grażyna przygotowuje kolację.
– Niech raz ciebie ktoś obsłuży, Dareczku – mówi przymilnie, a mnie robi się wtedy tak błogo na duszy.
Czasem chłopcy zostają z babcią. Grażyna wyciąga mnie wtedy na jakąś wystawę albo na koncert do filharmonii, bo lubi muzykę poważną. W ogóle Grażyna mnie onieśmiela. Jest taka mądra, subtelna i delikatna.
Nieraz wyobrażałem sobie, jak wracamy po koncercie, chłopców nie ma, a Grażyna prosi, abym wszedł na herbatę i... zostaję do rana. Ale ona nie mówi nic, a ja nie mogę się do niej zbliżyć jak do kobiety. Boję się, że mnie odtrąci.
Idę więc do Sabiny i spędzamy kolejną upojną noc. Sabina jest, jak to mówią, bardzo dobra w te klocki.
Wyobrażałem sobie, że mógłbym poślubić je obie
Właściwie, dlaczego w Polsce mężczyzna może mieć tylko jedną żonę? To niesprawiedliwe.
Pewnego wieczoru zastałem Sabinę w złym humorze. Od jakiegoś czasu brała dodatkową pracę, szyła dresy. Nieuczesana i domowych ubraniach, ale i tak wyglądała bardzo ponętnie. Pocałowałem ją.
– Nie jadłam obiadu – burknęła.
– A co byś zjadła? – spytałem.
– Jest tylko fasolka szparagowa.
Podczas przygotowywania fasolki, cały czas wyobrażałem sobie Sabinę na wersalce, albo lepiej na dywanie, w tych koronkowych stringach i w staniku... Nie, lepiej od razu bez stanika...
Gdy rozszedł się zapach przyrumienionego masła, wziąłem słoik i wsypałem dwie łyżki bułki tartej. Za chwilę już biegłem z patelnią do Sabiny.
– Co to jest? – krzyknąłem przerażony, podsuwając jej pod nos naczynie, w którym zrobiła się lepka maź.
– Wsypałeś do masła żelatynę, czy ty jesteś ślepy? – warknęła ze złością.
– A dlaczego nie ma napisów na słoikach? – wrzasnąłem, czując, że z miłosnych planów nici. Wzruszyła ramionami.
Poczułem się upokorzony. Wziąłem machinalnie ze stołu gazetę z nierozwiązaną do końca krzyżówką.
– Przynajmniej pismo czyta porządne – pomyślałem, bo Grażyna też je czyta.
– Indyjski okularnik – przeczytałem.
– Na cztery litery. Wpisałaś tu „boła”. Co to jest? – zapytałem zdumiony.
– Jak to co? Wąż.
– Jaki wąż?
– Boa.
– Ale boa jest na trzy litery...
– Toteż dlatego jedną dodałam – zniecierpliwiła się Sabina. – Ale i tak mi się nie zgadza.
Sabina nie grzeszyła intelektem
Parsknąłem śmiechem i stłumiłem chichot pod jej surowym spojrzeniem. Sabina zaskakiwała mnie czasem tak, że po prostu traciłem rezon.
– Co z tego, że jest ładna – westchnąłem w duchu.
Wkrótce znów wybrałem się z Grażyną na koncert. W piękny letni wieczór pieszo wróciliśmy do domu.
– Może wejdziesz na herbatę – zaproponowała nieśmiało.
– Chętnie – ucieszyłem się.
Gdy weszliśmy do mieszkania, pocałowałem ją we włosy i potem czule we wnętrze dłoni. Zarzuciła mi ręce na szyję.
– Od dawna o tym marzyłam – szepnęła, a ja poczułem, że niebo się wreszcie dla mnie otworzyło.
Czytaj także:
„Mama skarży się, że moja dziewczyna robi maślane oczy do ojca. Co tydzień ruszają gdzieś razem, a ja byłem ślepy...”
„Miał na mnie czekać, gdy ja wyjechałam, by zająć się chorą matką. Zamiast tego zniknął bez słowa i złamał mi serce”
„Prawie spóźniłem się na własny ślub, bo zdradziłem przyszłą żonę na kawalerskim. Oby niczego się nie dowiedziała…”