Samotny mężczyzna fot. Adobe Stock, samuel

„Gdy Daria umarła, zostałem sam z dzieckiem. Nie doceniałem jej pracy w domu i tego, ile dla nas robiła”

Nie miałem pojęcia, gdzie co leży w domu, do kiedy należy zapłacić rachunki ani nawet, jak usmażyć kotlet schabowy. Zostałem sam, bezradny jak dziecko we mgle. Z synem, którego nie znałem, bo nigdy nie było mnie w domu.
/ 20.07.2021 10:28
Samotny mężczyzna fot. Adobe Stock, samuel

Jako ojciec się nie sprawdziłem. I choć bardzo tego żałuję, czasu już nie cofnę. Teraz mogę tylko się starać, żeby to, co jest dzisiaj, stało się lepsze od przeszłości. I przelać uczucia na wnuka.

Bywa tak, że zajęci codziennością zapominamy o rzeczach naprawdę ważnych. Skupiamy się na pracy, obowiązkach, sprawach materialnych czy przyjemnościach. W tym wszystkim umyka nam coś najbardziej istotnego, a gdy to sobie uświadamiamy, jest już zazwyczaj za późno, żeby naprawić błędy. Moim zdaniem w życiu najważniejsza jest rodzina. Wzajemna miłość, wsparcie i świadomość, że niezależnie od tego, jak bardzo się oddalisz, masz do kogo wrócić. Teraz już to wiem. 

Jednak nie zawsze tak było

Samokrytycznie muszę stwierdzić, że nie byłem dobrym ojcem. Nigdy co prawda nie uderzyłem swojego syna, nawet specjalnie na niego nie krzyczałem, ale też praktycznie wcale nie uczestniczyłem w jego życiu. 

Jestem zawodowym kierowcą, spędziłem za kółkiem wiele lat. Kiedy jeździłem w trasę, nie było mnie w domu po kilka dni z rzędu. Rodzinie poświęcałem niewiele czasu. Niby miałem usprawiedliwienie – ktoś przecież musiał zarabiać, żeby ich utrzymać. A jednak teraz żałuję, że praca przesłoniła mi cały świat.

Moja żona była sklepową, a poza tym miała na głowie cały dom i naszego Mirka. Sama zajmowała się wszystkim. I nigdy nie poskarżyła się nawet słowem… Wstawała pierwsza, spać chodziła ostatnia. W mieszkaniu zawsze panował porządek. Gdy wracałem z trasy albo z pracy, czekała na mnie ciepła kolacja.

Nie doceniałem tego, bo wydawało mi się to całkiem normalne. Sam nie wiem, jak to się stało, że tak się od nich oddaliłem. Przecież jak urodził się Mirek, ze szczęścia piłem całą noc. Najpierw pomagałem żonie przy małym, nawet zmieniałem mu pieluchy… Tylko że Mirek rósł, a ja to wszystko kompletnie przegapiłem.

Pamiętam, jak któregoś dnia dotarło do mnie, że mój syn jest już dorosły.

Nigdy nie znaleźliśmy wspólnego języka. Miał swój świat, do którego mnie nie wpuszczał, a ja dopiero po latach odkryłem, że po prostu nie próbowałem tam wejść. Może dlatego, że nie bardzo potrafiłem? Cóż, ja też nie miałem dobrego kontaktu ze swoim ojcem.

Wyniosłem z domu pewne wzorce zachowań i potem ich używałem wobec własnego dziecka… Żona prawie nigdy nie chorowała, więc rzadko chodziła do lekarza. Kiedyś jednak wyczytała w jakiejś gazecie, że warto badać się nawet wtedy, gdy nic człowiekowi nie dolega. Bo bywają choroby, które rozwijają się z początku bezobjawowo. No i poszła do ginekologa.

Tego dnia nigdy nie zapomnę…

Przeżyliśmy szok. Moja Daria miała raka. Zaawansowane stadium. Lekarz nie owijał w bawełnę:

– Jest bardzo źle. Pana żona nie badała się od ponad dwudziestu lat. Obawiam się, że na ratunek jest już za późno – usłyszałem. Oczywiście próbowali coś zrobić. Była chemioterapia i te wszystkie medyczne nowinki. Pokładałem nadzieję w Bogu, liczyłem na cud. Lecz Wszechmogący mnie nie wysłuchał. Co ja wtedy przeżyłem! W miarę jak stan mojej żony się pogarszał, ja też czułem się coraz gorzej. Odechciało mi się żyć.

Modliłem się, żeby Bóg zabrał mnie zamiast niej. Nie zrobił tego jednak. Najwidoczniej miał wobec mnie inne plany. Może uznał, że powinienem żyć, żeby zrobić jeszcze coś dobrego.

Wtedy poznałem własnego syna

Moja ukochana żona zmarła kilka lat temu. Kiedy jej zabrakło, wszystko zwaliło się na moją głowę. Byłem zdumiony, gdy odkryłem, jak wiele miała obowiązków przez cały czas trwania naszego małżeństwa, i dopiero wtedy doceniłem jej pracę. Nie wiem, jak ona sobie z tym wszystkim radziła, bo ja nie potrafiłem kompletnie nic.

Nie miałem pojęcia, gdzie co leży w domu, do kiedy należy zapłacić rachunki ani nawet, jak usmażyć kotlet schabowy. Zostałem sam, bezradny jak dziecko we mgle. Miałem jedynie syna, w gruncie rzeczy osobę mi obcą. Mirek akurat wtedy kończył studia na politechnice i praktycznie nie było go w domu; przyjeżdżał rzadko, często po prostu się mijaliśmy. Zupełnie tak samo jak wcześniej.

– Tato, żenię się – powiedział któregoś razu. – Wiem, że jeszcze trwa żałoba, ale i tak nie mamy pieniędzy na wesele, więc nie będzie żadnych tańców ani nic z tych rzeczy. Chcemy wziąć ślub, bo Iza jest w ciąży. Jej rodzicom bardzo na tym zależy. Mam nadzieję, że ty nie będziesz miał nic przeciwko?

Nie miałem. Umówiliśmy się na niedzielę na pierwsze spotkanie rodzinne. Do dziś mało co potrafię ugotować, więc nie wiedziałem, czym podjąć gości. Na szczęście problem rozwiązał się sam. Rodzice Izy zaprosili nas do siebie.

Pierwszy raz od dłuższego czasu zjadłem domowy obiad, rosół z kury. Moja żona też taki gotowała… Młodzi wzięli ślub, wyprawiliśmy im skromne przyjęcie. Wiedziałem, że kiedy przyjdzie na świat dziecko, będą musieli oszczędzać każdy grosz. Plan był taki, że młodzi po ślubie zamieszkają u rodziców Izy, jednak ja po namyśle zaproponowałem im, żeby wprowadzili się do mnie.

Nie do końca byłem przekonany, czy dobrze robię, ale właśnie wtedy poczułem, że koniecznie muszę coś zmienić w swoim życiu, bo inaczej zostanę sam jak palec. W tym czasie przyznano mi już rentę i przestałem pracować. Jakiś czas mieszkaliśmy razem. Ja zajmowałem jeden pokój, a Mirek z żoną drugi.

Trochę się wszyscy męczyliśmy, lecz przynajmniej byliśmy razem. Wtedy po raz pierwszy w życiu zacząłem rozmawiać ze swoim synem i stwierdziłem, że fajny z niego facet. Byłem dumny, że moja Daria tak dobrze go wychowała.

– Słuchajcie, co byście powiedzieli na to, gdybyśmy sprzedali to mieszkanie i kupili dwa mniejsze? Jedno dla mnie, drugie dla was – zaproponowałem któregoś dnia synowi i synowej.

– Dobrze się z wami mieszka, nie powiem, ale pewnie chcielibyście mieć trochę prywatności… Nie zająknąłem się ani słowem o tym, że w tym domu wszystko przypominało mi Darię. To były bardzo bolesne wspomnienia. Jednak proponując im to, tak naprawdę myślałem nie o sobie, tylko o wnuczku, który miał niedługo przyjść na świat.

Wiadomo – młode małżeństwo, w dodatku z dzieckiem, powinno mieć własny kąt, zamiast gnieździć się razem ze starym człowiekiem…

Żebyście widzieli, jak Mirek i Iza się ucieszyli!

Myślałem, że zacałują mnie na śmierć. Miło, że nazwała mnie tatą… Dobrze, że wpadłem na ten pomysł. Teraz miałem mniejszą powierzchnię do sprzątania i sporo mniejszy czynsz. Z początku bałem się, że będę czuł się samotny. O dziwo jednak syn z synową odwiedzali mnie bardzo często. Niedługo później na świat przyszedł Michałek. Kiedy zobaczyłem go pierwszy raz, nie mogłem się oprzeć wzruszeniu. Dałem sobie słowo, że będę dla niego dobrym dziadkiem.

Wydaje mi się, że radzę sobie nieźle. Staram się pomagać Mirkowi i Izie przy każdej okazji, kiedy tego potrzebują. Rodzice synowej pracują i nie mogą zająć się wnukiem, więc robię to ja. A ja, no cóż, mam hopla na punkcie Michałka. Kiedy z nim jestem, czuję się młodszy. Jakbym cofnął się w czasie! Na początku trochę się bałem, zwłaszcza gdy Michał był mniejszy.

Nie miałem przecież żadnego doświadczenia w opiece nad dzieckiem, kiedyś to wszystko robiła moja żona. Teraz nadrabiam zaległości. Jak to mówią, nigdy nie jest za późno… Bardzo lubię chodzić z małym na spacery i na plac zabaw. Spotykam się tam z innymi dziadkami lub babciami. Zajmowanie się wnukiem wcale nie jest trudne!

Pewnego dnia z popołudniowej drzemki wybudził mnie dźwięk telefonu. Dzwoniła synowa.

– Tato, posiedzisz dzisiaj z Michałkiem? Jest przeziębiony, nie chcę go posyłać do przedszkola. To był pierwszy raz, gdy nazwała mnie tatą. Zrobiło mi się ciepło koło serca. Ja, stary koń, normalnie miałem łzy w oczach. Mój kumpel z pracy, który już dawno ożenił syna, powiedział mi, że jego synowa tylko do swojego taty mówi „tato”, a jego nazywa ojcem. Iza też tak robiła, aż do teraz.

Nie wiem, co się zmieniło, ale dopiero wtedy poczułem, że jestem prawdziwym członkiem rodziny.

– Pewnie, że posiedzę – zawołałem ochoczo. – Z radością!

– Dziadku, dziadku! – Michałek już w progu rzucił mi się na szyję. – Mam dla ciebie zaproszenie do przedszkola. Na Dzień Babci i Dziadka. Musisz przyjść! Będę mówił wierszyk. Jeszcze nigdy tak bardzo nie ucieszyłem się z zaproszenia.

Czytaj także: 
„Po rozwodzie wszystkie przyjaciółki się ode mnie odsunęły. Bały się, że... ukradnę im mężów"
„Od 20 lat mam kochanki w całej Europie. Myślałem, że Zosia nic nie wie. Miałem ją za głupią gęś”
„Kiedy tata trafił do domu opieki, mama znalazła sobie kochasia. Byłam na nią wściekła. Przecież to zdrada!"