Dom pełen miłości

Dom pełen miłości

Babcia zapisała nam w spadku dom. Nie sprezyzowała, jednak, w jaki sposób mamy go podzielić. Dzisiaj myślę, że zrobiła to specjalnie. Chciała nas połączyć.
/ 09.04.2009 14:08
Dom pełen miłości
Babcia zawsze mówiła, że obydwoje jeszcze do Osieka wrócimy. Obydwoje, czyli ja – jej prawdziwa wnuczka i Grześ, – chłopiec przygarnięty z litości.

Przez pierwszych osiem lat życia mieszkałam z rodzicami w Opolu. Ale gdy moi rodzice się rozwiedli, zaopiekowała się mną babcia. Miałam wtedy dziesięć lat i właśnie zdałam do czwartej klasy. Pewnego dnia babcia przyprowadziła do domu młodą kobietę z synem, moim rówieśnikiem. Kobieta mieszkała z nami przez parę miesięcy, a potem nagle zniknęła.
Grześ został. Babcia traktowała go jak własnego wnuka. Swoją miłością obdzieliła nas po równo. Gniewem, gdy coś zbroiliśmy, także. A nie byliśmy aniołkami... Kochała nas jednak, jak nikt inny na świecie, i do końca swoich dni się o nas troszczyła.
Umarła w listopadzie 2004 roku. Na jej pogrzeb przyszła cała gmina. Tylu ludzi mówiło o niej, jako o swojej dobrodziejce. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, że moja babcia była niezwykłą kobietą. Mądrą i dobrą ponad miarę.
Po pogrzebie stryj Jasiek, babci najstarszy syn, odczytał całej rodzinie ostatnią wolę zmarłej. Ziemię i żywy inwentarz podzieliła między swoje dzieci – miała ich troje, w tym także mojego ojca. Pieniądze zgromadzone na książeczce przeznaczyła dla mnie i dla Grzesia na skończenie studiów. Po uzyskaniu dyplomów mieliśmy otrzymać jeszcze dom.

Czas nie stał w miejscu. W 2007 roku skończyłam germanistykę we Wrocławiu, a Grzegorz akademię muzyczną w Bydgoszczy. Podczas tych kilku lat nie odwiedziłam rodzinnego domu. Wydawało mi się, że bez babci przestał już być moim domem. Z przyszywanym bratem spotkałam się zaledwie dwa razy. On też po śmierci babci wydał mi się jakiś inny i już nie mój.
W październiku tego roku stryj Jasiek przysłał list, w którym prosił o przyjazd do Osieka. Chciał, żebyśmy zgodnie z wolą babci przejęli z Grześkiem nasz dom. „Podzielicie się nim, albo go sprzedacie” – pisał. „Musicie jednak coś zrobić, bo dom wymaga opieki. Trzeba w nim połatać dach, bo przecieka. Należałoby też rozebrać starą drewutnię, bo grozi zawaleniem.”
Jadąc w rodzinne strony, cały czas głowę miałam zajętą myślami o domu. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam, co z nim począć. Pracowałam i mieszkałam we Wrocławiu. Jako początkujący nauczyciel nie zarabiałam kokosów, więc nie stać mnie było na jego utrzymanie. O remontach już nie wspomnę. A Grześ? Wiedziałam, że jako muzyk dobrze zarabia. Czy odkupi ode mnie moją część? Tylko po co? Jemu też ten dom nie był już potrzebny.
– Znajdziemy jakiegoś kupca i po kłopocie – powiedziałam głośno i w tym samym momencie zatrzymałam samochód, ponieważ w oddali zobaczyłam Osiek, a na wzgórzu pod lasem babciny dom.
Zrobiło mi się ciepło na sercu. Pomyślałam o tych wszystkich szczęśliwych chwilach, które w nim przeżyłam. Wysiadłam z auta, żeby napatrzeć się na piękny ten widok. Ogarnęła mnie fala wspomnień…
Znów miałam osiem lat. Mój ojciec przywiózł mnie do babci. Bałam się, bo mama od nas odeszła i wiedziałam, że już nie wróci. Potem jednak szybko zapomniałam o rozpaczy i strachu. Babcia czytała mi bajki, chodziła ze mną do lasu na jagody. Kupiła mi rower. Szalałam na nim zawsze do późna. Zmrok zapadał, a mi trudno było rozstać się
z ukochanym składakiem.
– Kasiu, wracaj do domu! Wracaj, bo już bardzo późno! – w ciemności rozlegał się głos zaniepokojonej babci.
Podskoczyłam jak oparzona, bo nagle ktoś naprawdę zawołał mnie po imieniu. Odwróciłam się. Za mną, oparty o leciwą kolarzówkę, stał Grzesiek.
– Kasiu… – mówił, śmiejąc się serdecznie. – Kasiu, ogłuchłaś?
– Nie, zamyśliłam jedynie... – odparłam. – Przyjechałam, bo…
– Tak, wiem – wszedł mi w słowo. – Ja też dostałem list od stryjka.
Zanim dotarliśmy do domu, zdążyliśmy opowiedzieć sobie nawzajem wydarzenia ostatnich kilku lat. O studiach, o poszukiwaniu pracy, o swoich sukcesach i porażkach.
– A jak tam faceci? – spytał nagle Grzesiek. – Masz kogoś?
– Nie… – wyznałam z ociąganiem.
– No i dobrze – powiedział jakoś tak zbyt radośnie. – Ja też jestem singlem.
– Żadna kobieta cię jeszcze nie złowiła? – zdziwiłam się, bo Grześ był bardzo przystojny i już jako nastolatek miał powodzenie u dziewczyn.
– Nie, to znaczy tak… – przerwał, wybuchając głośnym śmiechem, a po chwili ciągnął dalej: – Pamiętasz, jak babcia nam powtarzała, żebyśmy nie rozmieniali swojej miłości na drobne?
– Mhm… – przytaknęłam.
– No więc, ja swojej nie rozmieniam.

Weszliśmy do domu. Wszystko w nim było jak dawniej. Firanki, zasłony, meble… Tylko babci brakowało.
– Jak się tym podzielimy? – spytałam. – Góra, dół, a strych po połowie?
– Dlaczego góra, dół? – zdziwił się Grzesiek. – Ty masz swój pokój, ja mam swój pokój, a reszta wspólna.
– Nie, no co ty! – oburzyłam się. – A co będzie, jak któreś z nas założy rodzinę? Zaczną się kłótnie o sprzątanie. Lepiej teraz określić, co jest twoje, a co moje.
– No, to ja biorę tę połowę łazienki, gdzie jest wanna – roześmiał się.
– Grzesiu, bądź poważny – upomniałam go. – Najlepiej byłoby sprzedać dom, bo pieniędzmi łatwiej jest się podzielić.
– Sprzedać?! – oburzył się. – Przecież to jedyne miejsce, które kocham!
– W takim razie odkup moją część.
– Dobrze – zgodził się. – Nie mam jednak takiej gotówki. Muszę zorientować się w kredytach.
Usiedliśmy przy stole w kuchni.
– Wiesz – powiedział Grzesiek – zawsze chciałem mieć swoje miejsce. Jeżdżę z zespołem po całej Polsce, ale często wracam myślami do Osieka.
Zrobiło mi się głupio. Czyżby on kochał ten dom bardziej niż ja?
– Ja też ciągle o nim myślę – westchnęłam. – Chyba go jednak nie sprzedam…
– Naprawdę? – Grzesiek był wyraźnie zaskoczony. – Dlaczego kobiety są takie niezdecydowane? Daj znać, jak już podejmiesz ostateczną decyzję.

Grzegorz zadzwonił do mnie po tygodniu. Zapytał, czy się już namyśliłam. Ubodło mnie to do żywego. Jemu najwyraźniej bardzo zależało na tej transakcji. Czy naprawdę był taki sentymentalny, czy też miał jakiś ukryty interes? Nabrałam podejrzeń. Postanowiłam pociągnąć go za język i w tym celu zaprosiłam na kolację.
Zjawił się o umówionej porze z butelką wina w ręku. Ja, wystrojona jak na randkę, podjęłam go pieczoną rybą przygotowaną według babcinego przepisu.
– Smakuje jak u nas w domu za dawnych lat – stwierdził z uznaniem.
Przegadaliśmy całą noc. Zrozumiałam, że dla Grzesia dom babci to nie tylko budynek o określonej wartości rynkowej. To również miejsce, gdzie po raz pierwszy w życiu okazano mu dobroć i miłość.
– Mieliśmy przecież pogadać o sprzedaży – zauważyłam, gdy wstał, żeby się pożegnać.
– Jeszcze się ze sobą nagadamy – powiedział, całując mnie w policzek.
Byłam oszołomiona tym spotkaniem. Grzegorz zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Czułam się przy nim tak bezpiecznie, jak... przy babci.
Następnego dnia jednak znów dopadły mnie wątpliwości. „ Może Grzegorz grał na moich uczuciach, by mnie oszukać i ograbić z mojej części spadku?”.
Kiedy wyszłam z pracy, na parkingu przed szkołą on już czekał. Choć przed chwilą podejrzewałam go o najgorsze, kolana zmiękły mi na jego widok.
– Co tu robisz? – zawołałam radośnie.
– Chciałem ci zrobić niespodziankę – przywitał mnie, lekko całując w policzek. – Zabieram cię na wycieczkę.
– Dokąd? – spytałam i od razu sobie odpowiedziałam. – Do naszego domu…?
– Zgadłaś! – roześmiał się Grześ. – Do naszego domu...
W Osieku czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Przed domem stał odnowiony mój ukochany składak.
– Naprawiłeś go?! Jesteś cudowny! – rzuciłam się Grzesiowi na szyję.
Znów mnie pocałował, ale już nie w policzek. A ja wcale się nie broniłam.
Dom jest nasz. Tak jak przepowiadała babcia, wróciliśmy tu obydwoje. Na wiosnę urządzimy w nim huczne wesele!