dziewczyna załamana tym, że matka odbiła jej faceta fot. Adobe Stock

„Matka odbiła mi faceta, w którym byłam zakochana. Wszystko przez to, że nigdy nie przyznałam się, że mi na nim zależy”

„To zabrzmi żałośnie, ale przez 25 lat skrycie podkochiwałam się w lekarzu, który mnie kiedyś operował. Nie wiedział o tym, nikt nawet mama, którą uważałam za najlepszą przyjaciółkę. I to mnie zgubiło... Gdyby wiedziała, może nie zaczęłaby z nim sypiać.”
/ 26.03.2021 12:10
dziewczyna załamana tym, że matka odbiła jej faceta fot. Adobe Stock

Moja kochana, piękna, zawsze taka elegancka mama leżała w tej wieloosobowej szpitalnej sali jak jakaś biedna staruszka. Wyglądała okropnie po operacji, jakże niepodobna do siebie, z twarzą o bladożółtej barwie starego papieru, przykurczona, jakby dwukrotnie się zmniejszyła. Nie jestem przyzwyczajona do takich widoków, nienawidzę szpitali, boję się ludzi chorych.

Stanęłam przy łóżku mamy i zastanawiałam się, co powiedzieć

Na szczęście ojciec ma gadane. Rozwiedli się już wiele lat temu, ma nową żonę, ale wciąż dba o byłą, która pozostała samotna, nigdy nie brakuje go, gdy jest jej potrzebny. W szpitalnej sali było tak okropnie duszno… zanim wykrztusiłam jedno słowo, poczułam, że robi mi się słabo.

– Muszę wyjść na korytarz – szepnęłam z przepraszającym uśmiechem.

Pamiętam jeszcze, że doszłam do okna i próbowałam je otworzyć. Przed oczami migało mi coraz więcej jakichś świetlistych płatków, a potem nastąpiła ciemność. Cisza. Kiedy się wreszcie ocknęłam, leżałam na kozetce w jakimś gabinecie. Bardzo bolała mnie głowa.

– Runęła pani na wózek inwalidzki i rozcięła sobie czoło. Co za pomysł – na wózek! Zabrakło jakiegoś silnego męskiego ramienia? – pielęgniarka uśmiechnęła się porozumiewawczo.
– No właśnie. Zabrakło – mruknęłam wciąż oszołomiona. – Zaraz wezwiemy jakiegoś lekarza, w końcu jesteśmy na chirurgii. Tyle dobrego, że nie musi pani na pogotowie jechać. Skoro już zrobić sobie dziurę w głowie, to najlepiej w szpitalu – zaświergotała wesoło.

Poszukiwania chirurga na chirurgii trwały długo. Wreszcie przyszła jakaś smętna pani doktor i starannie zaszyła moją wyszarpaną ranę. Trochę chwiejnym krokiem wróciłam do sali, gdzie leżała mama. Ojca nie było, szukał mnie po całym szpitalu. Temat rozciętej głowy zdominował rozmowę, zapanowało poruszenie, wszyscy byli ciekawi, co się stało. Opowiadałam ze śmiechem o braku męskiego ramienia, złośliwym wózku, niewidzialnych lekarzach – nagle operacja mamy zeszła na dalszy plan, przytłumiona tak efektownym wypadkiem.

Dwa dni później znów odwiedziłam mamę, jej stan znacznie się poprawił

Wyraźnie dochodziła do siebie i już nie było mi słabo na jej widok.

– Ten opatrunek na czole coś mi mówi… – w drzwiach stanął lekarz. – To pani!
– Ja…
– To o pani wszyscy wczoraj opowiadali – że głowę rozbiła, że akurat lekarze pod ziemię się zapadli i nie miał kto pani zszyć!
– Nnno tak, chyba o mnie, rzeczywiście.

– Boże, co za pech! Zawsze wpychają mnie na dyżury w niedziele, a tym razem akurat nie. Właśnie w tę jedną jedyną niedzielę, kiedy powinienem był tu być, tu, warować na korytarzu, pod tą salą, przy wózku inwalidzkim i czekać, cierpliwie czekać, aż ta piękna kobieta pojawi się, by zemdleje jak w starych dobrych czasach. Ach, podałbym pani sole trzeźwiące i oczywiście prześliczna głowa wyszłaby z tego spotkania bez najmniejszego szwanku.

Panie na łóżkach zachichotały.

– Widać nie było to przeznaczone panu doktorowi – wypaliła jedna z nich. – Widać inna panu pisana.
– Jakbym wierzył w to, co komu pisane, w ogóle bym nie został lekarzem, pani Heniu – roześmiał się doktor.

Śmiał się głośno, w ogóle był hałaśliwy i pewny siebie, pełen werwy i swady. Zachowywał się jak władca na swoich włościach, ale w sumie sprawiał sympatyczne wrażenie. Wygląd niewątpliwie pomagał – był cholernie przystojny, bardzo wysoki, dobrze zbudowany, o męskiej, trochę już pobrużdżonej życiem, ale wciąż jeszcze młodzieńczej, wesołej twarzy. No i miał na sobie biały fartuch, oczywiście. Biały fartuch… w moim życiu odegrał szczególną rolę.

Miałam dziesięć lat i czekało mnie wycięcie wyrostka

Bardzo się bałam, byłam pierwszy raz w szpitalu, pierwszy raz poza domem. Bez rodziców, wśród obcych chorych ludzi. To nawet nie był oddział dziecięcy, tylko po prostu chirurgiczny w prowincjonalnym niewielkim szpitalu. Wśród pacjentów nie brakowało poważnych przypadków – cierpieli, jęczeli z bólu, w izolatce umierała chora na raka kobieta, jej krzyki dało się słyszeć wszędzie.

Więc chociaż mnie umieszczono w pokoju z paniami młodszymi i nie tak bardzo chorymi, to jednak nie udało się uciec od ponurej, przygnębiającej atmosfery oddziału. Leżałam w łóżku, oczekując najgorszego. A może też umrę – myślałam – moja operacja się nie uda albo dostanę zakażenia? A może to wcale nie wyrostek, tylko rak, tak jak u tej biednej wychudzonej pani? Może wszyscy mnie oszukują, a tak naprawdę jestem śmiertelnie chora?

Wyobraźnia dziesięciolatki pracuje już na pełnych obrotach, w końcu trochę filmów się widziało, parę rozmów dorosłych podsłuchało, miałam już wiedzę o niebezpiecznych zasadzkach życia. Więc tego dnia, kiedy operacja miała się odbyć, byłam naprawdę przerażona. Najchętniej bym uciekła, ale jak, gdzie, w czym, skoro była zima, a ja miałam na sobie jedynie piżamę.

I wtedy go zobaczyłam. Dzisiaj mało pamiętam poza tym, że był bardzo wysoki i wydał mi się najpiękniejszym mężczyzną na świecie. O wiele piękniejszym nawet niż tata. No i miał na sobie biały fartuch.

– Oleńko, to jest doktor Norbert, będzie cię operował. Prawda, że miły? – siostra Ania była moją ulubioną pielęgniarką, tylko do niej miałam tutaj zaufanie.

Ale i tak nie mogłam wydusić słowa, tak na mnie podziałał widok lekarza.

– Dzień dobry, śliczna panienko. Słyszałem, że jesteś bardzo dzielna. To dobrze, bo nie ma czego się bać, naprawdę.

Już rzeczywiście się nie bałam. Niczego. Doktor Norbert mógłby pokroić mnie na kawałki, a potem nawet zjeść, a ja tylko bym się cieszyła.

– To co, „głupi Jaś” i na wózek, czy też może Oleńka sama pójdzie ze mną?
– Pójdę.
– No to idziemy – i wziął mnie za rękę.

Minęło ćwierć wieku, a ja wciąż mam przed oczami ten obraz, choć przecież sama go nie widziałam: mała, chuda, mocno wystraszona dziewczynka prowadzona na salę operacyjną przez drągala w białym fartuchu. Drągala z twarzą anioła. Kiedy trzymał mnie za rękę, czułam, że nic, absolutnie nic złego stać mi się nie może. Mogłam tak iść, iść w nieskończoność, nigdy nie przestać, obejść Ziemię tysiąc razy, milion razy i nie mieć dosyć.

Zakochałam się w nim i dowiedziałam się, co to znaczy

Był miłością mojego życia, dopóki nie znalazłam dla swych uczuć obiektu bardziej realnego i konkretnego. Ale doktora Norberta nigdy nie zapomniałam. Ten wyglądał bardzo podobnie, był tylko starszy, a anielska twarz pokryła się zmarszczkami, które uczyniły ją bardziej demoniczną. Przecież nie mógł być to on. Nie mógł? Właściwie dlaczego nie? Skoro moim rodzicom udało się uciec z tego zaplutego prowincjonalnego miasteczka do stolicy, to może jemu również? Przecież kariera stała przed nim otworem, musiał być wówczas bardzo młody.

– Aleksandra Maciejczak, jestem córką tej pani – wyciągnęłam do lekarza rękę.
– Norbert Wachowicz.

I znowu zrobiło mi się słabo. To imię i nazwisko kołysały mnie do snu jak najsłodsza ballada – przez tyle lat! Do szesnastego roku życia, kiedy to poznałam Jurka i pierwszy raz pocałowałam się z chłopakiem, to doktor Norbert był jedynym bohaterem rozgrywających się w mojej głowie romansów, miłosnych historii, na które tak niecierpliwie czekałam.

Ileż razy wyobrażałam sobie, że go spotykam?

Kiedyś już nawet siedziałam w pociągu, by pojechać do mojego rodzinnego miasteczka, do małego szpitala, na oddział chirurgiczny. Miałam wtedy chyba z piętnaście lat i wyskoczyłam z pociągu, zanim ruszył. Przeczułam już wtedy, że lepiej nie konfrontować marzeń z rzeczywistością. I kiedy wreszcie po tylu latach wspomnienie wyblakło na tyle, że niemal przestało istnieć – oto stał przede mną, we własnej osobie. On. Mój anioł. Coś jeszcze pogadał, pośmiał się i zniknął. Już był na korytarzu, gdy dobiegły mnie jego słowa: „A pani niech zajrzy do mnie do gabinetu, obejrzę jeszcze tę nieszczęsną głowę”.

Co to jest kilkanaście lat? O tyle musiał być starszy

– Wiesz, że on mieszkał kiedyś w naszym mieście? Pracował w naszym szpitalu?
– Jasne, wycinał mi wyrostek.
– Pamiętasz – mama spojrzała na mnie jakoś dziwnie. – Naprawdę go pamiętasz?
– No głównie imię, trudno je zapomnieć.

Co miałam więcej powiedzieć? Nigdy nikomu nie zwierzyłam się z tej historii. Mamie też nie. Mamie tym bardziej. Pożegnałam się z mamą, wyszłam z sali. Na pustym o tej porze korytarzu stałam przez chwilę niezdecydowana. Pokusa znalezienia gabinetu doktora Wachowicza była silna. Jak na karuzeli, błyskawicznie przesuwały mi się w głowie scenariusze. Powiedzieć czy nie powiedzieć? Zajrzeć na chwilę i pokazać ranę, a potem uciec, czy też wdać się w rozmowę, na razie bez zdradzania przeszłości.

Czułam, że wpadłam mu w oko. Co by z tego mogło wyniknąć? Lepiej nie – pomyślałam. – Moja głowa ma się dobrze, nikomu nie muszę jej pokazywać, a wspomnienia niech pozostaną na swoim miejscu, w tej odległej mgławicowej sferze, do której przynależą. Szybkim krokiem wyszłam ze szpitala. Mogłam nie znaleźć gabinetu, mogłam zapomnieć – gdyby ktoś pytał. Ale nie pytał.

Przez kolejne dni nie mogłam sobie znaleźć miejsca

Doktor Wachowicz, w odsłonie dawnej i obecnej, rozgościł się na dobre w moich marzeniach sennych – i dziennych. Chodziłam skołowana, nieprzytomna. Odwiedziłam mamę jeszcze trzy razy, ale już go nie spotkałam. Nie miałam też śmiałości o niego pytać. A tym bardziej pójść do jego gabinetu. Na samą myśl dostawałam paraliżu nóg i ośrodka mowy.

Ze szpitala odebrał mamę ojciec. Szybko wracała do zdrowia. Odwiedzałam ją w jej mieszkaniu początkowo dość często, później rzadziej, ale nigdy już nie mówiłyśmy o doktorze Norbercie. Ja bałam się zadać jakiekolwiek pytanie, bo wydawało mi się, że nie ukryję stanu swoich uczuć. A był on następujący: zaczęłam żyć z Norbertem w równoległej rzeczywistości. Roiłam sobie, jak by to było, gdybyśmy byli parą, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym go poznała później, gdybym potrafiła go w sobie rozkochać.

Takie tam bzdury… Wyobraźnia zawsze pracuje mi na pełnych obrotach

A Norbert był dla niej pożywką jak drożdże dla wina. Tego dnia wyszłam wcześniej z biura, zwolnili nas z powodu awarii ogrzewania. Miałam przed sobą dwie wolne godziny, które spadły z nieba. Może zajrzę do mamy – pomyślałam. – Wypadałoby najpierw zadzwonić… E, nie. Na pewno jest w domu, za słaba jeszcze, by wychodzić. Kupię jakieś owoce, ciastka, posiedzimy, pogadamy. Na co dzień tak mało jest na to czasu, a ja tak lubię pogadać sobie z mamą. Jesteśmy jak przyjaciółki. Dlaczego „jak”? Jesteśmy przyjaciółkami.

Zdziwiło mnie, że nie otwiera od razu. Na dodatek usłyszałam jakieś drobne hałasy, przesuwane krzesła czy coś w tym rodzaju. Czekałam zaniepokojona pod drzwiami, zastanawiając się, czy nie użyć klucza. Wreszcie mama otworzyła. Sprawiała wrażenie zdenerwowanej.

Miał na sobie znoszone kapcie, jakby tam mieszkał

Dlaczego nie zadzwoniłaś? Ale skoro już jesteś… Znasz przecież doktora…

Stał na progu pokoju, bez białego fartucha, za to w starych kapciach, zupełnie nagle wyzbyty pewności siebie, którą tak szastał w szpitalu. Miał naprawdę głupią minę.

– To ja może jednak pójdę, przyjdę jutro, mamo – wykrztusiłam.

Na szczęście nie zdjęłam jeszcze płaszcza, więc okręciłam się na pięcie, i tyle mnie widzieli. Długo nie mogłam uspokoić walącego serca. O co ci chodzi, wariatko – mówiłam sobie. – Twoja mama jest samotną kobietą i ma pełne prawo przyjmować w domu mężczyzn, mieć ich za przyjaciół czy choćby i kochanków. Przestań histeryzować! Z drugiej strony jednak, no nijak nie mogło mi się to pomieścić w głowie. Jeszcze parę chwil temu mnie samej roił się romans z doktorem i wydawało się, że tylko ode mnie zależy, czy do niego dojdzie.

I kiedy to się zaczęło? Czy już wtedy, gdy wycinał mi wyrostek? „Śliczna dziewczynka, a mamusia jeszcze śliczniejsza – zapewne przyszło mu do głowy – trzeba sprawdzić”. I słusznie, mama była śliczna. Czy zdradziła z nim ojca? Czy to on stoi za rozwodem? Tak mało wiemy o swoich rodzicach. Może to jednak kwestia ostatnich tygodni. Spotkali się po latach, w szpitalu, coś kliknęło, stare wspomnienia i… Nie mogę być zazdrosna, nie mam żadnego prawa, mama nigdy nie wiedziała o niczym, a nawet gdyby, to co?

Miałaby się przejmować egzaltacją małej dziewczynki? A jednak czuję się teraz tak, jakbym została okradziona. Jakby ktoś ukradł mi marzenia, przywłaszczył je sobie, a następnie zrealizował je po swojemu, spełnił. I to zrobiła istota mi najbliższa, najbardziej ukochana na świecie. Co za ironia losu. 

Czytaj więcej prawdziwych historii:
Moja synowa to znana ginekolożka, która ma problemy z własną płodnością
Rozwiodłem się po 8 miesiącach małżeństwa, ale i tak nie mam spokoju
Próbowałam żyć w chorym trójkącie - ja, Adam i jego matka