ojciec i adoptowany syn fot. Adobe Stock, Ana Blazic Pavlovic

„Gdy poznałem małego Adasia, poczułem, że chcę być jego tatą. Ale czy samotny facet po 30-stce ma szansę na adopcję?”

„Praca z tym dzieckiem to było cudowne, ale jednocześnie bardzo trudne doświadczenie. Wiedziałem, że ten kochany chłopczyk bardzo potrzebuje miłości, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że ma marne szanse na znalezienie rodziców. Pomijając problemy z kręgosłupem, miał już pięć lat, a ludzie woleli adoptować młodsze dzieci”.
/ 16.09.2022 12:30
ojciec i adoptowany syn fot. Adobe Stock, Ana Blazic Pavlovic

Dzisiaj jest nas czwórka. Ja, żona, syn i córka. Ale nasza historia jest dość nietypowa. W tym samym czasie, gdy poznałem żonę, poznałem też syna. I nie był on wtedy ani mój, ani jej. Dopiero potem na świat przyszła córka. Zagmatwane? Tak bywa…

Skończyłem fizjoterapię. Wielu moich znajomych z roku po szkole rozpoczęło pracę w drogich prywatnych gabinetach, bo widzieli w tym szansę na niezłą kasę. Ja jednak zawsze byłem inny niż wszyscy. Ciągnęło mnie do tego, żeby naprawdę pomagać. Zacząłem więc współpracę ze stowarzyszeniem, które zajmowało się rehabilitacją w hospicjach, domach spokojnej starości i sierocińcach.

Pracowałem z nimi prawie pięć lat, jeżdżąc po różnych ośrodkach i pomagając tym, którzy mojej pomocy potrzebowali. Byli wśród nich i starzy, i młodzi, ale wszystkich łączyło jedno – zostali opuszczeni przez bliskich. Serce mi się krajało, szczególnie gdy patrzyłem na dzieci pozbawione rodzicielskiej miłości. Wśród nich był Adaś, pięciolatek.

Miał trochę problemów zdrowotnych, na szczęście niezbyt poważnych. Bardzo lubiłem do niego przychodzić. Zawsze witał mnie z radosnym uśmiechem, mówiąc:

Będziemy robić masaż!

Oczywiście na początku nie był taki otwarty. Pamiętam, że kiedy zobaczył mnie po raz pierwszy, zaczął krzyczeć i schował się za nogami wychowawczyni. Jestem dość potężnym facetem, nic dziwnego, że się przestraszył.

Chłopiec bardzo potrzebował miłości

Musiałem go długo oswajać. Na początek usiadłem przy nim i przemawiałem do niego spokojnie, opowiadając mu o sobie. To jednak nic nie dało. Tulił się do swojej „cioci” i nie chciał się od niej oderwać ani na chwilę. Wyciągnąłem nawet maskotkę, którą kupiłem na tę okazję – misia pirata z jednym okiem i kawałkiem żagla w rączce. Nic z tego. 

Po kilkunastu minutach wstałem więc z ławki, na której siedzieliśmy i powiedziałem, że nic na siłę, spróbujemy go przekonać następnym razem. A potem zacząłem zbierać się do wyjścia. Wtedy chłopczyk rozpłakał się i wyciągnął w moim kierunku rączki.

– Nie idź… – poprosił mnie.

Przytuliłem go, a on nie protestował. Teraz wydaje mi się, że już wtedy poczułem coś niezwykłego. Jakąś dziwną więź z tym małym człowiekiem.

– Niewiarygodne… – uśmiechnęła się wychowawczyni, pani Jola, sympatyczna dziewczyna w moim wieku. – Chyba jednak pana polubił.

– Chyba tak – odparłem.

Praca z maluchem była dla mnie czystą przyjemnością. Chłopczyk był skory do współpracy i miał w sobie dużo odwagi. Bez szemrania wykonywał nawet najtrudniejsze ćwiczenia. Nie mogłem wyjść z podziwu! Można powiedzieć, że zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia.

– Pan się zakochał? No to chyba z wzajemnością – powiedziała mi któregoś razu pani Jola.

Śmiała się do rozpuku, bo po zajęciach Adaś chwycił mnie za koszulę i oznajmił, że nigdzie nie pójdę.

Zostań. Lubię cię – oznajmił.

To było cudowne, ale jednocześnie bardzo trudne doświadczenie. Wiedziałem, że ten kochany chłopczyk bardzo potrzebuje miłości, a jednocześnie zdawałem sobie sprawę, że ma marne szanse na znalezienie rodziców. Pomijając problemy z kręgosłupem, miał już pięć lat, a ludzie woleli adoptować młodsze dzieci.

Tego samego dnia, po skończonej pracy pojechałem odwiedzić rodziców.

– Co się dzieje, Krzysiu? – mama od razu zauważyła, że jestem przybity.

– A nic… – machnąłem ręką, bo nie chciałem się rozczulać.

– Przecież widzę. Mów! – nakazała.

Usiadłem i opowiedziałem jej o Adasiu i o emocjach, które towarzyszyły mi przez całą godzinę rehabilitacji.

– Zrobiło mi się strasznie smutno, mamo. Zdałem sobie sprawę z tego, że do snu położy Adasia jedna pani, a rano będzie prawdopodobnie inna. Życie sieroty musi być okropnie ciężkie… – westchnąłem.

– Wiedziałam, że będziesz zbyt wrażliwy do tej roboty… – westchnęła. – Taki jest świat synku, musimy się z tym pogodzić i robić, co w naszej mocy, by go choć troszkę zmienić.

Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Nie potrafiłem odpędzić myśli o tym, jak bardzo Adaś musiał być samotny. Przed oczami wciąż miałem jego roześmianą twarz, kiedy z nim rozmawiałem i smutek w oczach, gdy musiałem iść do następnych pacjentów. Kołatały mi się też w głowie słowa mojej mamy: „Musimy robić, co w naszej mocy…”.

Czy jestem pewien? Tak!

To nie był tylko ten jeden wieczór. To były całe miesiące. Bardzo dużo myślałem o Adasiu, czułem że przywiązuję się do niego. I powoli w głowie zaczęła kiełkować mi pewna myśl. A co, gdybym zaadoptował to dziecko? Tylko czy to w ogóle możliwe?

Musiałem z kimś o tym pogadać, i nie wiem dlaczego, ale pomyślałem o Joli, wychowawczyni z domu dziecka. Od dawna już byliśmy na „ty”, ta kobieta stała się dla mnie kimś bliskim, przyjaciółką. Mieliśmy podobną wrażliwość. Ona też pracowała w tym miejscu nie przez przypadek. Chciała pomagać, tak ja ja.

– Czy samotny facet koło trzydziestki ma jakiekolwiek szanse na adopcję? – spytałem, a ona spojrzała na mnie uważnie. – To znaczy… Chodzi o to, że… myślałem, czy by nie adoptować Adasia – wypaliłem w końcu.

Nadal milczała. Nie wydawała się zdziwiona. Po prostu przyglądała mi się, jakby próbowała odgadnąć, czy mówię poważnie.

– Co? Nie wierzysz mi? – spytałem.

A ty sobie wierzysz? To najważniejsze pytanie – odparła spokojnie.

– Co masz na myśli?

– Czy jesteś pewny? – wyjaśniła. – Powiedziałbyś to samo przy Adasiu?

Kiedy mnie o to spytała, poczułem nagłe ukłucie strachu. Bo przecież taka deklaracja przy dziecku, oznaczałaby, że trzeba dotrzymać słowa… Ale potem strach ustąpił i w jego miejsce pojawiła się radość.

– Jestem pewien! – odparłem.

Kiedy zobaczyła, że nie żartuję, zaczęła mi opowiadać o długim, żmudnym i trudnym procesie adopcyjnym. Chciała mnie chyba trochę zniechęcić, ale ja patrzyłem na Adasia i wiedziałem, że nic mnie już nie odwiedzie od tej decyzji. Poczułem niepokój tylko wtedy, gdy powiedziała, że ośrodki adopcyjne niechętnie patrzą na samotnych kandydatów, zwłaszcza jeśli ci są mężczyznami…

– Ale pracuję, zarabiam. Zapewnię dziecku wszystko, czego potrzebuje – broniłem się. – Nie mogą mnie skreślić tylko dlatego, że nie mam żony…

– No nie wiem… – zawahała się.

– Ale za to plusem może być fakt, że jesteś rehabilitantem, a przecież Adaś może takiej pomocy potrzebować jeszcze przez dłuższy czas.

Rodzicom nie podobała się moja decyzja

Postanowiłem powiedzieć o wszystkim rodzicom. Podejrzewałem, że będą lekko zszokowani, ale nie sądziłem, że aż tak… Jak zareagowali? Najpierw ojciec naskoczył na mamę, że to ona podsuwa mi takie pomysły, a potem popatrzył na mnie, popukał się w czoło i wstał od stołu. Wtedy zabrała się za mnie mama. Przekonywała, żebym nie komplikował sobie życia. Żebym żył tak, jak Bóg przykazał. Najpierw znalazł żonę, a potem spłodził własne dzieci.

– A co jest złego w cudzych? – spytałem ze złością. – One są gorsze?

– Nie o to chodzi, kochanie… – westchnęła moja rodzicielka. – Po prostu… Nie taka powinna być kolejność. Rodzina to mama, tata i dopiero potem dzieci. Jeszcze zdążysz zrobić w życiu parę dobrych uczynków…

Nie dogadaliśmy się tego wieczoru. Ja wiedziałem swoje, oni swoje. Moja decyzja mogła wyglądać na pochopną, ale ja naprawdę tego chłopca pokochałem. W tym czasie nasza więź była już naprawdę silna, bo chodziłem do niego znacznie częściej niż wymagała tego rehabilitacja. Dużo też rozmawiałem z Jolą. Bardzo mi pomogła. W końcu wiedziała o dzieciach z sierocińca znacznie więcej ode mnie. Dużo więcej wiedziała też o adopcji. Opowiedziała mi wiele historii, które pokazywały, jak poważne i trudne jest to zadanie.

Z tamtego okresu pamiętam szczególnie jedną naszą rozmowę, która naprawdę nas do siebie zbliżyła. To chyba wtedy nasza przyjaźń zaczęła przeradzać się w coś więcej.

– Joluś, ja sam już nie wiem, co robić. Pokochałem tego malucha całym sercem, ale moi rodzice… – westchnąłem, bo poczułem się jak nastolatek, któremu starzy zabraniają jechać na samodzielne wakacje. – Oni twierdzą, że powinienem to rozegrać inaczej…

– A co dokładnie mówią?

– No jak to, co? Że najpierw żona, a potem dziecko. Tak sobie powinienem życie układać, a nie rzucać się jak wariat na samotne ojcostwo.

– Mają rację – uśmiechnęła się.

– Wiesz, co? Wcale mi nie pomagasz.

– A co mam ci kadzić i kłamać. Mają rację, Adaś w pełnej rodzinie miałby lepiej. Jest tylko jedno rozwiązanie…

– Jakie? – spojrzałem na nią, bo jakoś tak dziwnie się uśmiechała.

Musisz sobie znaleźć żonę.

Patrzyła na mnie jakoś tak dziwnie, tak… I nagle mnie olśniło. Przecież ona ze mną flirtowała! Byłem tak skupiony na chłopaku, na adopcji, na rehabilitacji, na problemach, że w ogóle tego nie zauważyłem. Teraz dopiero wszystko stało się jasne. A kiedy już zdałem sobie z tego sprawę, to i ja spojrzałem na nią całkiem inaczej.

Udało się! Wreszcie jesteśmy rodziną

Jola była fantastyczną dziewczyną. Do tego bardzo ładną. Była bardzo zgrabna, miała fenomenalne nogi, wąską talię, piękny uśmiech i mądre spojrzenie.

– Ej! Co się tak gapisz? – szturchnęła mnie, nie przestając się śmiać.

Patrzę, czy ty się nadajesz! – oznajmiłem jej, szczerząc zęby.

– Na co? – udała, że nie rozumie.

– Na żonę, oczywiście.

No i tak to się wszystko zaczęło. Od słowa do słowa umówiliśmy się z Jolką na randkę. Jedną, drugą, trzecią, a potem kolejne. Kiedy się spotykaliśmy, nie wspominałem o adopcji. Nie to, żebym zrezygnował z tego pomysłu, po prostu były inne tematy. Zresztą w końcu zrozumiałem, że dopóki sam nie ułożę sobie życia, nie ma sensu wpuszczać do niego Adasia.

Nasze randkowanie trwało kilka miesięcy, a po tym czasie postanowiliśmy się pobrać. Bez wielkiej pompy, bez wesela, bez fajerwerków. W zasadzie przede wszystkim po to, żeby adoptować Adasia. Kochaliśmy się, owszem, ale gdyby nie Adaś, to pewnie poczekalibyśmy jeszcze trochę ze ślubem.

Oczywiście sprawa nie była prosta. Na małżeństwa z krótkim stażem urzędnicy patrzyli równie podejrzliwie, co na samotnych kandydatów. Jednak Jola była wychowawczynią Adasia, a ja jego rehabilitantem, a to trochę zmieniało postać rzeczy.

Rodzice bardzo polubili moją żonę. Nic dziwnego! W końcu to cudowna kobieta. Nie mieli też nic przeciwko rozpoczęciu procesu adopcji. Cóż, jeszcze niedawno myśleli, że sam będę wychowywać synka… Po roku Jola zaszła w ciążę i musiała zrezygnować z pracy w domu dziecka. Ja cały czas pracowałem, ale gdy urodziła się nasza córeczka, przy Adasiu pomogli dziadkowie.

W kolejnych miesiącach i latach udowadnialiśmy im, że nasze decyzje może i były szybkie, ale za to właściwe. Mamy na to dwa dowody. Mają na imię Adaś i Małgosia. To najpiękniejsze dzieci na świecie, choć nie są do siebie ani trochę podobne. Nam to jednak wcale nie przeszkadza.

Czytaj także:
„Dziś dzieciaki jeżdżą na safari do Afryki, ja wakacje spędzałam u babci na wsi. Biednie było wtedy, ale za to szczęśliwie”
„Ojciec żąda ode mnie kasy, choć zniknął z mojego życia, gdy miałam 3 lata. On sam odmówił mi pomocy, gdy o nią prosiłam”
„Przyjęłam pod swój dach kuzynkę, a ona traktuje go jak darmowy hotel. Ale to ja jestem ta najgorsza, bo niby ciągle się czepiam”