kobieta która nienawidziła własnej matki fot. Adobe Stock

„Śmierć psa przeżyłam mocniej niż śmierć matki. W końcu to ona wychowała mnie na osobę bez uczuć...”

„Nienawidzę wiosny. Czym tu się zachwycać? Ujawnia brzydotę świata i wszystkie psie kupy. To moja pierwsza wiosna bez ukochanego psiaka. On jeden przez całe moje życie mnie kochał. Matka nigdy nie była ze mnie zadowolona. A przecież wszystko robiłam pod jej dyktando.”
/ 29.03.2021 09:31
kobieta która nienawidziła własnej matki fot. Adobe Stock

Nie lubię wiosny! Nie tylko dlatego, że przesilenie wiosenne przynosi mi zawsze osłabienie i nawroty gnębiących mnie chorób. Nie lubię także z powodów, nazwijmy to, symboliczno-estetycznych. Topiący się powoli śnieg odsłania cały syf tego świata, z psimi kupami na czele, a kapiące z dachu ciężkie krople przypominają mi cieknące z nosa gluty.

Głupota rozćwierkanego ptactwa szykującego się do przedłużania gatunku wydaje się bezbrzeżna. Z czego się tu cieszyć? Kolejne pokolenie przygłupów wyrośnie i będzie zajadać się komarami, których brzuchy rozdyma krew wyssana ze spacerowiczów. Tych ostatnich nie lubię najbardziej.

– Niech pani spojrzy, jak wszystko pnie się do słońca, czy to nie urocze? Ach, jak te pąki strzelają! Piękne, nieprawdaż?
– Nie, nie piękne.
– Jak to? Nie lubi pani?
– Ani trochę. To wszystko to tylko bezrozumny pęd do wzrastania. Kto ma więcej siły, ten wykosi konkurencję i wyrośnie, po czym uschnie, zgnije, rozpadnie się w pył. Jaki widzi pani w tym sens?
– No, nie wiem. Nie zastanawiałam się. A czy musi być jakiś sens?
– Jak go nie ma, to znaczy, że jest bezsens.
– Ale może w tym być sens, którego nie rozumiemy, taki, który płynie od Boga.
– Naprawdę, rozglądając się po tym świecie, widząc całą tę mizerię, cierpienie wszędzie, głód i wojny, umieranie małych dzieci w hospicjach… No, naprawdę podejrzewa pani, że to Bóg tak chciał?
– Że też pani nie ma innych tematów i to w taki piękny wiosenny poranek!

Babsko prycha i wystawia swoją pomarszczoną mordkę do „słoneczka”, bo samo słońce jest nie dość pieszczotliwe. Do słoneczka! Nic ci już nie pomoże, maszkaro – myślę mściwie. – Młodsza już nie będziesz!

– A ptaszki się cieszą i radośnie ćwierkają! – rzuca jeszcze, żeby jej było na wierzchu.

Nie wiem, po co chodzę na te poranne spacery

Przyzwyczajenie z czasów, kiedy miałam Lorda. Lord był tak samo głupi jak ta cała reszta. Uwielbiał biegać po krzakach, uwielbiał wskakiwać w świeży śnieg, uwielbiał ganiać za swoim ogonem albo patykiem. Idiota. Ale Lorda kochałam.

Był chyba jedynym stworzeniem, które udało mi się w życiu pokochać. Bo nie kochałam mojej matki ani tym bardziej ojca. Ojca, bo go nie znałam, a matki? Bo była, jaka była. Pedantyczna do bólu, przekonana, że wszystko ma być tak, jak jej się wydaje.

– Nie, moja droga, w tych spodniach nie pójdziesz ze mną, mowy nie ma! Co wujek Stefan sobie o tobie pomyśli? Że jesteś jakąś znajdą ze śmietnika? Nie stać nas na porządne spodnie bez dziury na kolanie?
– To nie pójdę!
– Co to, to nie! Pójdziesz, ale ubrana jak człowiek, a nie jak małpa z buszu.
– Jestem ubrana jak człowiek, tylko inny…
– Nie ma innych ludzi! Może są, ale w dżungli, a tutaj jest Polska, wiesz? Jak się idzie w gości, to się wkłada porządne ubranie. Takie są reguły!
– A ty się sobie w tym uniformie podobasz? Spójrz może czasem w lustro!
– Agata! Nigdy więcej nie odzywaj się w ten sposób do matki.

Mówiła o sobie jak o kimś obcym – ona, matka. Matka to, matka tamto. Bycie matką budowało jej poczucie misji, godności osobistej. Mogła dzięki temu celebrować swoje poświęcenie, dawała się wysysać temu nowemu człowiekowi, którego powołała do życia. Obnosiła swój heroizm, rozsiewała wokół siebie zamiast zapachu perfum.

– Znów wzywali mnie do szkoły. Agatka chodzi na wagary! Ze wstydu aż spuszczałam wzrok! Żeby takie rzeczy słyszeć od nauczycieli… A przecież niczego jej nie brakuje, ma wszystko – mimo że sama muszę dawać sobie radę. Nie wiem, po kim ona to ma, bo przecież nie po mnie. Zawsze na przekór. Zawsze po swojemu. I uparta jest taka! Jak się zaweźmie, to na udry idzie, i weź walcz tu z takim gnojem. A może ja też bym czegoś jeszcze chciała, może mnie też coś należy się od życia?

– Masz rację, Helenko. Myśmy takich rzeczy nie mieli, a przecież popatrz, na jakich porządnych ludzi wyrośliśmy – to Stefan, brat mamy, uwielbiał zawsze dorzucać swoje trzy grosze. – Bez tych gitar, magnetofonów, bez tych wyjców w telewizji.
– Wojna była, Stefanku…
– No właśnie! Czy oni to doceniają? Im wszystkim się w głowach poprzewracało.
– Tak, masz rację, ale Agatka jednak powinna być inna, rozsądniejsza niż to całe… barachło! – upierała się matka.
– Możecie zejść ze mnie?
– No i widzisz, jak ona się do nas odzywa!

Słuchałam marudzenia matki, żarłam i tyłam

Z czasem było coraz gorzej. Matka wiedziała lepiej już nie tylko, jak mam się ubierać, ale także, z kim kolegować i jakiego chłopca pokochać. Wiedziała, na jakie studia mam zdawać i co robić w życiu. I oczywiście od zawsze wiedziała, jak mam się odżywiać. Gdy miałam kilkanaście lat, jeszcze potrafiłam odszczekiwać i czasami urwać się z lekcji, żeby pójść do muzeum. Potem, w tych naprawdę ważnych sprawach, nie umiałam się już zbuntować.

Nie wyszłam z domu, trzaskając drzwiami, nie rzuciłam talerzem o ścianę, nie poszłam do łóżka z Adamem, który jako jeden z nielicznych miał na to ochotę… Byłam coraz grubsza i chowałam się za tą swoją brzydotą. Nie umiem precyzyjnie znaleźć tego momentu, w którym całkowicie się poddałam. Przestałam marzyć czy nawet myśleć o samodzielnym życiu, byłyśmy z matką jak zespawane. Na wieki wieków amen! Wygrała! Tak, wygrała, miała to, czego pragnęła, moją opiekę i bezustanną obecność.

Po co jej to było? Do czego? Widziałam, jak pasie się moją narastającą nieudolnością. Wydaje mi się, że odczuwała złośliwą satysfakcję, że nic mi w życiu nie wychodziło. Że nie byłam lepsza od niej, że nie biegałam na randki, nie wracałam zawiana i roztańczona, że zaczęłam ubierać się w te ponure spódnice, wiązać ciasno włosy i kupiłam najohydniejsze z możliwych oprawki okularów. Ulepiła mnie na podobieństwo swoje. Córeczka swojej mamusi.

Może gdybyś się trochę wcześniej opamiętała i zaczęła myśleć poważnie, to nawet byś znalazła jakiegoś męża. Kto wie, może nawet doktora? A tak to teraz już za późno. Nikt cię nie zechce.
– Bo i ja nikogo już nie chcę, mamo – mówiłam, choć nienawiść do niej za te słowa rozsadzała mi piersi.
– Najgorsze, że ja już tak się zestarzałam, że nie bardzo mogę ci pomóc.

Kiwała głową z politowaniem, a ja uśmiechałam się do sadystki i wlewałam do wrzątku ciasto na jej ulubione lane kluski

. – Przynajmniej tyle cię nauczyłam – chwaliła się.

Przeleciały lata, dziesięciolecia, epoki...

Świat się zmieniał, a my siedziałyśmy nad kluskami albo przed telewizorem.

– Patrz… to ten… no, wiesz. Ten, co ma perukę. Wiedziałaś o tym?
– Tak, mamo, mówiłaś.

W 2010 roku mama się nie obudziła. Umarła we śnie, zostawiając mnie samą z tym wszystkim, co w takich sytuacjach trzeba zrobić. Jej brat Stefan umarł dwa miesiące później. Zaraz po pogrzebie jego syn Marcin przywiózł do mnie psa Stefana.

– Agata, to jest Lord. Ojciec chciał, żebyś ty się nim zajęła.
– No a ty?
– Co ja? Ja… wiesz, życie, praca. Poza tym Ewunia ma alergię na zwierzaki. To cześć.

Nie przejmuj się, to miły pies. Lord, pamiętaj!

Lord podszedł do mnie i trochę nieufnie mnie obwąchał. Potem zaczął zwiedzać mieszkanie. Był młodziutkim owczarkopodobnym łobuzem. Od razu wyczuł, że ja jestem tą słabszą, i postanowił się doskonale ustawić. Zajął w naszym domu miejsce mojej matki. Rządził i wymagał, ale nie gderał.

– Pan Bóg mi cię zesłał, chociaż tak prawdę mówiąc, nie ma żadnego Pana Boga.

Lord patrzył mi w oczy, śmiesznie przekrzywiając głowę. Starał się zrozumieć, co do niego mówię. A może doskonale wszystko rozumiał? Robiłam mu jego ukochane kluseczki i czołgałam się pod łóżkiem w poszukiwaniu piłeczki. Zaczęliśmy łazić na nasze piesze wycieczki. Wieczorem Lord podchodził do łóżka, wzdychał i szturchał mokrym nosem mój policzek.

– No dobrze, wskakuj!

Pakował się na kołdrę i po kilku obrotach układał się w moich nogach. Czułam jego ciepło i było mi ciepło na duszy. Nie miałam innych bliskich. Chce mi się płakać, gdy o tym myślę. Śmierć Lorda przeżyłam o wiele mocniej niż śmierć mamy czy Stefana. Tym bardziej że w pewnym sensie to ja go zabiłam. Zlekceważyłam objawy choroby, a gdy się ocknęłam, było za późno.

Lord nie miał już siły zejść po schodach, nie chciał jeść

Patrzył na mnie, a w tym spojrzeniu był smutek. A może tliła się tam jakaś iskra nadziei, że mu pomogę? Nie pomogłam. Pani weterynarz nie miała wątpliwości.

– On już się tylko męczy.

Objęłam głowę Lorda (nie umiem powiedzieć „łeb”) i szlochając, tuliłam go do siebie, podczas gdy lekarka wbijała kolejne igły, najpierw z „głupim Jasiem”, a potem z trucizną. Lord umarł (nie umiem powiedzieć „zdechł”). To moja pierwsza wiosna bez Lorda. Znowu wlazłam w jakąś kupę. Nic mi się nie podoba.

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Moja synowa to znana ginekolożka, która ma problemy z własną płodnością
Rozwiodłem się po 8 miesiącach małżeństwa, ale i tak nie mam spokoju
Próbowałam żyć w chorym trójkącie - ja, Adam i jego matka