Starszy pan z majątkiem fot. Adobe Stock, Miljan Živković

„Dzieci brata dybią na mój majątek. Myślą, że zapiszę im dom i ziemię. Ale się zdziwią!”

Udaję, że nie wiem, o co chodzi, gram rolę potulnego wujka, zdziwaczałego staruszka, który nie zna życia i bierze te rodzinne starania za dobrą monetę. Przymilają się, bo chcą kasy, ot co.
/ 08.06.2021 12:56
Starszy pan z majątkiem fot. Adobe Stock, Miljan Živković

Dawno temu zamieszkałem na wsi, z dala od rodziny. Nikomu nic nie jestem winien, a z majątkiem zrobię to, co chcę!

Wytarłem ręce, żeby odebrać telefon. Zerknąłem na wyświetlacz: Ala, moja średnia bratanica. Uśmiechnąłem się w duchu, przygotowany na czułości i troskliwe pytania o moje zdrowie.

– Cześć wujku, Ala z tej strony. Co tam słychać u ciebie, jak się czujesz? Martwię się o ciebie… Sam mieszkasz, z dala od wszystkich. Może potrzebujesz pomocy?

– Ależ nie, kochanie, dziękuję za troskę, ale wszystko w porządku – zdobyłem się na uprzejmy ton, choć nie umiałem pozbyć się szorstkości z głosu tak typowej dla mnie, wieloletniego odludka. – Jestem przyzwyczajony do samotności.

– Wiem, wujku, ale jednak nie jesteś już nastolatkiem – moja bratanica upierała się przy swoim. – W razie czego, dzwoń!

– Dziękuję, to miłe być pod taką czułą opieką – pozwoliłem sobie na nutkę sarkazmu. – Zawsze byłem zdany tylko na siebie, a teraz takie zainteresowanie…

– Tak, jasne – Ala się speszyła. – Kończę, zadzwonię w przyszłym tygodniu.

Wróciłem do krojenia warzyw. Zamierzałem zrobić sobie pożywną zupę na dwa dni. Krojąc marchewkę w kostkę, jednocześnie rozmyślałem o tej rozmowie i innych, podobnych, których przez ostatnie miesiące odbyłem wiele. A wszystko zaczęło się pod koniec lata, w zeszłym roku. Wówczas zmarł mój brat. Nie zaskoczyło mnie to – po pierwsze, był dużo starszy ode mnie, po drugie, od dawna ciężko chory. Pewnie, że i tak był to jakiś cios, ale przyznaję, że nie rozpaczałem zbytnio. Nigdy nie mieliśmy ze sobą dobrego kontaktu i właściwie od kilkunastu lat nawet się nie widywaliśmy.

Brat strasznie moją decyzję skrytykował

Wszystko nas dzieliło: zainteresowania, poglądy, styl życia, miejsca zamieszkania. Jędrek zaraz po szkole poszedł do pracy. Nie interesowała go nauka, chciał jak najszybciej założyć rodzinę, dorobić się czegoś, mieć święty spokój. I wspaniale ten swój plan zrealizował – na świat kolejno przychodziły jego dzieci, on odnosił sukcesy w pracy i zanim ja skończyłem technikum, awansował.

Kupił mieszkanie, wyprowadził się i widywaliśmy się zaledwie kilka razy w roku, najczęściej podczas uroczystości rodzinnych. I zazwyczaj musiałem wysłuchiwać, że jestem nieżyciowy.

– Rozumiem, że kochasz zwierzęta, ale żeby zostać weterynarzem? – wydziwiał nad moim studiami. – Nie lepiej jakiś praktyczny zawód mieć? No i jeszcze na wsi, to rozumiem, ale w mieście kogo chcesz leczyć? Na czym zarobić?

– Po pierwsze, w mieście też są zwierzęta – odparłem spokojnie. – A po drugie, to ja właśnie chcę mieszkać na wsi.

– Zgłupiałeś! – brat wzruszył ramionami. – I co tam będziesz robić? Wychowany w mieście, wsi nie znasz. I myślisz, że jakaś kobieta zechce tam z tobą dziadować?

– Nie każdy musi zakładać rodzinę – skomentowałem wówczas, co dopiero wywołało rodzinną burzę. Zawsze byłem inny i czułem się inny. Nad zabawy przedkładałem książki i samotne wędrówki po górach. Wolne weekendy spędzałem w lesie albo szwendając się po okolicznych wsiach. Rodzice trochę się tym martwili, ale próbowałem wytłumaczyć im, że jestem szczęśliwy.

– Mamo, jeśli kogoś spotkam, to się ożenię – uspokajałem, ilekroć biadoliła, że zostanę sam. – Nic na siłę.

Po studiach udało mi się wyjechać za granicę. Miałem swój plan i powoli go realizowałem. Umyśliłem sobie, że naprawdę przeprowadzę się na wieś. A że lubię być niezależny, to potrzebowałem pieniędzy na kupno niewielkiego domku. Najlepiej w lesie, z dala od zgiełku. Chyba mogę o sobie powiedzieć, że mam szczęście. Rzeczywiście udało się nieźle zarobić przez parę lat, poduczyłem się języka i wróciłem do kraju bogaty w wiedzę, doświadczenie i funty. Bez problemu znalazłem też odpowiedni domek…

Wreszcie odnalazłem swoje miejsce na ziemi

Gdy wróciłem z Wielkiej Brytanii, okazało się, że na Mazurach jest wiele opustoszałych wsi. Dzieciaki wyjeżdżały do miasta albo za granicę, a starzy umierali i nie mieli komu przekazać ziemi. Szukając czegoś dla siebie, trafiłem na istną perełkę: drewnianą, w miarę nową chałupę na uboczu wsi, pod samym lasem i nad niewielkim jeziorkiem. Marzenie. Co prawda, oprócz chałupy musiałem jeszcze kupić „w pakiecie” resztę budynków gospodarskich i hektar ziemi. Niepotrzebne mi to było, ale zdecydowałem się. Kiedy oznajmiłem rodzinie, co zamierzam zrobić, wpadli w histerię.

– Synku, ale co ty tam będziesz robił, sam, z dala od rodziny, w głuszy? – biadoliła mama. – Żebyś choć kobietę miał.

– Ty jednak nie jesteś przy zdrowych zmysłach – krytykował mój brat. – Zarobiłeś niezłą kasę w Anglii i teraz chcesz to wszystko wydać na marną chałupinę?

– Bardzo przyzwoity domek – tłumaczyłem. – A okolica przepiękna. Przyjedziecie, zobaczycie. Interesowałem się – w pobliżu nie ma żadnego weterynarza, więc pewnie i roboty mi nie zabraknie. Postawiłem na swoim i nigdy nie żałowałem swojej decyzji! Wreszcie moja dusza samotnika znalazła azyl, choć nie od razu zostawiono mnie w spokoju.

Na początku wszyscy przychodzili zobaczyć dziwaka, który zamiast siedzieć w mieście, na wieś przyjechał. Próbowali też się ze mną zaprzyjaźnić, mówiąc wprost – wybadać, czy do kielicha się nadaję. Szybko jednak się przekonali, że to akurat nie ze mną. Za to fachowca weterynarza docenili od razu. Co prawda, w pobliskim miasteczku były i klinika, i szpital, stamtąd też ściągano do tej pory lekarzy.

Lecz odkąd ja się pojawiłem, to nie tylko z mojej, ale i z okolicznych wsi zaczęto do mnie przyjeżdżać. Odnalazłem swoje miejsce na ziemi i byłem szczęśliwy. Postanowiłem na wakacje zaprosić rodziców i brata z rodziną. Specjalnie uczuciowy nie jestem, stwierdziłem jednak, że tak po prostu wypada. Najpierw przyjechał tata z mamą. Trochę narzekali, że daleko, że jestem sam, ale widzieli, jak mi tu dobrze. Mama od razu zaczęła mi szykować zapasy – nalepiła pierogów, upiekła pasztet, nakisiła ogórków.

– Nie ma kto ci, biedaku, domowych obiadków szykować – mówiła, kiedy próbowałem ją przekonać, że daję sobie radę, a ona przyjechała wypocząć, a nie stać od rana do nocy przy garach.

– Mówiłam, że ożenić się powinieneś. Więc ci chociaż trochę upichcę, to sobie zamrozisz i będziesz miał… Już ja widzę co ty jadasz! Smażona kiełbasa, jaja na twardo i czasem jakaś zupina. Muszę cię dożywić.

Machnąłem ręką na te matczyne kulinarne zapędy, zresztą i tak miałem swoje zajęcia. Pokazywałem tacie las, chodziłem z nim na ryby. Podobało mu się.

– Muszę przyznać, synku, że cię podziwiam – powiedział, gdy odjeżdżali. – Wprawdzie inaczej sobie wyobrażałem twoje życie, ale widzę, że dajesz sobie radę. Swoją drogę znalazłeś i kto wie, może i szczęśliwszy będziesz niż Jędrek, może do czegoś dojdziesz? Dumny z ciebie jestem! – dodał na koniec. Mój brat też przyjechał, dwa tygodnie później, z całą rodziną – żoną i trójką dzieciaków, wtedy to jeszcze były małe szkraby. Zachwycone wsią, lasem i bliskością jeziora. Aż piszczały, gdy pierwszy raz zobaczyły krowę czy konia, a gdy udało nam się w lesie wytropić sarny – w ogóle nie chciały wracać do miasta.

Jednak ani mój brat, ani bratowa nie podzielali zachwytów swoich pociech.

– Nic tu nie ma, strasznie tu nudno – narzekała Zośka, wylegując się na słońcu. – A okolica taka ładna, aż się prosi, żeby tu zrobić pensjonat.

– No właśnie – Jędrek jej przytakiwał. – Wynajmowałbyś pokoje, zarabiałbyś.

– Mnie pieniędzy nie brakuje, a towarzystwa nie szukam – odparłem. – Nie po to wyprowadziłem się na odludzie, żeby gości zapraszać i koło nich biegać.

– Ale zawsze byłaby to dodatkowa kasa – Jędrek się rozejrzał wokół i zaczął mi wszystko planować:

– O, mógłbyś przerobić tę szopę na pokoje, a w stodole ustawić stół do ping-ponga albo wstawić piłkarzyki. No i koniki hodować albo kucyki.

– Przecież ci tłumaczę, że nie chcę – zezłościłem się. – Jest mi dobrze, jak jest.

– Bo ty tylko o sobie myślisz! – Jędrek też się wkurzył. – A przecież moglibyśmy rodzinny interes rozkręcić.

Wreszcie wrócili do siebie, strasznie jednak obrażeni, że nie chcę ich posłuchać. Potem jeszcze brat pisał do mnie, lecz nawet mu nie odpisałem. Bo co mi tu będzie się rządził na moim podwórku! Więcej już do mnie nie przyjeżdżali. Rodzice jeszcze parę razy zajrzeli, lecz dla nich była to za daleka wyprawa.

O, proszę, jacy się oni nagle troskliwi zrobili!

Mijały lata. Ja mieszkałem na swojej wsi, brat w mieście. Po śmierci rodziców nasze kontakty praktycznie w ogóle się urwały. Zwłaszcza po tym, jak potrzebowałem pomocy… Złamałem nogę. Dzwoniłem wówczas do Jędrka. To wydarzyło się kilka lat temu, w lipcu – jego dzieciaki były już dorosłe, liczyłem na to, że może jedno z nich będzie mogło parę tygodni spędzić na wsi. Ala nie miała pracy, siedziała wtedy w domu z dziećmi, wydawało mi się, że i dla niej wyjazd na Mazury mógłby być atrakcyjny. Ona by odpoczęła, chłopcy pobiegaliby na powietrzu, a ja zyskałbym wyrękę w codziennych czynnościach. 

– Alicja i Damian mają już swoje życie – odburknął mi wtedy brat. – Chcesz, to sobie do nich dzwoń, ale na twoim miejscu nie liczyłbym na wiele. Masz zresztą, co chciałeś. Nie ożeniłeś się, mieszkasz sam na odludziu, bez nikogo – w jego głosie pobrzmiewała satysfakcja. – A mówiłem, żeby agroturystykę zrobić, wtedy któreś z moich by tam też zamieszkało, pomogło ci. Ale ty się uparłeś jak stary kozioł! Wiesz, może zastanów się, czy nie sprzedać tego wszystkiego. Zamieszkasz u nas, a pieniędzy ze sprzedaży starczy ci na utrzymanie. Przecież drogo ci nie policzymy…

Aż mnie wówczas zatkało. To jak to – własny brat chce ze mnie zdzierać, zarabiać na mnie? Zadzwoniłem mimo wszystko do Ali, ale powiedziała, że nie da rady przyjechać. – Wujku, na wsi dla chłopaków nie ma nic do roboty – tłumaczyła. – Tu mają kino, komputer, kolegów. Co będą tam robić? Lepiej sprzedaj to i wróć do miasta.

Dzwoniłem do nich jeszcze kilka razy, a potem machnąłem ręką na rodzinę. Nie, to nie! To już we wsi obcy ludzie bardziej byli wyrozumiali i chętni do pomocy niż mój jedyny brat i bratankowie. Dotarło do mnie, że jestem zdany tylko na siebie, i więcej o pomoc nie prosiłem. Tym bardziej że miałem pieniądze i mogłem sobie tę pomoc zwyczajnie kupić! Kiedy pod koniec zeszłego roku zmarł Andrzej, jego dzieci nagle zaczęły do mnie wydzwaniać. Wiem, o co im chodzi, bo pierwsze podchody robiły już na stypie.

– Wujku, a co wujek dalej zamierza? – pytał najstarszy bratanek, Kamil. – Samemu ci ciężko. Może by wuj przepisał gospodarstwo na mnie? Ja pracy nie mam, przyjechałbym z rodziną, pomoglibyśmy. Powiedziałem, że się zastanowię, ale już wiedziałem, że tego nie zrobię. Pazerne to wszystko było aż do obrzydliwości! Z niesmakiem patrzyłem, jak przez całą stypę i mój pobyt w mieście nadskakiwali mi jak na wyścigi. Z ulgą wróciłem do siebie, do swojej samotni, z dala od tej obłudy.

No a potem zaczęły się te telefony. Jak nie jedno, to drugie i trzecie – nagle tacy troskliwi się zrobili! Przez wiele lat o mnie nie myśleli, a gdy potrzebowałem pomocy, odwrócili się. A teraz proszę – prześcigają się w przymilaniu, podlizywaniu się staremu wujowi. I wcale nie ukrywają, że liczą na mój majątek! Pewnie Kamil, Ala i Damian wyobrażają sobie, że mam odłożone jakieś pieniądze. Owszem, jednak to żadna fortuna. Chociaż, szczerze mówiąc, nie mam zamiaru im tego mówić.

W ogóle bawi mnie cała ta sytuacja

To zajmowanie się mną, troska. I coraz bardziej natarczywe pytania o majątek i testament. Udaję, że nie wiem, o co chodzi, gram rolę potulnego wujka, zdziwaczałego staruszka, który nie zna życia i bierze te rodzinne starania za dobrą monetę. Muszę przyznać, że mam niezły ubaw, gdy słyszę, jak bratankowie wychodzą ze skóry, żeby czegokolwiek się ode mnie dowiedzieć, żeby przekonać mnie do swoich pomysłów – czyli do zapisania im majątku.

Gdy mówią wprost, o co im chodzi – ja udaję, że się waham, że nie wiem, co zrobić, że ja już taki stary i niezaradny jestem. Ale najlepsze jest to, że ja już ten cały swój majątek zapisałem! Jest tu we wsi rodzina, biedna, ale porządna. Mają syna, już dorosłego, on ma własne dzieci. A Waldek mi zawsze pomagał. Już jako dzieciak przylatywał do mnie, przyglądał się, jak leczę zwierzęta. Zachęciłem go, żeby skończył technikum weterynaryjne.

To Jaślakowie mnie kurowali, gdy złapałem grypę i zapalenie oskrzeli, pomogli mi, gdy złamałem nogę. I wiem, że nie robili tego, licząc na spadek, a tak po prostu, przez ludzką, sąsiedzką życzliwość. Nawet nie wiedzą, że na ich Waldka wszystko zapisałem. Dowiedzą się po mojej śmierci, z testamentu. Ale się zdziwią! Ale pewnie nie tak jak moi bratankowie. Mam nadzieję, że z jakiejś chmurki będę mógł sobie to ich zdziwienie pooglądać!

Czytaj także:
Swoje niespełnione ambicje moja mama przeniosła nie tylko na dzieci, ale też na wnuki
Na własne oczy widziałam, jak Kaśka obściskuje się z kochankiem. A przecież wzięła ślub pół roku temu
Sąsiadka zaraziła mnie grypą. Byłem wściekły, ale kolejną chorobę spędziliśmy już razem