kobieta załamana wyprowadzką syna fot. Adobe Stock

„Gdy mój 25-letni syn wyprowadził się z domu, czułam się jak wdowa w żałobie. Z jego pokoju uczyniłam świątynię”

„Mateusz traktował dom jak hotel, salon gier, jadłodajnię i pralnię. Gdy rzucił studia, poszedł do pracy, ale nie dokładał się do opłat - nie miałam serca go o to prosić. Sam płacił za to za swoje ciuchy, imprezy i wyjazdy. Mąż mówił, że żyjemy w trójkącie w dwupokojowym mieszkaniu. Czemu więc teraz czułam taki żal?!”
/ 06.04.2021 11:56
kobieta załamana wyprowadzką syna fot. Adobe Stock

Mój mąż stał w drzwiach pokoju Mateusza i przyglądał się z miną pełną politowania, jak sprzątam. Skończyłam wygładzać idealnie leżącą kapę i wzięłam się za wycieranie nieistniejącego kurzu.

– Ktoś mógłby pomyśleć, że ci dzieciak umarł – skomentował.

Spojrzałam na Leszka ze zgrozą. Jak mógł mówić takie straszne rzeczy?

– Ale twój synuś ma się dobrze. Świetnie wręcz. I w tym problem, co? Odwróciłam się, by nie dostrzegł wypełzającego mi na twarz rumieńca.
– Wyniósł się. Wreszcie zamieszkał na swoim, choć wynajętym, i z panną, i nie wrócił, choć minęły już dwa miesiące. Boli cię, że daje sobie radę? Że dogadują się z Martusią? Nie obraź się, kochanie, ale to, co teraz odstawiasz, ma nawet swoją nazwę.
– Daruj sobie – burknęłam. – A ty za nim nie tęsknisz? Bo ja tak! Bo ja… – głos mi się załamał. – Ja czuję się…

Klapnęłam na idealnie zasłane łóżko i pozwoliłam, by łzy popłynęły mi po twarzy. Nie kryłam ich, bo i po co. Leszek wiedział, że jest mi źle.

Nie ma co udawać. Czułam się pusta, opuszczona, dziwnie niepotrzebna

Przecież nie byłam starą babą, nudzącą się emerytką, wdową w depresji, nie byłam samotną, nieszczęsną istotą bez własnego życia, bez znajomych, bez zadań do wykonania i spraw do załatwienia. Więc czemu tak bardzo dopadł mnie i dręczył ów syndrom opuszczonego gniazda? Przecież chciałam, żeby Mateusz się wyprowadził. Przez niego kłóciliśmy się z Leszkiem, który ciosał mi kołki na głowie i pytał scenicznym szeptem:

– Kiedy on się wreszcie wyniesie? Nie wstyd mu? Zamierza siedzieć nam na głowie do usranej śmierci?
– Czemu mnie o to pytasz?
– Bo to twój synek. Twoje oczko w głowie. Jak ty go nie wywalisz, sam się nie wyniesie. Zalągł się pasożyt na amen!

Też mnie to niepokoiło. Syn miał już dwadzieścia pięć lat i wkurzało mnie, że traktuje dom jak hotel do spania, salon gier, darmową jadłodajnię i pralnię. Gdy rzucił studia, nie darłam szat, ale powiedziałam, że musi iść do pracy, bo my dorosłego byka utrzymywać nie będziemy. Poszedł i choć dalej nie dokładał się do opłat – jakoś nie miałam serca tego od niego zażądać – to odtąd sam płacił za swoje ciuchy, imprezy, wyjazdy, gry i tak dalej.

Ale dalej też działał nam nerwy. Leszkowi przeszkadzała trzecia dorosła osoba w domu. Jakbyśmy żyli w trójkącie w dwupokojowym mieszkaniu. Mnie drażniło, że ta dorosła osoba nadal zachowuje się jak wygodnicki gówniarz. Dostawałam szału, kiedy Mateusz rzucał, gdzie popadnie, swoje buty, ciuchy i torby, gdy gromadził w pokoju tony brudnych kubków i talerzy. Już mniejsza, że ich nie mył, ale mógłby chociaż odnosić je do kuchni. Gdy brakowało łyżeczek czy widelców, wiadomo było, gdzie ich szukać: gdzieś w bajzlu jego pokoju.

Więc czemu teraz mi tego brakowało? Tego bałaganu, który robił wokół siebie. Tych przymilnych próśb o coś dobrego do jedzonka. Tych złośliwych przekomarzanek. Tych korowodów kolegów i koleżanek. Nawet kłótni mi brakowało i wyczekiwania po nocy, kiedy wróci. Bo teraz było w naszym domu tak cicho i pusto.

Moje dziecko budowało swój nowy własny świat, w innym miejscu, z kimś innym u boku, a ja nie mogłam przywyknąć, że go już tu nie ma. Mogłam w każdej chwili zadzwonić, nawet ściągnąć go na obiad, ale to już nie było to samo. Prawdopodobnie przyszedłby z Martą. Po dawnych czasach został mi tylko jego pokój. Pokój, który najpierw był pokoikiem dziecięcym, potem gawrą nastolatka, wreszcie norą dwudziestolatka. Tak wysprzątany i lśniący jak teraz nie był nigdy.

A to dlatego, że wciąż do niego zachodziłam i pucowałam, i wycierałam, i poprawiałam to, co już leżało idealnie. To nie było normalne. Leszek miał rację, zachowywałam się jak matka w traumie żałoby, która straciła dziecko i teraz zamienia pokój swojego nieżyjącego syna w jakąś świątynię jego pamięci.

Ale Mati żył i miał się wyśmienicie. A ja sprzątałam jego pokój, by był gotowy… na co?

Na powrót? Naprawdę tego chciałam? By mu nie wyszło i wrócił do domu na tarczy? Bym znowu przeżywała to samo? Ból jego porażki. Irytację, że się zalęga. Złość, że traktuje dom jak hotel. A jak się wyniesie, znowu żal i tęsknotę? Pogubiłam się. Totalnie.

Ostatnio czułam się tak niepewnie i bezradnie, gdy Mateusz przeżywał swoją pierwszą miłość. Miał siedemnaście lat i dotąd byłam najważniejszą kobietą w jego życiu, aż tu nagle zeszłam na odległy plan. Bo liczyła się tylko ona, Gracja – co za pretensjonalne imię – o której rozmawiał z ojcem albo przyjacielem, już nie ze mną, jakbym stała się wrogiem.

Przyznaję, dziewczyna nie wzbudzała mojego zachwytu. Była ładna i niegłupia, ale też samolubna, egocentryczna i nie traktowała mojego syna poważnie. Prędzej jak maskotkę, jak chłopka przejściowego, jak wprawkę. Manipulowała nim, co ja widziałam, a on nie. Niestety, ponieważ nie miałam wtedy doświadczenia w byciu matką zakochanego nastolatka, popełniłam błąd i ośmieliłam się krytykować, ostrzegać, prosić o rozwagę.

Równie dobrze mogłam prosić Słońce, by wschodziło na zachodzie… Lekko nie było. To, że potem wyszło na moje, że panna złamała mojemu dziecku serce, że teraz Mati nie chce gadać o Gracji, bo się wstydzi własnej naiwności i szczeniackiego zauroczenia, nie zmienia faktu, że wtedy był gotów dać się za nią zabić. Potem przez jego życie i nasz dom przewinęło się stadko Agnieszek, Kaś, Dominik, Marzenek…

– Nie przyzwyczaj się – radził Leszek. – Nie ucz się ich imion, bo i po co. Ja do każdej mówię „córcia”, one się cieszą, a ja się nie pomylę, nawet jeśli nie zapamiętam.
– Nie będę do obcej dziewuchy mówić per „córcia” – protestowałam.

Choć nauczona pierwszym doświadczeniem, zaliczyłam coś w rodzaju szczepionki i nie uprzedzałam się do żadnej z kolejnych dziewczyn Mateusza, który po Gracji odreagowywał, skacząc z kwiatka na kwiatek. Fakt.

Ja też nigdy nie miałam własnego pokoju

Aż nastała era Martusi i trwa do dziś. Poznali się w pracy, miłość rozkwitła, a ja się cieszyłam szczęściem mojego dziecka. Lubiłam Martę. Naprawdę. Mimo że jest starsza od Matiego o siedem lat, mimo że wpływa na jego styl, że wyraźnie go zmienia, ugniata jak glinę, tak by jak najlepiej do siebie pasowali, że na jej prośbę robi rzeczy, których dla mnie nie chciał – jak zmywanie, sprzątanie czy prasowanie – że potrafią się przy nas całować i kłócić.

My z Leszkiem też tacy byliśmy. Szczerzy. Namiętni. Gotowi do poświęceń, a zarazem walczący o swoje priorytety. Docieraliśmy się w bólach, kłótniach, kompromisach. Nikt nie obiecywał, że związek to tylko motyle w brzuchu i spanie razem. To ciężka praca u podstaw. Mateusz z Martą zdawali się to rozumieć. Więc wcale się nie zdziwiłam, gdy zamiast gadać o zaręczynach i ślubie, postanowili najpierw razem zamieszkać.

– Rozsądna decyzja – mówiłam do Leszka. – Jak ma coś nie wyjść, to lepiej się o tym przekonać zawczasu, a nic tak nie weryfikuje związku jak wspólne życie na małej przestrzeni.
– Tak, tak… – mruczał Leszek, a potem uśmiechał się z satysfakcją. – Najważniejsze, że wreszcie pozbędziemy się karalucha. Przecież to niesprawiedliwe, że on miał własny pokój, a my musieliśmy się gnieść w jednym. Miłość to piękna rzecz! Teraz będziemy mogli chodzić goło po chacie i uprawiać seks, kiedy nam się zachce – uśmiechał się lubieżnie. – No co, nie mów, że ci się to nie podoba!

Podobało. Pewnie, że jako kobiecie w okolicach menopauzalnych podobało mi się, że mój mąż, ten sam od ponad ćwierćwiecza, wciąż na mnie leci, wciąż jestem dla niego godna pożądania i zazdrości. I też się cieszyłam, że zyskamy trochę spokoju, przestrzeni, intymności. Świadoma owego nieszczęsnego syndromu opuszczonego gniazda pilnowałam się też bardzo, bo nie narzucać się młodym w moszczeniu ich nowego gniazdka, by nie odwiedzać ich znienacka, nie wydzwaniać co rusz do synka z pytaniami, co u niego, raportami, co u mnie, z radami, o które nie prosił, z miauczeniem, czemu się nie odzywa i czy jeszcze mnie kocha. Nie, tak żałosna nie byłam.

Za to uczyniłam z pokoju Mateusza świątynię, w której nie pozwalałam nic zmienić… Leszek usiadł koło mnie i objął mocno ramieniem.

– Asik, a może zrobimy tu remont i przerobimy pokój Matiego na sypialnię, co? Zawsze marzyłaś o tym, bo oddzielić salon od funkcji spania. Teraz możemy… Wiesz, że nigdy w życiu nie miałem własnego pokoju? Najpierw mieszkałem z bratem, potem z tobą, a teraz skoro mamy dwa pokoje i nas jest dwoje, to możemy się podzielić. Mój będzie salon, twoja sypialnia. Co ty na to? Każdy będzie miał swój własny mały świat.
– Ale czy Mateusz nie pomyśli, że już nie ma powrotu, że już go nie chcemy? – chlipnęłam.
– Skarbie, uwierz mi, on już tu nie wróci, nie w takiej roli jak dotąd. To kawał chłopa. Ma pracę, pannę, wynajmuje mieszkanie, utrzymuje się sam. Nie potrzebuje nas do życia, co dowodzi, że świetnie go wychowaliśmy.
– Skoro tak mówisz…

Miał rację. Muszę iść dalej. Pora odciąć pępowinę. Pora poza byciem matką, być kobietą z… wymarzoną sypialnią. Taką z telewizorem, muzyką, toaletką, taką z wygodnym, dużym łóżkiem, którego nie trzeba codziennie składać. Wow, będzie cudnie!

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Śmierć psa przeżyłam bardziej, niż śmierć matki
Matka odbiła mi faceta, w którym byłam zakochana
Mąż ukrywał przede mną choroby psychiczne w rodzinie